Formuła 1 zepsuła hybrydy. Oprogramowanie odbiera kierowcom kontrolę nad samochodami

Nowe zasady techniczne na sezon 2026 miały być technologicznym przełomem i przyciągnąć kolejnych producentów. Udało się, ale za wysoką cenę.

Okazuje się, że w nowych, potężnych maszynach F1 to algorytmy, a nie ludzie za kierownicą, decydują o tym, jak mocno samochód przyspieszy. To z kolei prowadzi do frustracji zawodników, kuriozalnych sytuacji na torze i drastycznego spadku emocji dla kibiców.

Z powodu napiętej sytuacji na Bliskim Wschodzie i odwołania wyścigów w Bahrajnie oraz Arabii Saudyjskiej, zespoły i kierowcy mają nieoczekiwaną przerwę w startach. Podczas gdy inżynierowie w fabrykach szlifują aerodynamikę, przedstawiciele FIA (Międzynarodowej Federacji Samochodowej) oraz techniczni delegaci stajni muszą gasić gigantyczny pożar regulacyjny. Chodzi o hybrydowe jednostki napędowe, które w teorii miały być arcydziełem, a w praktyce odbierają sportowi jego największą wartość.

Bateria, która ucieka w 11 sekund

Tegoroczne bolidy są napędzane przez turbodoładowane silniki V6 o pojemności 1.6 litra (generujące około 536 KM), zasilane paliwem neutralnym węglowo. Wspomaga je potężny elektryczny system odzyskiwania energii (MGU) dorzucający dodatkowe 469 KM mocy. Cały ten elektryczny system zasilany jest z maleńkiej baterii o pojemności zaledwie 1,1 kWh (podobnie jak w małych, miejskich hybrydach).

Gdy kierowca chce wykorzystać pełną moc obu układów (łącząc ponad 1000 KM), bateria wyczerpuje się w zaledwie 11 sekund. By móc dalej korzystać ze wsparcia prądu, kierowcy muszą ładować akumulator w trakcie jazdy. Jak to robią?

  • Odzyskiwanie energii z hamowania: tradycyjna metoda, znana chociażby z Formuły E. Problem w tym, że na większości torów F1 strefy hamowania są zbyt krótkie, by naładować baterię.
  • Lift and coast: kierowca puszcza pedał gazu na długo przed zakrętem. W tym czasie silnik spalinowy, wciąż utrzymując wysokie obroty, przesyła moc prosto do baterii zamiast na koła.
  • Super clipping: gdy noga wciąż wciska gaz do dechy, system decyduje, że odcina połowę (lub więcej) mocy spalinowej z kół i ładuje nią akumulator.

Algorytm decyduje za kierowcę

I tu pojawia się największy problem, uderzający w podstawową zasadę F1: to kierowca ma kontrolować maszynę, nie na odwrót. W obecnych bolidach oprogramowanie systemu hybrydowego samo, całkowicie kapryśnie, podejmuje decyzję o rozpoczęciu wspomnianego super clippingu. Oznacza to, że kierowca jadący z maksymalnie wciśniętym gazem nagle czuje, jak jego samochód traci połowę mocy, bo komputer zdecydował, że musi uzupełnić prąd na kolejny sektor toru. Bywa też odwrotnie – system niespodziewanie uwalnia nadmiar zgromadzonej energii, powodując, jak określił to Lando Norris z McLarena, „przypadkowe manewry wyprzedzania”.

W środowisku wyścigowym nazywa się to po prostu odbieraniem kontroli. Na torze w Japonii (Suzuka) doprowadziło to do kuriozalnej sytuacji – potężne, naszpikowane technologią maszyny pokonywały legendarne, szybkie łuki (jak zakręt 130R) nie na pełnym gazie, lecz odpuszczając go, by ładować mikroskopijną baterię. Norris podsumował to brutalnie, nazywając tegoroczne odczucia z jazdy „dewastującymi duszę”.

