Xpeng P7+ nad Wisłą. Ponad pięć metrów, AI oraz mądre uderzenie w pozycję Tesli [galeria]

Odwiedziliśmy warszawskie Studio Tęcza, gdzie oficjalnie zadebiutował nowy gracz na rynku elektromobilności – Xpeng P7+.

To potężny fastback, który ambitnie wchodzi do segmentu wyższego, rzucając wyzwanie rynkowym potęgom. Sprawdziliśmy auto na żywo, analizujemy sprytną strategię cenową i rozszyfrowujemy, co faktycznie kryje się za hasłem „generycznej” sztucznej inteligencji na pokładzie.

Podczas polskiej premiery przedstawiciele marki zaprezentowali wizję mobilności całkowicie opartej na technologii cyfrowej. Janusz Ellert, zarządzający marką Xpeng w Polsce, pozycjonuje P7+ jako platformę, która dzięki mocy obliczeniowej ma stać się asystentem europejskiego kierowcy. Siedząc wewnątrz, czuć, że ta wizja nie sprawia wrażenia pustej deklaracji – spasowanie elementów oraz jakość użytej skóry Nappa budują obraz solidnego, europejskiego poziomu premium. Materiały są przyjemne, estetyczne, zaprojektowane ze smakiem, bez taniego efekciarstwa i nadmiernych błyskotek, a montaż nie budzi zastrzeżeń, co przy tej cenie (o niej za chwilę) jest rzadkością.

Mózg operacyjny: 750 TOPS w służbie asysty

To, co producent nazywa sztuczną inteligencją, to w rzeczywistości zaawansowana architektura oparta na autorskich chipach Turing AI. System ten oferuje wydajność na poziomie 750 TOPS (tera operacji na sekundę). Warto jednak zachować dystans: na obecnym etapie ta ogromna moc służy przede wszystkim stabilnemu działaniu systemów wsparcia (ADAS), a nie pełnej autonomii. Pytanie, jak zaawansowane systemy poradzą sobie w europejskich realiach drogowych i gąszczu lokalnych przepisów, pozostaje na razie otwarte.

XPENG aktualizuje oprogramowanie. Modele G6 i G9 otrzymują nową paczkę poprawek

Zastosowanie 26 czujników pozwala maszynie analizować otoczenie w czasie rzeczywistym, a oprogramowanie ma być bezustannie rozwijane poprzez aktualizacje OTA (over-the-air). To sygnał, że kupujemy produkt, który z czasem może zyskiwać nową użyteczność bez wizyty w serwisie.

Gabaryty limuzyny w cenie kompaktu premium

Nowy Xpeng to samochód o słusznych rozmiarach. Mierzy 5071 mm długości przy rozstawie osi wynoszącym równe 3000 mm. Takie parametry sprawiają, że pod względem przestrzeni na tylnej kanapie auto oferuje jej wyraźnie więcej niż większość bezpośrednich rywali (czy to w cenniku, czy też w segmencie rynkowym). Bagażnik o pojemności 573 litrów (rosnący do 1931 litrów po złożeniu foteli) czyni z tego fastbacka praktyczny wybór do codziennych zadań.

Wyciszenie kabiny oparto na 62 punktach redukcji hałasu, co w połączeniu z systemem audio premium ma zapewniać wysoki poziom komfortu. W centrum kokpitu znajduje się 15,6-calowy wyświetlacz, a przed oczami kierowcy umieszczono system head-up, jest też niewielki wyświetlacz kierowcy. Całość konstrukcji oparto na sztywnej klatce (2000 MPa) i nowoczesnym zawieszeniu wielowahaczowym.

Platforma 800 V i ładowanie w 12 minut

Pod względem technologii zasilania Xpeng stawia na instalację o napięciu 800 V. To rozwiązanie wciąż rzadko spotykane w tej klasie cenowej, a pozwala na ładowanie z mocą sięgającą 446 kW (zależnie od baterii). W optymalnych warunkach uzupełnienie energii od 10 do 80 procent zajmuje zaledwie 12 minut. To parametr, który wyraźnie skraca postoje na ładowanie w trasie.

