Hospitalizacja w Szpitalu Babińskiego w Krakowie
Zanim przeczytasz ten tekst
Decyzja o udostępnieniu tak prywatnych treści nie była łatwa, ale podjęłam ją z jednego powodu: chcę odczarować lęk. Ten dziennik to zapis mojej drogi na oddziale zamkniętym – miejsca, które w powszechnym wyobrażeniu budzi strach, a w rzeczywistości często jest jedyną drogą do bezpieczeństwa, stabilizacji i właściwego dobrania leczenia.
Jeśli boisz się szpitala, potraktuj mnie jak starszą koleżankę, która bierze Cię za rękę i pokazuje, jak to wygląda naprawdę. Bez filtrów, ale z nadzieją.
Mój apel do Ciebie: Nie czekaj, aż ból stanie się nie do zniesienia. Nie zagryzaj zębów tak długo, jak robiłam to ja. Prośba o pomoc to nie słabość – to najwyższa forma odwagi. Twoje życie jest warte walki, nawet jeśli Twój własny umysł próbuje Cię teraz przekonać, że jest inaczej.
Kilka uwag
Cała hospitalizacja trwa 27 dób, a 28 dni. W tekście przyjęłam, że dzień przyjęcia jest dniem zerowym. W tym dniu praktycznie nie przebywałam w szpitalu.
Przed przyjęciem
Przed pójściem do szpitala udałam się do pracy celem ogarnięcia papierów. Gdyby nie to poszłabym od razu na oddział. Chciałam uporządkować i podomykać sprawy w pracy. Kończy mi się umowa. To był mój ostatni dzień w pracy.
Izba przyjęć
Przyjechałam na izbę przyjęć o 21:30. Przyjęła mnie lekarka. Popatrzyła się na adres zamieszkania i powiedziała: Nie przyjmę Pani na oddział. Nie jest to Pani szpital rejonowy. Pokazałam jej, że to nie wypełni prawda. Na stronie szpitala jest napisane, że oddział II (żeński) obejmuje moje miejsce zamieszkania w rejonie. Następnie gdzieś wyszła zaczęła pisać i drukować papiery i mnie przyjęła. Przy przyjęciu nie przeprowadziła szczegółowego wywiadu medycznego jaki by mnie satysfakcjonował.
W związku z powstaniem CZP Podgórze zmienił się rejon, z którego pacjentki przyjmowane są do oddziału. Obecnie są to Pacjentki z powiatów limanowskiego, miechowskiego, bocheńskiego, brzeskiego, proszowickiego, wielickiego oraz krakowskiego (gminy: Czernichów, Igołomia, Iwanowice, Jerzmanowice, Kocmyrzów, Krzeszowice, Michałowice, Skała, Słomniki, Sułoszowa, Zastów).
Noc na oddziale
Wchodząc na oddział Panie pielęgniarki były bardzo miłe. Zapytały się z jakiego powodu tu trafiłam. Przekazałam swoje lęki pielęgniarce, następnie sprawdziły przedmioty osobiste. Na noc dostałam Lorafen 2,5 mg. Spałam bardzo spokojnie. Dawno sen nie był tak przyjemny. Rano byłam zaspana.
Dzień pierwszy
Rano zjadłam śniadanie. Po śniadaniu naszły mnie myśli. – Jak ja sobie poradzę bez opioidów. Co jeśli będzie mało jedzenia. Czym mam kontrolować emocje? Pojawiły się również klasyczne myśli autodestrukcyjne o przecięciu rdzenia kręgowego.
Po obiedzie lekarka zabrała mnie na wizytę. Przedstawiłam cały skomplikowany obraz sytuacji.
Jakoś koło 12:40 zaczęło się pojawiać napięcie jak i zaczął narastać ból kręgosłupa. Przed pietnastą wspołpacjetką powiedziałam: Niech mnie ktoś powiesi albo mi coś zrobi. Aktualnie piszę tą relację.
14:15
Lekarka zabralła mnie na rozmowę w czter oczy. Rozmowa dotyczyła dodatkowego zabezpieczenia przy prysznicu, aby wszyscy czuli się komfortowo. Zgłosiłam objawy. Dostałam 50 mg kwetiapiny.
15:00
Uspokoiłam się trochę. Czuję napięcie w ciele. Pół godziny później,czuję smutek, zmęczenie. Chatbotowałam z GPT odnośnie rejonizacji w psychiatrii oraz absurdach psychiatrii. Są dobrzy lekarze, ale i też tacy co nie chcą cię wysłuchać i generuje problem systemowy.
Era spania
Około godziny 16:30 poszłam spać. Obudzono mnie na kolację o 18-tej. Po kolacji poszłam znów spać. Ustawiłam sobie budzik na 19:45, aby być na zajęciach Kursu psychologicznego pomocy osobą LGBT. Zajęcia były z moim Doktorkiem Bartoszem Gdańskim. Po zajęciach o 21:00 poszłam spać.
Dzień drugi
Od samego rana do 10:50 spałam. Czuję napięcie w ciele i bardzo chcę mi się pić. Jest to jeden z klasycznych form odreagowania na stres i napięcie oraz nagromadzone zmęczenie.
Jest wieczór. Dziś jest spokojniej. Nadal triggerują mnie zwykłe przedmioty jak barierka na klatce schodowej itd. Dziś przypomniało mi się, że muszę dokończyć pisać wniosek do RPP. Słowo Nowowiejski wywołuje u mnie silne reakcje somatyczne. Nie muszę mówić że mam negatywne nastawienie do tego szpitala. Na oddziale II-gim (żeńskim) jest kameralnie. Zaczynam się integrować z innymi. Kręgosłup trochę boli – do wytrzymania. Wczoraj wprowadzili mi dodatkowy lek z grupy neuroleptyków, chyba Aripiprazol, abym była spokojniejsza i nie musiała w chwilach nasilonych myśli tak mocno tego przeżywać. Ruminacje to nic przyjemnego. Mogą dotyczyć wszystkiego. Mi umysł mówi, że lepiej, aby chemicznie wyłączyć odczuwanie bólu lub dokonać czynności, która trwałe uszkadza rdzeń kręgowy. „Lepiej być na wózku niż czuć ból FMS-owy”.