Bezpieczeństwo i pilne łatki

Niekontrolowane przez kierowców przeskoki mocy – od niecałych 300 KM do ponad 1000 KM w mgnieniu oka – rodzą również potężne ryzyko na torze. Podczas wspomnianego Grand Prix Japonii Oliver Bearman z ekipy Haas rozbił się po tym, jak jadący przed nim kierowca Alpine nagle zwolnił na skutek odcięcia mocy przez komputer (różnice prędkości między naładowanym a rozładowanym bolidem mogą wynosić nawet 70 km/h).

Zarządcy F1 już zapowiedzieli działania ratunkowe przed majowym powrotem do ścigania w Miami. Powiększenie baterii fizycznie nie jest możliwe bez całkowitego przeprojektowania samochodów. Na stole leży więc ograniczenie maksymalnej mocy układów MGU w kwalifikacjach (co pozwoli utrzymać pełną moc przez całe okrążenie) oraz zwiększenie limitu ładowania spalinowego w czasie wyścigu (co sprawi, że faza utraty mocy potrwa znacznie krócej). Najważniejsze jednak wydaje się przywrócenie kontroli nad ustawieniami silnika z powrotem do kokpitów – w ręce sfrustrowanych zawodników.

Film „F1: The Movie” z Oscarem

#2026 #F1 #FIA #Formuła1 #hybrydy #LandoNorris #motorsport #noweTechnologie #wyścigiSamochodowe #zasadyF1

Amazon zmusza do wymiany czytników. Miliony sprawnych urządzeń straci wsparcie

Gigant e-commerce postanowił zrobić wielkie porządki w swoim ekosystemie, co natychmiast wywołało słuszne oburzenie wśród najwierniejszych użytkowników.

Od 20 maja 2026 roku Amazon oficjalnie przestanie wspierać swoje starsze czytniki e-booków. Ta decyzja to bolesny dowód na to, że w erze cyfrowej nigdy nie posiadamy sprzętu na własność – jesteśmy jedynie uzależnieni od łaski jego producenta.

Zmiany uderzają w posiadaczy urządzeń wprowadzonych na rynek w 2012 roku i wcześniej. Firma poinformowała w oficjalnych mailach, że po 20 maja nie będzie można na nich kupować, wypożyczać ani pobierać nowych tytułów bezpośrednio z wbudowanego sklepu. Owszem, to bardzo stary sprzęt, ale mówimy o czytnikach e-booków, czyli urządzeniach. które – o ile wciąż działają – z powodzeniem mogłyby jeszcze posłużyć.

Rzecznik korporacji tłumaczy ten ruch względami bezpieczeństwa oraz tym, że starzejące się maszyny nie są w stanie obsłużyć nowych, bardziej wymagających usług. Brzmi to jednak jak wyjątkowo słaba wymówka. Mówimy przecież o sprzęcie, którego jedynym i podstawowym zadaniem jest wyświetlanie statycznego tekstu na ekranie ze znikomym użyciem energii. Czytelnicy słusznie punktują w sieci, że prosty czytnik to nie jest najnowszy smartfon i nie potrzebuje potężnych aktualizacji oprogramowania, by po prostu działać.

Ekologia schodzi na dalszy plan

Z biznesowego punktu widzenia ruch Amazona jest twardy i bezlitosny. Producent chce zmusić klientów do przesiadki na nowsze modele, w ramach „rekompensaty” kusząc ich specjalnymi zniżkami na nowy sprzęt. To zjawisko obnaża jednak potężną hipokryzję branży technologicznej. Zamiast pozwolić świetnie działającym urządzeniom spokojnie dożyć swoich dni i chwalić się ich legendarną trwałością, korporacja stosuje klasyczne, programowe postarzanie produktu.