Oczywiście w polskich realiach wciąż wyzwaniem pozostaje namierzenie odpowiednio szybkich ładowarek, ale i tutaj sytuacja powoli się poprawia. Jadąc np. z Warszawy na Zachód mamy Ionity (350 kW) pod Łodzią, trasa na Kraków lub Katowice może zahaczyć o Radomsko (400 kW), kierunek Trójmiasto również daje pewne możliwości, jedynie ściana wschodnia wypada słabo. Wróćmy jednak do szczególnie ciekawego atutu debiutującego liftbacka.

Polskie ceny: spójna i bardzo przemyślana strategia

Cennik modelu P7+ to mistrzostwo rynkowego pozycjonowania. Teoretycznie próg wejścia jest wyższy niż u głównego rywala – kwota 197 900 zł za bazowy wariant oznacza, że musimy zapłacić więcej niż za najtańszą Teslę Model 3 (174 990 zł) czy Model Y (184 990 zł). Jednak za tę dopłatę otrzymujemy auto fizycznie o klasę większe i znacznie bardziej luksusowo wykończone.

Prawdziwa przewaga ujawnia się jednak, gdy spojrzymy na szczyt oferty. Topowa, potężna wersja AWD Performance Pro została wyceniona na 239 900 zł. Na tym poziomie Xpeng wychodzi znacznie korzystniej niż amerykańskie warianty Performance, może i nieco szybciej osiągające 100 km/h (co w codziennym użytkowaniu jest nonsensem), za to gorzej wyposażone od debiutującego w Polsce modelu P7+. Chińska marka oddaje w nasze ręce przeszło pięciometrową limuzynę o mocy 503 KM w cenie, za którą u konkurencji musimy zadowolić się odczuwalnie mniejszymi gabarytami i gorszym wyposażeniem.

Samochód będzie zjeżdżał z taśm zakładów Magna Steyr w Austrii i trafi do nabywców jeszcze przed wakacjami. Zestawienie wersji prezentuje się następująco:

  • RWD Standard Range Pro: od 197 900 zł. Bateria 61,7 kWh, moc 245 KM. Zasięg WLTP: 455 km. Przyspieszenie 0-100 km/h w 6,9 s.
  • RWD Long Range Pro: od 218 900 zł. Wersja z baterią 74,9 kWh i zasięgiem do 530 km. Moc 313 KM, sprint do setki w 6,2 s.
  • AWD Performance Pro: od 239 900 zł. Topowa odmiana o mocy 503 KM z napędem na obie osie. Przyspieszenie 0-100 km/h w 4,3 s, zasięg WLTP: 500 km.

Maszyny są już fizycznie obecne w salonach w Warszawie, Poznaniu, Katowicach, Gdańsku oraz Bydgoszczy. Największym wyzwaniem pozostaje jednak rozpoznawalność marki i budowa zaufania klientów na nasyconym, europejskim rynku. Technologiczny fundament jest wyjątkowo solidny, a mądre podejście do cenników udowadnia, że ten gracz dokładnie wie, co robi.





















#autaElektryczne #cenaXPENGP7 #motoryzacja #nowościRynkowe #polskaPremiera #samochodyEV #technologia800V #TeslaModel3 #TuringAI #XpengP7

Nowe otwarcie dla elektrycznego Volkswagena. ID.3 Neo ma zmazać grzechy poprzednika [galeria]

Niemiecki producent odświeża swój najważniejszy model na prąd.

Zaprezentowany właśnie ID.3 Neo to z punktu widzenia inżynierii obszerny lifting, mający na celu wyeliminowanie największych bolączek pierwszej generacji. Wyrzucamy folderowe obietnice i sprawdzamy, czy nowa nazwa faktycznie idzie w parze z realną poprawą jakości, jakiej oczekują dzisiejsi nabywcy.