Co to oznacza? – Naćpane się opioidami i benzodiazepinami powyżej dawki terapeutycznej. Powiem szczerze. Cieszę się, że tu jestem 🙂. Tak jak Nadia mówi, mogę mieć bolida, ale ruszać nóżkami.
Co ważne udało mi się pokonać wyzwalacz w postaci lotnych substancji, które jak widać są dostępne na oddziale.
Tak jak GPT napisał. Oddział to nie miejsce sterylne. Zabezpiecza, chroni ale da się zrobić przemyt.
Śmiesznie jest kogoś „inwigilować”, gdy piszę wpis. Takie mam uprawnienia jako adminka. Kocham Cię kochanie. Poprawiłaś mi nastrój.
Dzień trzeci
Wstałam dopiero przed śniadaniem. Dziewczyny z sali mówiły, że chrapałam — wiem, że chrapię — i że próbowały mnie obudzić, ale bez skutku. W pierwszą dobę spałam jeszcze mocniej. Miałam większą dawkę lorazepamu.
Dziś znów dużo śpię. Jestem też cały czas spragniona. Widać, jak bardzo organizm jest przemęczony.
Koło południa zaczęłam czytać książkę Dobrze, że jesteś. Zanotowałam sobie trzy pytania, które tam padły:
1. Co jest wartością, która stanowi o Tobie?
2. Jak ta wartość przejawia się w Twoim życiu?
3. Twoja busola — czym jest? Jak ją rozumiesz?
Na dwa pierwsze mogę odpowiedzieć od razu: empatia i bycie dla innych. Kiedy człowiek oddaje się innym, łatwo zapomina o sobie. Można być empatyczną osobą, ale trzeba też pamiętać o własnych granicach.
A busola? Na ten moment — skoro jestem w psychiatryku — moim celem jest, żeby minęły myśli autodestrukcyjne, również te pasywne. Patrząc dalej: chciałabym być zdrowa psychicznie, mieć pracę i pójść na psychologię.
Nie chcę pisać o innych pacjentkach. Dziś przyjęto jedną kobietę. Nie znam szczegółów, wiem tylko, że nie chce tu być. To nie jest rzadkie — wiem to też z rozmów z przyjaciółmi.
Ja sama jestem świadoma swojego stanu. Pomału zaczynało mi brakować sił. Uzależnienie, które było w remisji, przeszło z powrotem w aktywną fazę. Nie miało znaczenia, że w ośrodku był policjant — i tak brałam, wiedząc, że mogę dostać dyscyplinarkę. Właśnie z tych powodów zdecydowałam się na hospitalizację.
Mam w sobie tak dużo nagromadzonych emocji, że mój nastrój stał się obojętny. Nadia w rozmowie też zwróciła uwagę na tę obojętność.
Być może sen jest dla mnie mechanizmem ucieczkowym, a może po prostu odsypiam wszystko, co się we mnie nagromadziło.
Chciałabym porozmawiać z tą nową pacjentką, bo leży ze mną na sali. Teraz słucha muzyki, wcześniej spała — tak jak ja. Z niektórymi pacjentami rozmawiam trochę jak asystent zdrowienia. Nie znam tu wielu osób, ale wiele z nich jest zamkniętych w sobie i nie chce opowiadać o tym, co ich spotkało.
Dzień czwarty
Dzień zaczął się jak zwykle. Po śniadaniu słuchałam muzyki. W pewnym momencie wzruszyłam się, oglądając rolkę na Instagramie:
https://www.instagram.com/reel/DSKuh-KCOaT/
To był uliczny występ — być może nagrany w Rzymie. Coś we mnie wtedy pękło.
Później poszłam dokończyć bransoletkę dla Nadii. Rozmawiałam z Lilianą i jakąś starszą panią — nie pamiętam jej imienia. Zapisałam też odwiedziny dla mamy albo rodziców na jutro.
Pogoda dziś dopisuje. Dopiero teraz zaczynam tęsknić za możliwością wyjścia na zewnątrz. Gdybym nie była w szpitalu, pewnie wcale bym za tym nie tęskniła — raczej leżałabym w łóżku. Jestem w miejscu, z którego nie da się wyjść samemu. W miejscu, gdzie świat zewnętrzny jest wyraźnie oddzielony od świata wewnętrznego. Chce mi się płakać. Dopiero teraz mam dostęp do emocji. Jestem zmęczona.
Jest mi smutno. Zbliża się pora obiadu. Nie jestem głodna. Mam ochotę ukarać się za swoje myśli i nie zjeść obiadu. Chciałabym przespać te emocje. Niestety, tak się nie da. Trzeba chociaż pójść.
Po obiedzie rozmawiałam z panią Ewą — starszą kobietą. Było widać, że bardzo potrzebuje rozmowy. Sama lubię rozmawiać ze starszymi osobami. Po tej rozmowie chyba poszłam spać, a może jeszcze przed snem rozmawiałam z Nadią. Spałam aż do kolacji.
Kolację zjadłam szybko. Zaczęłam pisać wpis o zrzutce, ale z własnej perspektywy. Pewnie zajmie mi to jeszcze kilka dni.
Nadia dopiero uczy się poruszania po WordPressie, ale radzi sobie coraz lepiej. Jestem z niej dumna. Zedytowała stronę główną naszej strony. Teraz należałoby zmienić nazwę domeny. Coś wymyślę.
Dzień piąty
Na psychiatrii nic nie jest pewne. Jednego dnia panuje spokój, jak na zwykłym oddziale szpitalnym, innego — tak jak dziś. Choć większość dnia przespałam, w tych najbardziej newralgicznych momentach byłam przytomna.
Wobec dwóch pacjentek zastosowano dziś przymus bezpośredni. To zawsze jest przykre doświadczenie. Jeśli więc ktoś pyta, czy na psychiatrii stosuje się pasy — tak, ale warto zobaczyć, w jakich sytuacjach.