Swoją drogą „miliony” w tytule niniejszej wiadomości to nie clickbait, lecz rynkowy fakt. Dotychczas Amazon sprzedał na całym świecie około 90 milionów czytników Kindle. Z samych przecieków z firmy wynika, że zmiana dotknie „zaledwie” 3% obecnych, aktywnych użytkowników, których całkowitą bazę szacuje się dziś na niemal 66 milionów. Prosta matematyka nie kłamie i pokazuje jasno – na naszych oczach około 2 milionów sprawnych urządzeń zostaje pozbawionych wsparcia. Ale co tam, pal licho ekologię i niepotrzebne elektrośmieci, liczy się wyłącznie sprzedaż nowych modeli.

Jak uratować swój stary sprzęt?

Na szczęście dla zdeterminowanych użytkowników, starsze modele nie staną się z dnia na dzień martwymi przyciskami do papieru. Wymaga to jednak zmiany przyzwyczajeń i przestrzegania jednej, absolutnie żelaznej zasady: nie wolno przywracać czytnika do ustawień fabrycznych ani wylogowywać z obecnego konta. Taki ruch po 20 maja trwale zablokuje możliwość jego ponownej rejestracji, czyniąc urządzenie całkowicie bezużytecznym.

Aby nadal z nich korzystać, wystarczy:

  • Zostawić na urządzeniu książki, które zostały pobrane przed upływem terminu wsparcia.
  • Przesyłać nowe pliki ręcznie, podłączając sprzęt do komputera za pomocą tradycyjnego kabla USB.
  • Korzystać z zewnętrznych, darmowych programów do zarządzania biblioteką (takich jak niezawodne Calibre), które świetnie radzą sobie z formatowaniem plików na starsze urządzenia.

Oto pełna lista modeli, które tracą oficjalne wsparcie Amazona:

  • E-czytniki 1. i 2. generacji (2007-2009)
  • Wersje DX oraz DX Graphite (2009-2010)
  • Wersja Keyboard (2010)
  • Modele 4 i 5 (2011-2012)
  • Wersja Touch (2011)
  • Pierwsza generacja Paperwhite (2012)
  • Tablety z serii Fire z lat 2011-2012

OpenAI ucieka od Microsoftu w ramiona Amazona

#Amazon #calibre #czytnikiEBooków #eCommerce #elektrośmieci #noweTechnologie #prawoDoNaprawy #sztucznePostarzanieSprzętu

Elon Musk znowu zmienia zdanie. Tańszy model Tesli powraca na stół projektowy

Po szumnych zapowiedziach o transformacji w firmę od robotyki i sztucznej inteligencji, Tesla być może przypomniała sobie, że… przede wszystkim produkuje samochody.

Z najnowszych przecieków wynika, że marka w tajemnicy pracuje nad zupełnie nowym, mniejszym pojazdem elektrycznym. Problem w tym, że przy obecnej sytuacji finansowej i rozproszeniu zarządu, realizacja tego projektu stoi pod ogromnym znakiem zapytania.

Zrozumienie aktualnej strategii amerykańskiego producenta to zadanie dla wytrwałych. Jeszcze niedawno słyszeliśmy, że wyczekiwany od lat, przystępny cenowo Model 2 ląduje w koszu, a moce przerobowe zostaną przeznaczone na budowę autonomicznych taksówek i humanoidalnych robotów. Z oferty wycofano również starsze warianty (Model X i Model S), co sprawiło, że paleta modelowa Tesli skurczyła się do absolutnego minimum.

Tymczasem, jak donosi agencja Reuters, powołując się na anonimowe źródła u poddostawców marki, w kuluarach trwają zaawansowane prace nad nowym, małym autem elektrycznym. Zbudowany od zera pojazd ma mierzyć około 4,3 metra długości, co uczyniłoby go wyraźnie krótszym i bardziej poręcznym od Modelu 3 czy Modelu Y.