Z zewnątrz mamy do czynienia z bardzo ostrożną ewolucją. Przemodelowano front, wprowadzono charakterystyczny pas świetlny oraz podświetlane logo. Jednolite lakierowanie nadwozia sprawia, że auto wydaje się optycznie niższe. To jednak tylko wizualny retusz – to, co najistotniejsze dla tego liftingu, ukryto pod blachą oraz w samym oprogramowaniu.

Baterie, realny zasięg i gonienie czołówki

W kwestii napędu otrzymujemy system, który ma zużywać znacznie mniej energii. Na papierze największy akumulator obiecuje zasięg do 630 kilometrów (według normy WLTP), co w realnym, codziennym użytkowaniu drogowym powinno przełożyć się na solidne, bezpieczne 450 kilometrów bez konieczności poszukiwania ładowarki.

Nabywcy otrzymają wybór pomiędzy trzema wariantami mocy: 170 KM (125 kW), 190 KM (140 kW) oraz najmocniejszym 231 KM (170 kW). Pojemności ogniw (netto) to z kolei 50 kWh (w bazowej linii Trend), 58 kWh (Life i Style) oraz 79 kWh (w wyższych wariantach).

Na uwagę zasługuje tempo uzupełniania prądu. O ile mniejsze pakiety ładują się z mocą do 105 kW, o tyle największa bateria przyjmuje już 183 kW. To wreszcie wynik, który pozwala niemieckiej marce nawiązać równą walkę z rynkową czołówką. Ciekawym i praktycznym bonusem jest obsługa standardu V2L (vehicle-to-load) – samochód odda prąd o mocy do 3,6 kW, by bez problemu zasilić zewnętrzne urządzenia elektryczne na biwaku.

Nowy SUV na prąd z Niemiec. ID. Cross zmierza na drogi [galeria]

Naprawa wnętrza i użyteczności

To właśnie środek auta budził w przeszłości najwięcej uzasadnionych narzekań kierowców. Producent najwyraźniej odrobił bolesną lekcję, bo zmodernizowane wnętrze stawia przede wszystkim na lepszą ergonomię oraz zniwelowanie tanich plastików. Na spłaszczonej kierownicy uporządkowano panele przycisków, a centrum zarządzania stanowi usprawniony system multimedialny (Innovision) z ekranem o przekątnej 12,9 cala. Zintegrowano w nim sklep z aplikacjami, a samo oprogramowanie ma działać szybciej i bez irytujących zawieszeń znanych z przeszłości.

Wprowadzono również bardzo pożądaną funkcję jazdy przy użyciu jednego pedału (one-pedal driving), pozwalającą na całkowite zatrzymanie pojazdu przy maksymalnym odzyskiwaniu energii, co w mieście zmienia zasady gry.

Przedsprzedaż ruszy w Polsce jeszcze w tym miesiącu. To będzie ostateczny sprawdzian – zobaczymy, czy te rozsądne i bardzo potrzebne poprawki wystarczą, by przyciągnąć kierowców do elektrycznego Volkswagena z drugiej ręki.

Poniżej znajdziecie galerię oficjalnych materiałów udostępnionych przez markę.











Travel Assist
Dimensions Rear-axle drive APP350 overview Rear-axle drive APP350
Chassis Premium sound system Drive system
Park Assist Pro
#autoNaPrąd #elektromobilność #ID3Neo #lifting #motoryzacja #nowościMotoryzacyjne #samochodyElektryczne #V2L #Volkswagen #zasięgWLTP

Nie widze jeszcze oficjalnych newsow na ten temat, ale wg. informacji #AldonaMarciniak, #GIOŚ wstrzymal wykonanie decyzji odnosnie zamkniecia #TorPoznań.
Jesli to prawda - a nie ma powodu nie wierzyc Marciniak - to ufffff... przynajmniej jednego absurdu w tym kraju udalo sie uniknac.

#motoryzacja #motorsport #PresjaMaSens

W pełni elektryczny Juke nadjeżdża. Japoński producent ujawnia trzecią generację bestsellera

Japońska marka oficjalnie pokazała trzecią odsłonę swojego miejskiego przeboju.