Pierwszy przypadek dotyczył pacjentki, która chciała targnąć się na życie na schodach. Wielokrotnie proszono ją, aby wstała z podłogi, jednak żadna z próśb nie przyniosła skutku. Leżenie na schodach stanowi realne zagrożenie dla zdrowia i życia.
Drugi przypadek to pacjentka agresywna, będąca w stanie psychozy. Istniało zagrożenie dla zdrowia innych osób, a próby uspokojenia również nie działały.
Nie tak łatwo więc „trafić w pasy”. I tu pojawia się pytanie: skoro nie jest to łatwe, to czy ich użycie zawsze jest uzasadnione? Na to pytanie nie ma prostej odpowiedzi. Nawet gdy ktoś się broni, bo naruszane są jego dobra osobiste albo ktoś próbuje odebrać mu własność — nawiązuję tu do innego wpisu — granica bywa bardzo niejednoznaczna.
Jedna z pacjentek leżących na mojej sali jest w fazie psychozy. Kilkukrotnie przychodziła do mnie i mówiła rzeczy o charakterze urojeniowym. Wobec mnie nie była agresywna. Nie wiedziałam nawet, że w stosunku do innych pacjentek zachowywała się agresywnie.
O 14:15 przyjechała mama na odwiedziny. Czas minął bardzo szybko, nie było przestrzeni na głębszą rozmowę. Pod koniec wizyty przyszła ta pacjentka i zaczęła rozmawiać z mamą. Personel szybko zauważył to na monitoringu i odprowadził ją z powrotem. Był to moment, w którym zaczynała się interwencja. Po powrocie pielęgniarka zapytała mnie, czego ta pacjentka chciała — odpowiedziałam, że po prostu rozmawiała.
Około godziny 15:00 personel rozpoczął interwencję. Prośby o uspokojenie były bezskuteczne. Po pewnym czasie lekarz podjął decyzję o zastosowaniu przymusu bezpośredniego. Pielęgniarki poprosiły o wsparcie ratowników medycznych. Podano leki typowe w takich sytuacjach: lorazepam i haloperidol.
Nie wiem, co myśleć o tej pacjentce. Po samej mimice było widać, że potrzebuje bliskości. Gestem prosiła, żebym złapała ją za rękę. Trzymałam ją, aż zasnęła. Potem sama poszłam spać.
Dzień szósty
Spełniło się to, czego się obawiałam. Zostałam wpisana na listę oczekujących na przeniesienie na dolny pododdział. Bałam się tego. Jednak w związku z tym, że nie występują u mnie myśli „s” ani myśli autodestrukcyjne, trzymanie mnie na obserwacji jest bezzasadne i jedynie wydłuża pobyt w szpitalu.O godzinie 10:00 rozpoczął się koncert kolęd. Wiedziałam, że nie spełni moich wysokich oczekiwań, więc nie poszłam. Nadia stwierdziła, że mogłabym być jury. Pewnie tak 🙂 – mały uśmieszek, chociaż nastrój jest raczej smutaśny, o charakterze reaktywnym na myśl, że zostanę przeniesiona. Siedzę na krześle i piszę ten tekst.
O godzinie 11:00 mam podejść do psychologa. Jak na razie była jedna wizyta lekarska i „wizyty” podczas obchodów. Tak naprawdę niewiele o mnie wiedzą. Nie liczę na terapię, ale na poznanie mnie – może to pomogłoby zrozumieć, dlaczego moje reakcje wyglądają tak, a nie inaczej. Uważam, że w psychiatrii powinno się kłaść większy nacisk na psychologię. I tak nie każdy psychiatra będący jednocześnie psychologiem lub psychoterapeutą faktycznie korzysta z technik psychologiczno-psychoterapeutycznych. Mówię to z doświadczenia, odnosząc się do Anny Tereszko. Nie wiem, jak jest z innymi, ale ona mi podpadła. W środowisku uznawana jest za specjalistkę LGBT-friendly, a ja znam historię, której byłam świadkiem na własne oczy i która pokazuje, że nie zawsze tak jest.
Okazywanie czułości równa się przenosiny – niekoniecznie
Pielęgniarka zobaczyła, że pacjentka w pasach ma uwolnioną rękę, a ja trzymałam ją za dłoń. W efekcie zostałam przeniesiona z sali 3 do sali 6 – blisko palarni 🤬. Jebie tu szlugami. Czyżbym zrobiła sabotaż na oddziale? Czy naprawdę trzymanie za rękę jest czymś złym? Na oddziale dziennym takie zachowanie nie było niczym nadzwyczajnym. Nadal podtrzymuję zdanie, że oddział zamknięty jest „łatwiejszy”. Jak dotąd większość czasu po prostu wypoczywam, choć z różnymi nastrojami.Pacjentkę, która leżała obok mnie kilka dni dłużej, również przeniesiono do sali 6. Marne to pocieszenie. Plusem zmiany sali są natomiast osoby, które teraz ze mną leżą.
Nie pamiętam już dokładnie, o której godzinie odpięto pacjentkę z pasów. Było to po obiedzie, pewnie około 14:00. W każdym razie w pasach przeleżała mniej niż 24 godziny. A jednak 20 godzin to bardzo dużo czasu. Naprawdę jej współczuję. Nawiązałam z nią jakąś więź emocjonalną, mimo że jej nie znam.Po obiedzie czułam napięcie. Mając do dyspozycji owoce, zjadłam jabłko i pomarańcze jako odpowiedź na zaburzenia odżywiania BED. Dostałam jeszcze fit batonika i trochę czekolady. Mój nastrój był obojętny. Zauważyła to Nadia i od razu do mnie zadzwoniła. Byłam mało rozmowna – więcej mówiła Nadia niż ja. Po rozmowie poszłam spać na jakąś godzinkę, do kolacji.Teraz uwaga. BED musiał być naprawdę silny, skoro postanowiłam zjeść dwie porcje kolacji i precelki Lajkonika.Położyłam się spać po 21:30, ale nie mogłam zasnąć.