Dobre chęci, twarda rzeczywistość

W teorii brzmi to świetnie, ale entuzjazm warto natychmiast ostudzić. Projekt nie otrzymał jeszcze oficjalnego zielonego światła do produkcji. Co więcej, większość informatorów twierdzi, że nowe auto miałoby zjeżdżać z taśm montażowych w Chinach. W dobie stuprocentowych ceł nałożonych przez amerykańską administrację na pojazdy z Państwa Środka, import takiego modelu na rodzimy rynek producenta mijałby się z jakimkolwiek ekonomicznym celem.

Jaka piękna katastrofa – czyli Tesla na własne życzenie [felieton]

Trudno też nie odnieść wrażenia, że najtrudniejszym zadaniem inżynierów nie jest samo zaprojektowanie pojazdu, ale przekonanie do niego własnego szefa. W ostatnich latach Elon Musk sprawiał wrażenie człowieka wręcz znudzonego prowadzeniem tradycyjnego biznesu motoryzacyjnego. Przekonywanie inwestorów, że Tesla to gigant AI, skutecznie pompowało wycenę giełdową firmy, ale maskowało jednocześnie twarde problemy: spadającą globalną sprzedaż i rosnące zapasy na placach dealerskich.

Miliardy topnieją w oczach

Sytuacji nie ułatwia również najnowsza kondycja finansowa przedsiębiorstwa. Zgodnie z raportami agencji Bloomberg, wolne przepływy pieniężne Tesli mają zanotować drastyczny zjazd – z 6,2 miliarda dolarów na plusie pod koniec zeszłego roku, do niemal 6 miliardów pod kreską obecnie. To gigantyczna wyrwa w budżecie.

Dodajmy do tego historyczne trudności marki z płynnym wprowadzaniem nowych modeli na rynek (opóźnienia Cybertrucka czy zawirowania przy premierze Modelu 3 to już legendy) oraz uwagę zarządu mocno pochłoniętą przygotowaniami do debiutu giełdowego firmy SpaceX. Powrót do korzeni i zaoferowanie klientom przystępnego cenowo, małego auta to logiczny, biznesowy krok, którego Tesla desperacko potrzebuje. Pytanie tylko, czy w obecnym, lekko chaotycznym stanie, marka jest w stanie dowieźć ten projekt do szczęśliwego finału.

Rodzinna Tesla Model Y na sterydach. Wersja 7-osobowa oficjalnie wjeżdża do Polski

#elektromobilność #ElonMusk #Model2 #noweTechnologie #Reuters #rynekMotoryzacyjny #samochodyElektryczne #sztucznaInteligencja #tesla

Ekrany i powiadomienia nas męczą. Zaskakujące wnioski z najnowszego raportu Audi

Przez lata wmawiano nam, że samochód przyszłości to wielki smartfon na kołach, naszpikowany ekranami, powiadomieniami i pikającymi asystentami.

Okazuje się jednak, że użytkownicy mają zupełnie inne oczekiwania. Najnowsze badanie przeprowadzone we współpracy z marką Audi pokazuje ograniczenia współczesnej motoryzacji – przebodźcowani kierowcy coraz wyraźniej oczekują technologii, która po prostu usunie się w cień.

Motoryzacja znajduje się w dziwnym momencie. Mobilność przestała być wyłącznie funkcją przemieszczania się z punktu A do punktu B. Jak wynika z raportu „Moja droga do celu”, przygotowanego przez infuture.institute we współpracy z Audi, dla niemal połowy badanych (48%) codzienne dojazdy to narzędzie do płynnego przechodzenia między różnymi rolami w ciągu dnia.

Co więcej, samochód staje się dla nas azylem. Aż 37% respondentów traktuje samą podróż jako bezcenny moment regeneracji. Nic dziwnego – podróże i zwiedzanie to obecnie trzecie największe marzenie Polaków (19,3%), wyprzedzające nawet aspiracje związane z rozwojem kariery (7,1%) czy własnym biznesem (4,6%).