Zupełnie nowy Nissan Juke staje się pojazdem w stu procentach elektrycznym. Auto powstanie na platformie CMF-EV aliansu Renault-Nissan-Mitsubishi, a jego rynkowa premiera zaplanowana jest na wiosnę 2027 roku. Dla kontekstu, na tej samej platformie powstały takie modele jak: Nissan Ariya, Renault Megane E-Tech Electric, czy Renault Scenic E-Tech Electric. W przyszłości platforma stanowić będzie fundament nie tylko nowego Juke’a, ale też elektrycznych modeli marki Alpine.

Światowa prezentacja japońskiego crossovera odbyła się podczas wydarzenia Vision w głównej siedzibie firmy w Japonii. Nowy Juke nadal wpisuje się w uwielbiany przez kierowców segment miejskich crossoverów, ale elektryczna architektura oznacza w praktyce zupełnie inne proporcje i nowy charakter jazdy w porównaniu do dotychczasowych spalinowych wariantów.

Produkcja tego auta zostanie zlokalizowana w zakładach w brytyjskim Sunderland. Właśnie tam w najbliższych tygodniach wystartuje faza testowego montażu. Fabryka ta to dziś kluczowy ośrodek dla europejskiej produkcji pojazdów bezemisyjnych japońskiej marki.

Oddawanie prądu do sieci i rynkowy pragmatyzm

Trzecia generacja popularnego modelu (który od 2010 roku znalazł w Europie 1,5 miliona nabywców) zaoferuje rozwiązanie Vehicle-to-Grid. Technologia ta pozwoli na dwukierunkowy przepływ prądu – w razie potrzeby samochód będzie mógł oddawać zmagazynowaną energię z powrotem do sieci.

Warto jednak wyraźnie zaznaczyć: pełna elektryfikacja Juke’a nie oznacza, że marka zmusza wszystkich do natychmiastowego przejścia na prąd. Przedstawiciele firmy potwierdzili, że w szerszym portfolio modelowym wciąż dostępne będą układy hybrydowe e-POWER. To pragmatyczny ruch, by zagwarantować bezpieczną alternatywę klientom, którzy nie mają jeszcze dostępu do odpowiedniej infrastruktury.

Element większego planu

„Europa odgrywa kluczową rolę w naszej strategii i pozostajemy w pełni zaangażowani w budowę przyszłości opartej na pojazdach elektrycznych” – podkreśla Massimiliano Messina, prezes marki w regionie AMIEO.

Nowy, elektryczny Nissan Micra debiutuje w Polsce. Znamy cenę i specyfikację techniczną [galeria]

Nowy model to po prostu element większego planu elektryfikacji. W ramach obranej ścieżki w europejskich salonach nowy Juke uzupełni takie modele jak: nowa elektryczna Micra, zupełnie nowe wcielenie modelu Nissan Leaf, o których już pisaliśmy oraz mniejszy, miejski pojazd z segmentu A. Więcej szczegółów na temat nowego modelu poznamy w późniejszym terminie, tymczasem przynajmniej możemy zobaczyć jak nowy Juke będzie się prezentować.

Nissan zaprezentował trzecią generację modelu Nissan Leaf [galeria]

#CMFEV #crossover #ePOWER #EV #Juke #motoryzacja #Nissan #premiera #samochodyElektryczne #Sunderland

Otwarta legenda Porsche 911 GT3 S/C. Wolnossący motor, manual i wiatr we włosach [galeria]

Niemiecki producent przygotował prawdziwe święto dla motoryzacyjnych purystów.

Nowe Porsche 911 GT3 S/C to przełomowy moment w dziejach marki – pierwszy w historii model z tej linii wyposażony w w pełni automatyczny, składany dach. W dobie wszechobecnej elektryfikacji, Stuttgart oddaje w ręce kierowców maszynę, która stawia na emocje, wolnossącą moc i konsekwentne odchudzanie konstrukcji.