W nocy, około 4:40, obudziłam się z bólu. Jestem przeziębiona. Ktoś w toalecie urządził sobie palarnię – capiło strasznie.
Dzień siódmy
Jest całkiem nieźle, chociaż jestem przeziębiona od unoszącego się w powietrzu morowego powietrza ze szlugów. Nie narzekam na nastrój. Wiem, jakie leki przyjmuję. Jutro nastąpi podwyższenie dawki wenlafaksyny.
Na oddziale będę jeszcze ok. tygodnia. Jutro zgłoszę przepustkę na święta, jeśli nie wyjdę przed świętami.
Najbardziej wykończył mnie ból pleców. Dużo rozmawiałam z jedną pacjentką (aktualnie nie pamiętam imienia). Zrobiła mi masaż pleców. Długo wzbraniałam się, żeby poprosić pielęgniarkę o NLPZ — wzięłam je ok. 16:30.
Po kolacji zostałam na świetlicy. Zaczęłam robić bransoletkę dla Magdy. Wymyśliłam, jak zrobić zapięcie do innej bransoletki ze smyczy dla psa. Dodatkowo poznałam bardzo miłą Beatę. Mamy do obgadania parę spraw.
20:00 — na głodzie
Tak cholernie boli kręgosłup i mięśnie przykręgosłupowe, że jestem na głodzie. Chcę tramadol. Ból 6/10. Dostałam dwie tabletki ibuprofenu albo paracetamolu. Jest lepiej — ból 3/10.
Ból jest ogromnym wyzwalaczem mojego uzależnienia. Ćpałam z dwóch powodów: bólu i regulacji emocji.
Dzień ósmy
Byłam mocno zaskoczona, że zostałam przeniesiona na dolny pododdział. Na terapii zajęciowej nawet nie trzeba nic robić. Szczerze mówiąc, chciałabym się nauczyć szydełkować. Niepotrzebnie się stresowałam.Nastrój w porządku. Paracetamol postawił mnie na nogi. W nocy było źle — bardzo bolało. Dowiedziałam się, że nie dostanę przepustki, ponieważ jestem uzależniona. Co najwyżej mogę się wypisać na własne żądanie. Nie chcę. Lepiej zostać — także ze względu na komisję w Powiatowym Zespole do Spraw Orzekania o Niepełnosprawności.
Z racji przeniesienia na dolny pododdział mogłam pójść na koncert bożonarodzeniowy w wykonaniu uczniów szkoły muzycznej. Obstawiałam wysoki poziom muzyczny. Miałam nadzieję na symfonikę — niestety, była to muzyka góralska. Tym razem nie patrzyłam krytycznym uchem na tą muzykę. Było całkiem w porządku. Warto docenić występ osób słabowidzących oraz dwojga uczniów ze szkoły muzycznej II stopnia im. Fryderyka Chopina. Przyznam się szczerze, że byłam mocno śpiąca i słuchałam koncertu z zamkniętymi oczami.
Znów rozmawiałam z panią Olą — ale z niej gaduła. Dosiadła się do mnie Dominika, z którą dzielę salę, a czasami także Magda i Oksana. Przebodźcowałam się. Po kolacji położyłam się w łóżku. Odpoczywam. Mam wrażenie, że poleżę w szpitalu przynajmniej trzy tygodnie. Z rozmowy z Nadią dowiedziałam się, że lekarka zdiagnozowała zespół abstynencyjny. Trochę jest w tym prawdy. Dobrze, że nie byłam na skręcie po Tramadolu.
Do ks. dr Grzegorza Piekarza
Od dawna czuje potrzebę wypowiedzenia gorzkich słów. Był rok 2019 jeszcze przed Covidem. Popadłam w depresję, czułam się wykluczona z Instytucji Kościoła, gdyż moja tożsamość płciowa jest i była żeńska. W tym czasie ujawniła się w pełni okazałości. Znam odpowiedź, która bym usłyszała – Módl się do boga. Tylko jak, gdy straciłam wiarę. Z tegoż powodu zrezygnowałam ze studium.
Ks. nie wie jakie to cierpienie depresja i dysforia płciowa. Jakie są statystyki odnośnie występowania depresji w przebiegu dysforii płciowej. Wg raportu Lambda Warszawa 61% osób transpłciowych ma poważne objawy depresji, a 55% osób miało myśli samobójcze. Takich danych nie można ignorować. Jedną z tych osób byłam ja w 2021 roku oraz tydzień temu. Aktualnie przebywam w szpitalu.
To są m.in. skutki polityki kościelnej dotyczących osób nieheteronormatywnych i nie cispłciowych. Przypomnę też słowa jednej z gazety:
„Poparcie Strajku Kobiet przez jednego z członków tarnowskiego chóru Pueri Cantores Tarnovienses wywołało ostrą reakcję ks. Grzegorza Piekarza, dyrygenta tego chóru. Kapłan przestrzegł przed eksponowaniem w mediach społecznościowych symbolu Strajku Kobiet, czyli czerwonej błyskawicy, ponieważ według niego kojarzy się on ze śmiercią i działalnością SS, zbrodniczej formacji hitlerowskich Niemiec. Zdaniem ks. Piekarza „afiszowanie się z tym znakiem ociera się o ekskomunikę”.
Źródło: https://www.se.pl/tarnow/tarnow-ksiadz-grozi-chorzystom-ekskomunika-za-wspieranie-strajku-kobiet-padly-mocne-slowa-aa-wZHs-7oQq-dzqE.html
Tak więc mocą nadaną sobie zaciągam na siebie ekskomunike, poprzez wypowiedzenie w języku kościoła rzymskokatolickego słów: nie ma boga prócz mnie w samym sercu kościoła – Bazyliki św Piotra i Pawła w Watykanie.
Nie odważyłam się tego wysłać do ksiundza piekarza.
Pomału robię się śpiąca. Zjem coś i chyba pójdę spać.
