Raport z podróży (#interrail Barcelona-Opole, Kraków-Barcelona), czyli rant na #DeutscheBahn.
Tym razem postanowiłem przyciąć koszty. Wziąłem 4-dniowego Interraila, zakładając po dwie doby tam i z powrotem, spanie w pociągu, zero przystanków na zwiedzanie i tak dalej. Udało się i nie udało jednocześnie – dziękuję pan Deutsche Bahn.
Podróż do Polski przebiegła w miarę bezproblemowo, może pomijając bardzo długi postój w Berlinie (łażenie po mieście ciągnąc ze sobą walizkę – nie polecam) oraz 70 minut opóźnienia na ostatnim etapie podróży. Postój wynikał z tego, że za późno wziąłem się za rezerwację miejsc (dosłownie wszystkie pociągi z Berlina do Polski mają obowiązkową rezerwację miejsc, i tylko jeden miał jeszcze wolne), a opóźnienia z “przeszkody na trasie” po niemieckiej stronie (dziękuję pan Deutsche Bahn).
Jaja zaczynają się przy okazji powrotu. Otóż nocny pociąg z Wiednia do Stuttgartu zatrzymał się około pierwszej w nocy w Salzburgu (tuż przed niemiecką granicą) z powodu problemów po niemieckiej stronie, po czym wywalono pasażerów na zbity ryj oznajmiając, że pociąg jest odwołany, a najbliższe co jedzie w stronę Niemiec to regionalny pociąg do Monachium. Kto zdążył, zajął sobie miejsce w poczekalni, ale ponieważ w dzisiejszych czasach dworce kolejowe to galerie handlowe, a nie miejsca oczekiwania na pociągi, to nie wszyscy się zmieścili. Na szczęście obok był otwarty lokal jakiegoś banku z bankomatem, więc miałem szansę czekać w cieple.
(zdjęcie: pasażerowie oczekujący na dworcu w Salzburgu i dwóch panów w pomarańczowych kurtkach, którzy nie byli w stanie udzielić żadnej informacji, a nawet miałem wrażenie, że przerzucają się odpowiedzialnością jeden na drugiego)