Ten samochód to hołd dla tradycji, który łączy najlepsze cechy limitowanych edycji Speedster oraz S/T. Pozwala cieszyć się unikalnym brzmieniem wysokoobrotowego boksera bez żadnych barier, stając się jednym z ostatnich bastionów analogowej motoryzacji.

Serce maszyny: 9000 obrotów i manualna przekładnia

Za plecami pasażerów pracuje znany z modelu GT3 sześciocylindrowy motor o pojemności 4,0 litrów. Generuje on moc 375 kW (510 KM). To klasyczna jednostka wolnossąca, której wskazówka obrotomierza zatrzymuje się dopiero na wartości 9000 obr./min.

Inżynierowie nie poszli na ustępstwa w kwestii zaangażowania kierowcy. Nowy wariant występuje wyłącznie z lekką, sześciobiegową skrzynią manualną o skróconych przełożeniach. W efekcie sprint od 0 do 100 km/h zajmuje 3,9 sekundy, a prędkość maksymalna wynosi 313 km/h.

Każdy gram na wagę złota

Choć kabriolety z natury są cięższe od wersji zamkniętych, w Stuttgarcie zadbano o utrzymanie masy na poziomie zaledwie 1497 kilogramów. Osiągnięto to dzięki zapożyczeniu komponentów z ekstremalnej wersji S/T. Z włókna węglowego wykonano przednią pokrywę, błotniki oraz drzwi.

W standardzie zastosowano układ ceramiczno-węglowy (PCCB), który jest lżejszy o ponad 20 kg od tradycyjnych rozwiązań. Dodatkowo zamontowano felgi ze stopów magnezu oraz lekki akumulator, co dodatkowo redukuje masę nieresorowaną i poprawia zwinność auta.

Przyjemność z jazdy pod gołym niebem

Największą nowością jest magnezowy stelaż dachu, który składa się w 12 sekund, nawet podczas jazdy z prędkością do 50 km/h. Kabina została urządzona tak, by nic nie rozpraszało podczas podróży.

Zamiast nowoczesnych przycisków, motor uruchamia się tradycyjnym przełącznikiem zapłonu. Cyfrowe wskaźniki posiadają tryb ograniczający liczbę informacji do minimum, pozwalając skupić się wyłącznie na drodze i obrotach silnika.

Oferta dla wybranych

Dla osób szukających jeszcze większej indywidualizacji przygotowano pakiet Street Style. Wprowadza on unikalne grafiki, akcenty w odcieniu Pyro Red i luksusowe wykończenie wnętrza skórą oraz materiałem Race-Tex.

Cennik w Polsce startuje od kwoty 1 433 000 złotych. Pakiet Street Style wymaga dopłaty w wysokości 151 000 złotych. Biorąc pod uwagę, że to prawdopodobnie jedna z ostatnich okazji na zakup wolnossącego Porsche z ręczną skrzynią, chętnych zapewne nie zabraknie.

845 koni i dziury w kluczyku. Porsche świętuje 50 lat modelu 935 [galeria]

Pełną galerię zdjęć z nowym Porsche 911 GT3 S/C znajdziecie poniżej.








#911GT3SC #GT3 #kabriolet #manualnaSkrzyniaBiegów #motoryzacja #nowości #Porsche #Porsche911 #samochodySportowe #silnikWolnossący

Bestseller z Seulu w mrocznej odsłonie. Sportage Black Edition – znamy ceny

Sportage to najlepiej sprzedający się model marki KIA w Europie, dlatego każda nowa wersja ma realne znaczenie dla rynku.

Najnowsza odmiana Black Edition bazuje na wariancie L, ale oferuje znacznie bogatsze wyposażenie. Wartość dodatków wyceniono na 12 tysięcy złotych, jednak klienci otrzymają je w znacznie korzystniejszym pakiecie.

Południowokoreański producent postawił w tej edycji na spójną, ciemną stylistykę, która zastępuje tradycyjne, błyszczące elementy. Black Edition to propozycja dla osób szukających auta o bardziej wyrazistym, niemal sportowym charakterze, bez konieczności rezygnacji z walorów użytkowych popularnego SUV-a.