Noc (ćpunki)
To już drugi raz, kiedy budzę się tej nocy. Trochę nie jestem śpiąca, a trochę jestem. Diazepam nie służy mi do spania. Lekarka chce zejść z benzo. Od trzech dni nie śpię — czy to z powodu bólu pleców i gardła, czy dziś już tylko z bólu samego gardła.
Znów zaczęłam myśleć o substancjach psychoaktywnych. Kto by nie chciał syropku na ból gardła i kaszel (którego nie mam) z kodeiną albo popularnego Tantum Verde. Sam w sobie nie daje efektów psychoaktywnych — dawka jest za niska. Tantum Rosa w dawce powyżej terapeutycznej już tak.
Dlaczego mój mózg, chociaż jest spokojny i nie czuje cierpienia, chce substancji psychoaktywnych?!
Tak, wiem — usłyszę odpowiedź: zespół abstynencyjny. Nie ma znaczenia, co chcę wziąć. Ważne, żeby zaspokoić głód.
Na marginesie — kiedyś mocno mnie „stuknęła” kofeina z yerba mate. Stymulanty nie są dla mnie. Też euforyzują, ale nie da się wysiedzieć w miejscu.Pamiętam technikum. W gimnazjum byłam dobra z chemii. Chciałam produkować metamfetaminę z pseudoefedryny. W tym okresie w zasadzie nic innego nie miałam w ustach niż lotne węglowodory, a i tak miałam ogromną ochotę coś brać.
Dzień dziewiąty
Po nieprzespanej nocy bardzo szybko rozpoczęłam dzień. Rozmawiałam z Beatą. Piłam herbatę. Było całkiem przyjemnie. Gorzej, że po śniadaniu bardzo chciało mi się spać. Paracetamol zadziałał, gardło przestało boleć. Położyłam się spać na niespełna pół godziny. Aby być przytomną na społeczności, rozbudziłam się „kubłem” zimnej wody skierowanej na twarz. Podziałało.
Pierwszy raz uczestniczyłam w społeczności. Już w pierwszym dniu zostałam oddziałową kronikarką. O społeczności nie wiedziałam nic. Wprawdzie na oddziale ZEN była społeczność, ale co oddział, to inne zasady. Jak dotąd — zasady są inne. Po zakończeniu społeczności, która trwała około 10 minut, zaczęłam pisać kronikę. Nic szczególnego się tam nie pisze — takie codzienne sprawy, jak wyglądał dzień.
Irytuje mnie obecność pani Olki. Rozumiem przepaść pokoleniową i intelektualną. Często doprowadza mnie do przebodźcowania, ale wcześniej nie umiałam stawiać jej granic. To się zmieniło.
O 11:30 byłam u psycholożki. Powiedziałam wszystko, co doprowadziło mnie na oddział. Wymieniłam swoje problemy: głód opioidowy, BED. Powiedziałam, że jestem świadoma mechanizmów tego zaburzenia odżywiania, że ma ono wspólne cechy z uzależnieniem. Mamie powiedziałam, że nie chcę, aby BED nazywała nałogiem. To samo powiedziałam psycholożce.
Zaskoczeniem był obiad — wielki kawałek kurczaka. Później było wyjście na spacer. Nie miałam jeszcze indywidualnego planu terapeutycznego, więc nie mogłam pójść do sklepu. Szkoda.! W związku z tym miałam przerwę dla siebie. Wykorzystałam ją na odpoczynek.
O 13:30 przyjechała do mnie mama w odwiedziny. Rozmawiałyśmy. Gdy powiedziałam, że nie wyjdę na święta, rozpłakałam się razem z mamą. Tak bardzo chciałam świąt z rodziną i Nadią. Takich prawdziwych świąt — obchodzonych może i w okresie świąt katolickich, ale dla mnie i Nadii na własnych, emocjonalnych zasadach.
Ogólnie sporo czasu spędzam z Beatą. Jest wartościową kobietą. Twierdzi, że łatwiej dogadać się jej ze mną niż z własnym mężem, który ją uderzył. Ma siniaki na ręce. Poszłam też w odwiedziny do Amelii oraz Magdy. Magda stwierdziła, że mam tak uspokajający głos, że mogłaby przy mnie zasypiać. Pamiętała, jak trzymałam ją za rękę. Powiedziała, że powinnam zostać terapeutką.— Za może dziewięć lat będę — odpowiedziałam. Najpierw ukończę asystenta zdrowienia. Jeśli Beata jest w stanie w Krakowie załatwić mi darmowe szkolenie i nie będę musiała jechać do Warszawy, to z ogromną przyjemnością z tej opcji skorzystam.
Tego dnia szybko usnęłam. O 2:30 obudziłam się z powodu bólu gardła. Mama przywiozła mi cukierki z szałwią i Halls. Dzięki temu przespałam noc.
Dzień dziesiąty
Dzień rozpoczął się od porannej gimnastyki 🙁. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że unikam jej jak ognia 🔥 piekielnego. Brakuje tylko: „I zaprowadź wszystkie dusze do nieba i dopomóż szczególnie tym, którzy najbardziej potrzebują Twojego miłosierdzia” ✝️.
Zamiast muzykoterapii odbywały się zajęcia porządkowania materiałów i ozdób świątecznych w ramach terapii zajęciowej. Byłam mocno zmęczona.Warsztaty psychologiczne na temat przetwarzania emocji podstawowych i złożonych były dla mnie triggerujące. Mój mózg cały czas szuka szybkiego sposobu regulacji emocji. Nie minęły nawet pełne dwa tygodnie abstynencji od tramadolu.
Amerykańska klasyfikacja zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, będąca podręcznikiem i kompendium diagnostyczno-statystycznym zaburzeń psychicznych, mówi o krótkiej remisji trwającej od minimum trzech do dwunastu miesięcy. Ostatnio dopiero po dziewięciu miesiącach nie odczuwałam głodu. Mój stan psychiczny był wtedy w remisji — z wyjątkiem zaburzeń lękowych.
