Ostateczny upadek piłki nożnej? Ależ skąd, droga na samo dno jest jeszcze przed nami
Zaczęło się! Największa impreza sportowa na świecie (rywalizująca o to miano z letnimi igrzyskami olimpijskimi). Niestety, to impreza, na której będziemy nieobecni – choć to „niestety” może okazać się błogosławieństwem w obliczu wyników naszej kadry. Równolegle rusza festiwal korupcji na wszystkich poziomach, realizowany przez jedną z najbardziej skorumpowanych organizacji sportowych na świecie (znowu: rywalizacja o to miano z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim jest zawzięta).
Na to wszystko nakłada się postawa jednego ze współorganizatorów, czyli Stanów Zjednoczonych Ameryki. Tamtejsze władze postanowiły, że stworzą „twierdzę Ameryka” i byle łachudry z biletem za tysiące cebulionów nie wpuszczą. Bo kto wie, co ten czy ów łachudra powypisywał w swoich mediach społecznościowych o najlepszym w historii prezydencie Trumpie.
Drogo, daleko i po nocy
Meczów będzie ponad 100 i rozgrywane będą w porach, które dla europejskich kibiców okażą się barbarią straszliwą. Ceny biletów i hoteli, choć wobec braku popytu zaczęły nieco spadać, dalej pozostają poza zasięgiem zwykłych ludzi. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby się im do USA dostać (Meksyk czy Kanada stanowić będą pewnie mniejsze wyzwanie, choć są niewiele tańsze).
Nie zmienia to jednak odbioru całej imprezy, która w powszechnej opinii pozostaje skokiem na kasę, który całkowicie wymknął się spod kontroli. Dodatkowo wmieszanie się w polityczne rozgrywki – tak wewnątrz USA, jak i w zakresie polityki zagranicznej – sprawia, że atmosfera na miejscu jest napięta. Daleko jej do fiesty, jaką pamiętamy z poprzednich mistrzostw w Meksyku (86) czy w USA (94).
Dojenie zmęczonej krowy
Wydaje się, że zjawisko globalnej sportowej superimprezy osiągnęło apogeum kilka lat temu. Galopujące koszty, którym towarzyszy upadek tradycyjnej TV (niegdyś gotowej płacić miliardy za prawa do transmisji), sprawiają, że chętnych do organizacji jest coraz mniej. Dodatkowo ci, którzy są gotowi wydać bez mrugnięcia okiem miliardy na taki pokaz, to najczęściej kraje, których bilans na gruncie praw człowieka czy innych przejawów cywilizacyjnej dojrzałości jest – delikatnie mówiąc – umiarkowany.
Ale nie o to chodzi. Grunt, żeby gotówka w kasie międzynarodowych konglomeratów odpowiedzialnych za rozgrywki się zgadzała. Tylko że jest to strategia na dłuższą metę samobójcza, bo widowiska stają się coraz mniej wyjątkowe i atrakcyjne. Krowa daje coraz mniej mleka, bo jest wyeksploatowana do granic możliwości. Jednak chciwość „działaczy” nie zna granic i nic nie wskazuje na zatrzymanie tego procesu w dającej się przewidzieć przyszłości.
Disco polo na marginesie futbolu
Polska oczywiście pozostaje na marginesie całego zjawiska. Drużyny klubowe i reprezentację mamy na poziomie tragikomicznym. Nawet posiadając naprawdę niezłą grupę zdolnych piłkarzy, nie potrafimy sprawić, aby osiągali oni minimalne sukcesy w postaci kwalifikacji do międzynarodowych imprez. Szefem związku piłkarskiego zrobiliśmy promotora muzyki disco polo. A kluby piłkarskie starają się usilnie dopasować do ogólnego poziomu prezesa – dodajmy, że na tej akurat niwie odnoszą spore sukcesy.
Realnej nadziei na poprawę nie widać. Nowe pokolenie piłkarzy jest tylko cieniem Lewandowskiego, Błaszczykowskiego czy Milika. Wygląda na to, że dla Polaków piłka nożna na wiele lat pozostanie tylko i wyłącznie spektaklem, w którym bierzemy udział w charakterze obserwatorów.
Ale tak jak napisałem na początku – może to i ukryte błogosławieństwo. Konieczność żyrowania upadającego systemu jest bowiem pozbawiona sensu. Tak jak w przypadku igrzysk, tak i w piłce nożnej wypadałoby pewnie zaorać temat do spodu i zacząć od nowa. Ale kto się odważy?
#Kanada #kibicePiłkarscy #Meksyk #Polska #USA