Esencja zmian wizualnych

Z zewnątrz nową wersję wyróżniają liczne detale wykończone czarnym lakierem o wysokim połysku. Zamiast chromu, postawiono na jednolitą, mroczną oprawę:

  • Osłona chłodnicy, obudowy lusterek oraz relingi dachowe otrzymały czarne wykończenie.
  • Emblematy oraz napisy z nazwą modelu na karoserii są teraz znacznie ciemniejsze.
  • Osiemnastocalowe obręcze z lekkich stopów również polakierowano na czarno.

Wraz z tą odmianą w ofercie pojawia się nowy, matowy lakier Ivory Silver, który kontrastuje z ciemnymi akcentami. Wnętrze zyskało czarną podsufitkę oraz tapicerkę łączącą skórę z zamszem.

Precyzja i nowoczesne systemy

W kabinie pasażerskiej centralne miejsce zajmuje zintegrowany panel dwóch zakrzywionych ekranów. Każdy z nich ma przekątną dokładnie 12,3 cala, co zapewnia doskonałą czytelność zarówno zegarów, jak i systemu multimedialnego.

Mimo że wartość dodatkowego wyposażenia wynosi 12 tysięcy złotych, w pakiecie Black Edition dopłata została ograniczona do 7 tysięcy złotych. Cennik otwiera kwota 164 000 złotych za wariant z benzynowym silnikiem 1.6 T-GDi o mocy 150 KM i siedmiobiegową przekładnią automatyczną.

Szeroka paleta napędów

Nowa wersja jest dostępna niemal z każdym układem napędowym oferowanym w tym modelu:

  • Silniki benzynowe o mocy 150 KM lub 180 KM.
  • Pełna hybryda (HEV) oferująca 239 KM.
  • Najmocniejsza hybryda typu plug-in (PHEV) generująca łącznie 288 KM.

Elektryczny SUV poniżej 100 tysięcy złotych. Kia EV2 oficjalnie wjeżdża do Polski

#BlackEdition #hybrydy #motoryzacja #noweSamochody #PHEV #rynekMotoryzacyjny #SUV #technologia

Przełom dla Tesli. Pełna samodzielna jazda oficjalnie wjeżdża do Europy

Elon Musk wreszcie dopiął swego na Starym Kontynencie. Ale jest haczyk: „pod nadzorem”.

System FSD (Full Self-Driving), wzbudzający od lat potężne emocje, otrzymał właśnie zielone światło od europejskich organów regulacyjnych. Na pierwszy ogień idzie Holandia, ale to z pewnością dopiero początek ofensywy marki. Warto jednak spojrzeć prawdzie w oczy – pomimo hucznej nazwy, maszyny amerykańskiego producenta wciąż potrzebują naszej nieustannej uwagi.

Informacja trafiła do nas prosto z europejskiej centrali marki. Tesla oficjalnie ogłosiła, że w ciągu najbliższych dni właściciele aut w Holandii otrzymają bezprzewodową aktualizację (OTA) odblokowującą długo wyczekiwaną opcję „Pełnej samodzielnej jazdy (pod nadzorem)”. To historyczny moment, bo do tej pory europejskie, niezwykle rygorystyczne przepisy skutecznie blokowały rozwój tego typu zaawansowanych asystentów, zmuszając producenta do bolesnych kompromisów.

Sztuczna inteligencja na asfalcie

Jak ten system działa w praktyce? Zamiast polegać na sztywno zaprogramowanych regułach (jak to ma miejsce w tradycyjnych systemach asystujących), Tesla w pełni stawia na sieci neuronowe uczone na podstawie realnych zachowań na drogach. To potężna sztuczna inteligencja, która analizuje obraz z zewnętrznych kamer w czasie rzeczywistym i bezpośrednio wydaje polecenia sterujące pojazdem – od czytania sygnalizacji świetlnej po omijanie pieszych.