Po obiedzie pierwszy raz zagrałam w jedną logiczną planszówkę. Nie dokończyłam jej. To nie są moje klimaty.Rozmawiałam z Beatą. Chcę opublikować jej artykuł na temat trzymiesięcznej hospitalizacji na innym oddziale, również w szpitalu Babińskiego. Zaczynam zauważać, że takie teksty są potrzebne i wartościowe. Zdradzę rąbka tajemnicy: są osoby, które bardzo źle reagują na leki stosowane w psychiatrii.
Czuję potrzebę, aby to podkreślić: szpital psychiatryczny jest normalnym miejscem. Tu nie ma „czubków”. Są oddziały sądowe — one zasługują na osobny wpis, poprzedzony rzetelnym researchem.
Dzień jedenasty
Sobota. Wydawać by się mogło, że to dzień wolny. W planie jedne zajęcia: edukacja zdrowotna. Minął kwadrans studencki. Żadna osoba prowadząca nie pojawiła się do końca planowanego czasu. Oznaczało to dzień całkowicie wolny. W związku z tym na oddziale niewiele się działo.
W odwiedziny przyjechali do mnie rodzice. Bardzo wymowna była treść SMS-a:
Spóźnimy się… przecież tatuś jedzie.
Rodzice przyjechali około dziesięć minut później.
Podczas odwiedzin czas płynie szybko. Smutne jest to, że obowiązują ściśle określone godziny odwiedzin. Mama, żegnając się ze mną, rozpłakała się. Rozumiem, że rozstania są trudne. Powiedziałam jej:
Wprawdzie w oknach są kraty, ale te kraty są otwarte na świat.
Celem pobytu jest powrót do funkcjonowania poza szpitalem. W moim przypadku większość czasu przeznaczona jest na utrwalenie stabilności psychicznej. Zresztą sami zobaczcie, jak naprawdę drobne rzeczy potrafią być wyzwalaczem — na przykład niewinna zapalniczka. W mojej głowie oznacza ona „odkurzenie”. Jest w niej gaz, który niejednokrotnie przekraczał barierę krew–mózg. Pochodził on jednak z innego źródła.
Na moją niekorzyść działa długość okresu uzależnienia. Skupiam się na tym temacie, ponieważ jest to poważny problem. Zwykłe zajęcia, nawet psychologiczne, mogą wywołać głód. Stabilizacja psychiczna jest o tyle ważna, że przy fibromialgii stanowi formę profilaktyki bólu. Ból jest jednym z największych wyzwalaczy głodu, pasywnych myśli samobójczych oraz myśli autodestrukcyjnych. Gdybym podążyła za nimi, byłabym sparaliżowana od pasa w dół.
Dzień dwunasty
Niedziela. Dzień wolny od wszystkich zajęć. Od rana źle się czułam. Miałam sen, który był bardzo nieprzyjemny.
Śniło mi się, że wracam z przepustki. Szpital był umieszczony na wsi, z dala od ludzi. Obok siebie stały dwa budynki. Pierwszy — gospodarstwo rolne z zawalającymi się zabudowaniami gospodarczymi. Drugi — szpital. Jedyną wspólną cechą obu miejsc był wiatrak wyciągający dym papierosowy z palarni.
Zamiast wejść do szpitala, weszłam na teren gospodarstwa. Mężczyzna był zły, że wiele osób — zamiast wejść do szpitala — wchodziło na jego posesję. Po przekroczeniu zabudowań gospodarczych przy budynku znajdowały się mury tworzące wąski korytarz. Gdy przekroczyło się bramę, zaczynało gonić pięć wściekłych wilczurów.
Jedyną drogą ucieczki był mały otwór z obrotowym wałem, który wciągał. Jeśli ktoś próbowałby się z niego wydostać, gdy otwór zaczynał się zwężać, wał ściskał głowę. Przeszłam przez ten tunel i trafiłam do klatki — dwukrotnie większej niż klatka królicza.
Cała noc po tym śnie upłynęła w napięciu. Obudziłam się zmęczona i niespokojna. Byłam na głodzie. Fantazjowałam o przyjmowaniu substancji psychoaktywnych — nie konkretnie, raczej jako obrazy ulgi, odcięcia, wyciszenia.
Przez większość dnia nastrój był obniżony. Głód nie znikał. Odczuwałam częściową anhedonię — nic nie dawało realnej przyjemności ani ulgi. Było ciężko. W tym stanie pojawiały się też myśli o „zbolidzeniu się”: nie jako plan, raczej jako natrętna fantazja o tym, że ból psychiczny można by zamienić na fizyczny, bardziej namacalny, łatwiejszy do uniesienia.
Byłam na tyle zmęczona, że większość dnia spędziłam w łóżku. Wstałam dopiero na obiad. Kręciłam się po oddziale, bez większego celu. Pewnie rozmawiałam z Beatą. Nastrój poprawił mi się po rozmowie z Nadią albo z Mamą — już nie pamiętam. Piszę to z perspektywy wtorku.
W odwiedziny przyszli do mnie rodzice. Rozmawiałam głównie z Mamą. Tata praktycznie nie zamienił ze mną przez półtorej godziny ani jednego słowa. Tak — odwiedziny trwały półtorej godziny, bo pielęgniarka nie „zapraszała do wyjścia”.
Po spotkaniu nastrój był nieco lepszy, ale chęć przyjęcia substancji nie zniknęła. Ustąpiły natomiast myśli o „zbolidzeniu się”.
Dzień trzynasty
Od rana nastrój był obniżony. Poinformowałam o tym lekarkę po społeczności. Mówiłam, jak bardzo ciągnie mnie do przyjęcia substancji. Planowałam powiedzieć „trzy zdania”: że czuję się stabilnie, że można odstawić paracetamol i chlorchinaldin oraz że byłam na głodzie i pojawiały się myśli autodestrukcyjne. Nie spodziewałam się, że przerodzi się to w pełnoprawną wizytę.
Rozmawiałam z lekarką o planowanym wypisie — 05.01.2025 — ze względu na refundację leczenia przez NFZ przy danym rozpoznaniu. Nie wiem dokładnie, jak to wygląda proceduralnie, natomiast spodziewam się, że w przypadku znacznego pogorszenia stanu zdrowia hospitalizacja mogłaby zostać przedłużona.