Złota klatka technologii

I tutaj dochodzimy do największego problemu, z którym musi zmierzyć się dziś branża motoryzacyjna. Z jednej strony, 63% badanych przyznaje, że nowoczesne rozwiązania pomagają im sprawniej organizować podróże, a 65% podkreśla, że technologia daje im większe poczucie kontroli i przewidywalności.

Z drugiej strony, zaczynamy się w tym cyfrowym przepychu dusić. Aż 42% użytkowników odczuwa wyraźne przeciążenie nadmiarem technologii w samochodach. Co więcej, 65% kierowców wprost deklaruje, że preferuje rozwiązania, które działają w sposób całkowicie intuicyjny i niewidoczny.

Powrót do świętego spokoju

Wnioski płynące z tego raportu to jasny sygnał dla projektantów. Technologia w aucie ma nas wspierać w drodze do celu, a nie żądać naszej ciągłej uwagi i przedzierać się przez skomplikowane podmenu na dotykowym ekranie.

Jak słusznie zauważa w raporcie Michał Zygmanowski, Dyrektor Marketingu Audi, „z perspektywy użytkownika kluczowe są dziś komfort, płynność i poczucie kontroli, a rolą technologii jest ich wzmacnianie – w sposób intuicyjny i nienarzucający się”.

To właśnie ciche, płynnie rozwijające moc auta elektryczne i hybrydowe, pozbawione krzykliwych interfejsów, staną się odpowiedzią na tę rosnącą potrzebę wyciszenia. Oby tylko producenci na dobre zrozumieli, że w aucie premium największym luksusem stał się dzisiaj po prostu cyfrowy spokój.

#Audi #infutureInstitute #motoryzacja #noweTechnologie #raport #samochodyElektryczne #stylżycia #systemyInfotainment

Przełom dla Wi-Fi 7 w USA. Czy Europa pójdzie tym śladem?

Amerykański regulator rynku telekomunikacyjnego (FCC) zapowiedział autoryzację nowej kategorii urządzeń, które w pełni wykorzystają potencjał pasma 6 GHz.

Decyzja ta pozwoli na działanie sieci Wi-Fi ze znacznie wyższą mocą, także na zewnątrz budynków. Choć przepisy dotyczą Stanów Zjednoczonych, jest to wyraźny sygnał dla całego rynku technologicznego, w tym producentów sprzętu dostępnego w Polsce.

Głosowanie nad nowymi regulacjami w USA zaplanowano na 29 stycznia. Głównym celem jest wprowadzenie klasy urządzeń GVP (Geofenced Variable Power). Dzięki inteligentnym systemom zarządzania energią, sprzęt ten będzie mógł nadawać z mocą wystarczającą do obsługi wymagających technologii (jak VR/AR) poza domem, nie zakłócając przy tym pracy radarów czy obserwatoriów astronomicznych.

Co to oznacza dla rynku?

Decyzja FCC jest kluczowa dla globalnych producentów elektroniki. To właśnie pod amerykańskie regulacje projektowane są najnowsze chipsety firm takich jak Qualcomm czy Broadcom. Oznacza to, że nadchodzące generacje routerów, smartfonów i gogli wirtualnej rzeczywistości będą sprzętowo gotowe na obsługę wyższych mocy i lepszego zasięgu.

Dla polskiego użytkownika to ważna informacja w kontekście rozwoju standardu Wi-Fi 7. Choć Europa (w tym Polska) posiada obecnie bardziej restrykcyjne limity mocy oraz udostępnia węższy zakres pasma 6 GHz niż USA, amerykański precedens często wywiera presję na europejskich regulatorów (CEPT). Sukces wdrożenia tej technologii za oceanem może przyspieszyć liberalizację przepisów na Starym Kontynencie, aby nie hamować innowacji w przemyśle i rozrywce.

