Po latach wróciłem do #Fahrenheit (znanego w USA jako #IndigoProphecy), czyli drugiej gry #QuanticDream. Ależ to była przejażdżka...
Dziś wszyscy już doskonale znamy ambicje Davida Cage'a, w Fahrenheicie wyraźne sugestie dawało menu główne, w którym zamiast "nowej gry" rozpoczynamy "nowy film", czy też zatrudnienie Angelo Badalamentiego, stałego współpracownika Davida Lyncha, do stworzenia soundtracku. Muzyka zresztą jest w tej grze całkiem niezła ("Sandpaper Kisses" Martiny Topley-Bird od paru dni nie może się ode mnie odczepić), historia początkowo też całkiem intryguje...
No bo jak tu nie dać się zauroczyć scenerii obsypanego śniegiem Nowego Jorku? Jak nie zainteresować się, czemu nasz główny bohater rozpoczyna swoją historię od zamordowania obcego mężczyzny w toalecie zapyziałej restauracji? Jak pozbyć się chęci prowadzenia śledztwa na jego temat i odkrycia, co go - prawdopodobnie dość dosłownie - opętało? Niestety, jak to często z takim budowaniem oczekiwań bywa, prawdopodobnie nie było możliwości, by uniknąć rozczarowania odbiorcy. A na pewno nie w przypadku takiego storytellera jak #DavidCage.
Fahrenheit to łatwy chłopiec do bicia: elementów, nad którymi można się w nim znęcać, jest co niemiara. Od niekończącego się festiwalu wyjątkowo niewygodnych QTE (w tym cringe'owych scen erotycznych), przez niewiarygodne zwroty akcji, aż po sceny z udziałem czarnoskórego detektywa Tylera Milesa, przy których obowiązkowo musi grać najbardziej stereotypowy funk. Może nieco temu tytułowi brakuje do tytułu "The Room" świata gier, ale porównania do filmografii Uwego Bolla byłyby już chyba całkiem celne.
Mimo to - a może właśnie dlatego - bawiłem się przy Fahrenheicie świetnie. Aż trudno uwierzyć, że to samo studio dało nam później w gruncie rzeczy całkiem niezłe (choć wcale niepozbawione podobnych bzdur) Heavy Rain i Detroit. Zabawne też, ile błędów Fahrenheita powielało Beyond. David Cage pozostaje jednym z najbardziej charakterystycznych twórców tej branży. Z wszystkimi tego plusami i minusami.
#giereczkowo