Lekarka poruszyła temat mojego braku przygotowania do wypisu. Powiedziała wprost, że widzi mnie wyłącznie na oddziale zamkniętym podwójnej diagnozy. Wstępnie zgodziłam się na wizytę kwalifikacyjną. Niestety na takim oddziale obowiązują duże restrykcje, między innymi w zakresie korzystania ze smartfona. Cały pobyt trwa nawet rok. Chcę wreszcie zrealizować swoje marzenia — pracować, pójść na studia psychologiczne. Nie chcę spędzić roku w szpitalu.
Resztę dnia przeznaczyłam na pisanie tekstu Sidła uzależnienia. Nastrój był zmienny. Wracały myśli o tym, w jakim stanie trafiłam do szpitala. Rozmawiałam z Beatą. Powiedziałam jej, że poszłam do szpitala dla siebie i dla swojej ukochanej narzeczonej ❤️. Rozpłakałam się. Tak bardzo kocham Nadię.
Myślę, że farmakologia oraz mechanizmy obronne mocno hamują ekspresję emocji.Rozmawiałam z Nadią. Powiedziałam jej, że jest jedyną osobą, którą tak mocno kocham i przy której potrafię się otworzyć emocjonalnie.
Dzień czternasty
Minęły już dwa tygodnie odkąd jestem w szpitalu. Od kilku dni jest gorzej. Rozmyślam nad odbiorem przekazania informacji: Nie widzę Pani poza oddziałem zamkniętym. Jak Pani zabierze to będzie Pani cyklicznie tu wracać na oddział ostry. Wyobraź sobie. Jestem na tyle chora, że muszą mnie leczyć przez rok, aby zapobiedz nawrotą choroby. Rok za zamkniętymi drzwiami.
Dziś mi odmówiono prawa do samodzielnych wyjść, tydzień temu odmówiono mi przepustki na święta bo Pani jest uzależniona. Gdybym chciała to nawet do szpitala przywieźli by mi substancje psychoaktywne. Nie tak trudno tu wnieść przedmioty regulaminowo niedozwolone, czy substancje psychoaktywne.
Na tą chwilę nie było żadnego wydarzenia, aby wzmocnić zabezpieczenia i przeszukiwać torby noszone przez rodziny czy kurierów. Dobrze wiemy jak rozwinięta jest sieć dystrybucji nielegalnych substancji na czarnym rynku. Popularny jest jeden z komunikatorów. Nie posiadam na nim konta, aby do głowy mi nie przyszło kupienie czegoś mocniejszego niż tramadol.
Dopiero tu, na oddziale zamkniętym, dostrzegam siłę uzależnienia. Jak widać, od kilku dni jest to temat numer jeden. Przed przyjęciem zawsze było: „dobra, dzisiaj sobie pozwolę, bo mam ciężki dzień”, „bo boli FMS”. Tu nie mam takiej możliwości. To była iluzja kontroli, a w rzeczywistości — jej brak. Głód kieruje życiem.
To czego mi brakuje to psychoterapii.
Dzień pietnasty. Wigilia Bożego Narodzenia
Dziś w rzymskokatolickiej tradycji przypada Wigilia Bożego Narodzenia. Czuję się lepiej niż w poprzednie dni. Myślę, że wiele dało to, że mogłam dać upust swoim emocjom i opowiedzieć historię uzależnienia.
Szczerze mówiąc, coraz mniej chce mi się prowadzić dziennik. Robię to głównie dlatego, że widzę w tym sens. Chcę odczarować psychiatrię i jej negatywny wydźwięk.
Wigilię spędziłam z Mamą i Siostrą. Gdy siostra weszła i zaczęła się rozbierać, zapytałam ją półżartem:
— No i jak wygląda świat za zamkniętymi drzwiami? Gdzie te krzyki?
Kiedy rodzina przyszła w odwiedziny, stoły były już nakryte obrusami. Mama rozłożyła świąteczne ozdoby i wyjęła wigilijne potrawy, którymi podzieliłyśmy się z innymi pacjentkami. Nie zabrakło życzeń. Wiem, że Mama chciałaby, abym nie miała problemów. Sama tego pragnę, ale mam świadomość, że moje leczenie jeszcze trochę potrwa. Chciałabym skupić się na pracy i na rozwijaniu związku z Nadią.
Po rodzinnej wigilii odbyła się wigilia oddziałowa. Poprosiłam o symboliczną porcję zupy grzybowej, jednak dostałam pełen talerz. Nawet pojemność mojego brzucha ma swoje granice — nie byłam w stanie zjeść wszystkiego. O kolejne dania nie prosiłam.
Po wigilii nastąpiło kolędowanie. Po pewnym czasie przejęłam rolę kantorki i zaczęłam prowadzić śpiew. Dziewczyny z oddziału były zachwycone moim głosem. Lubię go, choć z racji anatomii krtani nie jest to głos stereotypowo przypisywany głosom żeńskim.
Jedna z pań powiedziała mi, że usłyszała głos Jezusa. Zapytałam: jak to? Doprecyzowała, że w moim głosie. To było ciekawe doświadczenie. W te święta nie czułam jednak iskierki wiary — podeszłam do nich raczej jak do mitologii.
Po kolędowaniu byłam na tyle zmęczona, że położyłam się spać.
Dzień szesnasty
Obudziłam się z bólem i sztywnością. Od razu wiedziałam, że to będzie ciężki dzień – i nie myliłam się. Fibromialgia ukazała się w całej okazałości. Z tego powodu ograniczyłam aktywność fizyczną do minimum i postawiłam na odpoczynek. Mój nastrój od rana był obniżony, co niestety nie jest niczym nowym przy FMS 😓.
Zaczynam czuć stres związany z wypisem ze szpitala. Na razie jestem tutaj bezpiecznie odizolowana od substancji psychoaktywnych, ale wiem, że po wyjściu będę musiała zmierzyć się z uzależnieniem w „prawdziwym świecie”.