Koniec z dodatkowymi opłatami. Ukraina i Mołdawia wchodzą do unijnej strefy „Roam Like at Home”

Koniec problemów z zasięgiem?

Nowa kategoria urządzeń ma rozwiązać jeden z głównych problemów pasma 6 GHz – jego tłumienie przez ściany i przeszkody. Wyższa moc nadawania (do 24 dBm EIRP) pozwoli na stabilne połączenia w ogrodach, parkach czy na kampusach uniwersyteckich. Brendan Carr z FCC podkreśla, że to krok w stronę „zupełnie nowej generacji urządzeń smart”.

Dla entuzjastów technologii to sygnał, że pasmo 6 GHz obroniło swoją pozycję jako fundament domowego internetu, oddalając ryzyko przejęcia tych częstotliwości przez operatorów komórkowych – scenariusz, którego obawiali się zwolennicy otwartego internetu na całym świecie.

Pomóż nam rozwijać iMagazine – ruszyło badanie czytelnictwa 2026

#FCC #news #noweTechnologie #pasmo6GHz #przepisyTelekomunikacyjne #WiFi7 #zasięgWiFi

Jony Ive i OpenAI opóźniają premierę tajemniczego urządzenia AI

Projekt nowego sprzętu AI autorstwa Jony’ego Ive’a – byłego głównego projektanta Apple – tworzonego wspólnie z OpenAI, został opóźniony.

Jak donosi Financial Times, zespół zmaga się z trzema kluczowymi problemami: mocą obliczeniową, prywatnością oraz „osobowością” urządzenia.

Według źródeł, OpenAI już teraz ma trudności z zapewnieniem wystarczających zasobów dla ChatGPT, a dodanie do tego nowego sprzętu może pogłębić problem. Kolejną przeszkodą jest kwestia prywatności – urządzenie ma być stale włączone, z aktywnymi kamerami i mikrofonami. Trzeci problem dotyczy opracowania naturalnej interakcji – sprzęt ma być „komputerowym przyjacielem”, który reaguje tylko wtedy, gdy to potrzebne.

Podczas konferencji OpenAI, Ive ujawnił, że zespół pracuje nad „rodziną urządzeń” i stworzył już 15–20 „naprawdę interesujących” pomysłów. Sam Altman dodał, że opracowanie nowego typu sprzętu to „trudne, ale ekscytujące wyzwanie”.

Premiera urządzenia planowana była na 2026 rok, jednak obecnie nie ma pewności, czy ten termin zostanie dotrzymany.

Jony Ive zaprojektuje sprzęt AI dla OpenAI. Zespół projektanta dołącza do firmy Sama Altmana

#AI #Apple #bezpieczeństwodanych #ChatGPT #gadżety #innowacje #IoT #JonyIve #newsytech #noweTechnologie #OpenAI #prywatność #SamAltman #sprzętAI #sztucznainteligencja #technologia #urządzeniaAI

Wrażenia Z Targów IFA 2025 | TyfloPodcast

Jan Gawlik dzieli się swoimi spostrzeżeniami po wizycie na targach IFA 2025 w Berlinie. W audycji opowiada o najciekawszych premierach technologicznych, inn ...

Samsung zapowiada rekord na CES 2026. To będzie największa ekspozycja w historii firmy

Samsung oficjalnie potwierdził swój udział w targach Consumer Electronics Show 2026, które odbędą się w styczniu w Las Vegas.

Producent zapowiada, że jego nadchodząca ekspozycja będzie największą w historii firmy, wyznaczając nowy standard prezentacji innowacji.  To strategiczne posunięcie ma na celu podkreślenie dominującej pozycji marki na rynku elektroniki użytkowej.