Producent chwali się, że jego globalna flota przejechała w tym trybie już ponad 14 miliardów kilometrów, a samo FSD w Europie było rygorystycznie testowane na dystansie 1,6 miliona kilometrów. Według wewnętrznych danych marki, gdy system jest aktywny, ryzyko kolizji spada wręcz siedmiokrotnie.

Obietnice a twarda rzeczywistość

Tu jednak wkracza konieczność chłodnej, rynkowej analizy. Warto zwrócić uwagę na zmyślny dopisek „pod nadzorem”, który musi towarzyszyć nazwie systemu. Z prawnego i technicznego punktu widzenia to wciąż system drugiego poziomu autonomii. Kierowca absolutnie nie może uciąć sobie drzemki ani odpisać na maila – musi cały czas trzymać rękę na pulsie i być gotowym do natychmiastowego przejęcia sterów. Zręczna, marketingowa nazwa sugeruje pełną niezależność maszyny, ale w rzeczywistości odpowiedzialność za ewentualny błąd algorytmu wciąż spoczywa wyłącznie na osobie siedzącej w fotelu kierowcy, który – co zrozumiałe – nie może pozostać pusty.

Holandia to pierwszy, ale na pewno nie ostatni przystanek. Producent prowadził już jazdy demonstracyjne w dziesięciu innych państwach Europy (w tym u naszych zachodnich i południowych sąsiadów) i intensywnie negocjuje z kolejnymi regulatorami w Unii Europejskiej. Kiedy system trafi na polskie drogi? Tego oficjalnie jeszcze nie wiemy. Dla osób zainteresowanych wejściem w ten technologiczny ekosystem warto przypomnieć, że najtańszy Model 3 startuje obecnie w polskim konfiguratorze z poziomu 174 990 zł, a niezwykle popularny Model Y to wydatek 184 990 zł. Odblokowanie pełni możliwości wirtualnego asystenta z pewnością będzie wymagało dopłaty kolejnych, niemałych kwot.

Rodzinna Tesla Model Y na sterydach. Wersja 7-osobowa oficjalnie wjeżdża do Polski

#ElonMusk #FSD #FullSelfDriving #innowacje #motoryzacja #samochodyElektryczne #sztucznaInteligencja #tesla #UniaEuropejska

Pełny autobus zdecydował o nowym kolorze Skody Octavii

Czeska marka postanowiła uczcić trzydziestolecie swojego sprzedażowego hitu, oddając w ręce fanów wybór nowej barwy nadwozia dla usportowionej odmiany Sportline.

Efekt? Do oficjalnego cennika wjeżdża właśnie głęboka zieleń. Zwycięstwo zapewniła zawrotna liczba… stu osiemdziesięciu głosów. Z oficjalnej prasówki dowiadujemy się o „zaciętej rywalizacji do ostatniej minuty” oraz „silnej i zaangażowanej społeczności”. W rzeczywistości losy palety barw najpopularniejszego nowego auta na polskich drogach rozstrzygnęły się w dość kameralnym gronie.

180 głosów i sprawa załatwiona

Zwycięzcą facebookowej ankiety został lakier „Amazonian Green”, na który oddano dokładnie 180 głosów. To mniej więcej tyle osób, ile mieści się w jednym przegubowym autobusie miejskim w godzinach szczytu. Taka frekwencja wystarczyła, aby pokonać wicelidera – żółtawy odcień „Dragon Skin” (około 130 wskazań). Pozostałe propozycje, czyli pomarańczowy „Tangerine Orange” oraz niebieski „Storm Blue”, zebrały zaledwie po kilkadziesiąt kliknięć. Tym samym nowa barwa trafia do ogólnopolskiej oferty.

Udany wybór, bez dwóch zdań

Zostawiając jednak z boku statystyki, trzeba przyznać, że ostateczny wybór jest naprawdę trafiony. Głęboka, butelkowa zieleń doskonale gra z czarnymi, błyszczącymi dodatkami, które są cechą charakterystyczną wersji Sportline (ciemny grill, ramki szyb czy obudowy lusterek).

Jeśli więc przymierzacie się do zakupu odświeżonej Octavii i narzekaliście na wszechobecne na ulicach biele i szarości, właśnie otrzymaliście bardzo atrakcyjną alternatywę. Podziękowania można kierować do 180 internautów.

Rekordowy marzec na polskim rynku aut. Skoda goni Toyotę, a chińskie marki przechodzą do ostrej ofensywy

#AmazonianGreen #lakierySamochodowe #motoryzacja #nowościMotoryzacyjne #OctaviaSportline #Skoda #SkodaOctavia

Neptun z Bolonii na maskach supersamochodów. Trójząb Maserati ma już sto lat

Choć dzisiaj Maserati to mocny gracz w świecie motoryzacyjnego luksusu i zaawansowanych technologii, początki kultowego logo marki były o wiele bardziej prozaiczne.

Słynny Trójząb nie powstał w biurze projektowym ani na torze wyścigowym – został zaczerpnięty wprost z miejskiej fontanny. Włoski producent obchodzi właśnie stulecie swojego niepowtarzalnego emblematu.

Włoski temperament ma to do siebie, że potrafi uczcić każdą okazję z odpowiednim rozmachem. Z okazji setnej rocznicy stworzenia logo Maserati, włoskie Ministerstwo Przedsiębiorczości wypuściło właśnie specjalny znaczek pocztowy. Choć sama filatelistyczna miniatura jest interesująca, o wiele ciekawsza pozostaje historia powstania samego znaczka – tego widniejącego na maskach od stu lat.

Od fontanny do wyścigowej legendy

Wszystko zaczęło się w 1926 roku. Rodzinna firma braci Maserati przygotowywała się do wystawienia swojego pierwszego samodzielnego samochodu – modelu Tipo 26 – w legendarnym wyścigu Targa Florio. Przepisy i tradycja wymagały, by na masce wyścigowej maszyny znalazł się rozpoznawalny emblemat.

Zadanie to powierzono Mario Maserati, jedynemu z braci, którego bardziej od ryku silników fascynowała sztuka. Nie szukał on inspiracji w świecie aerodynamiki czy koni mechanicznych. Po prostu wyszedł na główny plac w Bolonii (rodzinnym mieście firmy) i przyjrzał się Fontannie Neptuna. XVI-wieczny posąg rzymskiego boga wód z potężnym trójzębem w dłoni wydał mu się na tyle majestatyczny, że postanowił przenieść oręż władcy mórz bezpośrednio na maskę wyścigówki.

Wyścigowe dziedzictwo, które trwa

Brak skomplikowanej agencji reklamowej i setek godzin burz mózgów nie przeszkodził Trójzębowi w odniesieniu globalnego sukcesu. Model Tipo 26 (z Alfierim Maseratim za kierownicą) wygrał swój klasowy debiut w Targa Florio, a sam symbol szybko zaczął dominować na torach całego świata. Marka zdobyła między innymi dwa kolejne zwycięstwa w legendarnym Indianapolis 500 (1939 i 1940), tytuł mistrza świata Formuły 1 w 1957 roku z Juanem Manuelem Fangio, a w nowożytnej erze – święciła triumfy w wyścigach FIA GT zjawiskowym modelem MC12.

To właśnie ten prosty symbol do dziś pozostaje jednym z najmocniejszych elementów tożsamości marki. Dziś, gdy Maserati odważnie elektryfikuje swoją gamę i sprzedaje auta w ponad 70 krajach, boloński Trójząb wciąż przypomina o rzemieślniczych początkach. Czasem, aby stworzyć ponadczasowy logotyp dla supersamochodu, wystarczy po prostu rozejrzeć się po rodzinnym mieście.

100 lat presji i nowy pakiet długodystansowy. Cztery Maserati GT2 ruszają na podbój Europy

#Formuła1 #historiaMotoryzacji #logoSamochodów #Maserati #motoryzacja #samochodyLuksusowe #TargaFlorio #Trójząb #Włochy