Targi CES w Las Vegas to jedno z najważniejszych wydarzeń w branży technologicznej, które co roku wyznacza trendy na nadchodzące miesiące. Samsung od lat jest jednym z kluczowych wystawców, a jego prezentacje przyciągają uwagę mediów i konsumentów z całego świata. Decyzja o stworzeniu rekordowej przestrzeni wystawienniczej na edycję w 2026 roku świadczy o rosnącej wadze, jaką firma przykłada do kompleksowej prezentacji swoich osiągnięć.

Największą zmianą w stosunku do poprzednich lat ma być połączenie, pod jednym dachem, dotychczas oddzielnych wystaw telewizorów oraz sprzętu AGD. Celem jest zaprezentowanie odwiedzającym w pełni zintegrowanego i spójnego ekosystemu urządzeń marki Samsung.  Taki model prezentacji ma lepiej oddać wizję połączonego domu i płynnej współpracy między różnymi kategoriami produktów – od telewizorów i smartfonów po sprzęt gospodarstwa domowego. Główna wystawa firmy zlokalizowana zostanie w hotelu „Wynn and Encore”.

Oprócz głównej ekspozycji Samsung planuje również mocną obecność w Eureka Park, gdzie zlokalizowana zostanie strefa C-Lab. Jest to wewnętrzny inkubator startupów należący do koreańskiego producenta, który wspiera rozwój innowacyjnych projektów. Prezentacja najciekawszych rozwiązań z programu C-Lab ma umocnić wizerunek firmy jako lidera wspierającego kreatywność i przedsiębiorczość w branży. Warto przypomnieć, że Samsung od 19 lat utrzymuje pozycję numer jeden na globalnym rynku telewizorów, co zawdzięcza ciągłemu wprowadzaniu innowacji, takich jak technologie QLED, OLED czy rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji.

Pełne szczegóły dotyczące nowych produktów i technologii, które zostaną zaprezentowane na największej w historii wystawie firmy, poznamy podczas oficjalnego otwarcia targów CES 2026 w Las Vegas.

#AGD #CLab #CES2026 #ConsumerElectronicsShow #Ekosystem #innowacje #LasVegas #news #noweTechnologie #Samsung #TargiTechnologiczne #Telewizory

Nowy iPad Pro z procesorem Apple M5 i dwoma przednimi aparatami

Według Marka Gurmana z Bloomberga, nadchodzący iPad Pro z procesorem Apple M5 będzie wyposażony w dwa przednie aparaty – do zdjęć i wideorozmów zarówno w orientacji pionowej, jak i poziomej.

Obecne modele zasilane Apple M4 mają jeden aparat z przodu, zoptymalizowany pod tryb poziomy. Face ID działa w każdej orientacji, ale nowe rozwiązanie zwiększy wygodę użytkowania np. podczas połączeń wideo.

Po dużej aktualizacji w 2024 roku (OLED, cieńszy design), nowy iPad Pro otrzyma raczej drobne usprawnienia – procesora Apple M5 i podwójną kamerę z przodu.

Apple najwyraźniej doda drugi, przedni aparat po stronie portretowej do nadchodzącego iPada Pro z Apple M5, prawdopodobnie po to, aby FaceTimerzy i fani selfie mogli równie dobrze korzystać z urządzenia w obu orientacjach. To nie jest szczególnie rewolucyjne, ale jest to miłe ulepszenie.

– komentuje Gurman.

Przyznam szczerze, że kompletnie nie rozumiem tych planów Apple i wygląda to na czysty marketing i dokładanie rzeczy na siłę.

Ming-Chi Kuo prognozuje masową produkcję iPada Pro z Apple M5 w drugiej połowie 2025 roku. Patrząc na cykl 18-miesięcznych aktualizacji, nowość może zadebiutować we wrześniu lub październiku, choć coś mi mówi, że ta premiera odbędzie się wiosną 2025 roku.

#Apple #AppleM5 #AppleNews #faceID #iPadPro #iPadPro2025 #iPadUpdate #kameryiPad #M5Chip #noweTechnologie #nowościApple #OLEDiPad #tablet