Dziś znów odwiedzili mnie rodzice, przywieźli ciasta. Nie byłam jednak rozmowna; czułam się skrajnie przebodźcowana. Każdy dźwięk z telewizora czy rozmowy innych pacjentek sprawiały mi niemal fizyczny ból. Mama od razu zauważyła, że źle się czuję.
Gdy rodzice pojechali, położyłam się do łóżka. Napisałam Nadii, jak bardzo jest źle. Po chwili rozmowy Nadia uznała, że musi interweniować i zadzwoniła na dyżurkę. Przyszła pielęgniarka, by zapytać, co się dzieje, a ja krótko wyjaśniłam: „FMS”.
Podczas ataku pojawiły się również myśli autodestrukcyjne. Lekarz dyżurujący był bardzo miły – wiedział, czym jest fibromialgia i jakiego rodzaju jest to ból.
Zaczęłam mówić pielęgniarce, że mogłabym spaść ze schodów, byle tylko ona nie miała złamanego kręgosłupa – tylko ja. Zaraz potem zaczęłam ją przepraszać, że wygaduję takie głupoty, ale dzięki takiemu wyrzuceniu z siebie myśli jest mi jakoś lżej to wszystko znieść.
Po pewnym czasie metamizol w dawce 500 mg przyniósł ulgę.
Po powrocie od lekarza i pielęgniarki jeszcze chwilę porozmawiałam z Nadią i zasnęłam.
Dzień siedemnasty
Kolejny dzień. Obudziłam się z typowymi objawami fibromialgii – zupełnie jak wczoraj. Poranek spędziłam na uzupełnianiu kroniki oddziałowej. Napisałam w niej, że biologia lubi płatać psikusy, obdarzając kobietę stereotypowo męskim głosem – tenorem. Chciałam zostawić choć odrobinę transowości w tym cisheteronormatywnym społeczeństwie.
Posiłki były zróżnicowane. Śniadanie oceniam średnio – parówki były kiepskiej jakości, ale brzuszek domagał się jedzenia. Obiad natomiast okazał się całkiem niezły. Po posiłku myślałam, że uda mi się zasnąć; objawy bólowe nie były jeszcze tak nasilone jak teraz. Przyjęłam leki, choć chyba zapomniałam o kroplach do nosa – nie pamiętam dokładnie.
Pół godziny później odwiedzili mnie rodzice. Przynieśli coś do przekąszenia. Od mamy dowiedziałam się, jak siostra zareagowała na rozstanie po powrocie do domu. Ta emotka najlepiej oddaje to, co się stało: 🤮. Mama zawsze bardzo przeżywa pożegnania. Pewnie chciałaby, abym była już w domu. Przed południem rozmawiałyśmy o kontynuowaniu leczenia po wyjściu z oddziału. Mamo, jeśli czytasz te słowa – wiedz, że Cię kocham. Przykro mi patrzeć, jak trudno Ci się ze mną żegnać. Wiem, że dla Ciebie te wszystkie słowa i rzeczywistość, w której tkwię, brzmią strasznie. Ja natomiast zdążyłam już przywyknąć do ograniczeń – do tego, że spacer odbywa się na spacerniaku i że nie mogę wyjść sama poza teren szpitala.
Po odwiedzinach wypiłam cappuccino. Rozmawiałam z Lilianą o tym, że dzisiaj na oddziale jest jakoś pusto i brakuje kogoś do rozmowy. Chwilę pogawędziłyśmy, dostałam pierniczka i wróciłam do siebie, by dalej walczyć z demonem fibromialgii.
Po obfitej kolacji zadzwoniłam na wideorozmowę do Nadii. Niestety niski stan baterii i brak szybkiego ładowania uniemożliwiły dłuższą rozmowę. Próbowałam przeczekać ból, ale stał się na tyle silny, że poprosiłam pielęgniarki o coś przeciwbólowego. Dostałam ibuprofen w kapsułkach żelatynowych. Przyniósł ulgę, choć ból nie ustąpił całkowicie – stał się jednak możliwy do wytrzymania.
Dziś, na szczęście, mój umysł nie ogniskuje się wokół cierpienia. Nie pojawiają się myśli autodestrukcyjne, co bardzo mnie cieszy. Rozmyślałam też o tym, jak zostałaby odebrana zbiórka na bolida (skuter inwalidzki) przy samym rozpoznaniu FMS. W dni takie jak wczoraj czy dziś byłby on realną pomocą. Chodzik to zupełnie nie moja bajka.
Po odwiedzinach wypiłam cappuccino. Rozmawiałam z Lilianą o tym, że dzisiaj na oddziale jest jakoś pusto i brakuje kogoś do rozmowy. Chwilę pogawędziłyśmy, dostałam pierniczka i wróciłam do siebie, by dalej walczyć z demonem fibromialgii.
Po obfitej kolacji zadzwoniłam na wideorozmowę do Nadii. Niestety niski stan baterii i brak szybkiego ładowania uniemożliwiły dłuższą rozmowę. Próbowałam przeczekać ból, ale stał się na tyle silny, że poprosiłam pielęgniarki o coś przeciwbólowego. Dostałam ibuprofen w kapsułkach żelatynowych. Przyniósł ulgę, choć ból nie ustąpił całkowicie – stał się jednak możliwy do wytrzymania.
Dziś, na szczęście, mój umysł nie ogniskuje się wokół cierpienia. Nie pojawiają się myśli autodestrukcyjne, co bardzo mnie cieszy. Rozmyślałam też o tym, jak zostałaby odebrana zbiórka na bolida (skuter inwalidzki) przy samym rozpoznaniu FMS. W dni takie jak wczoraj czy dziś byłby on realną pomocą. Chodzik to zupełnie nie moja bajka.
Dzień osiemnasty
Dzień rozpoczął się tak jak w ostatnich dniach – fibromialgia. Bardzo szybko objawy nasiliły się do stopnia, który zaburzył całościowe funkcjonowanie organizmu.
W międzyczasie analizowałam trudny przypadek znajomej. Dla ochrony kim ona jest nie będę zdradzać żadnych informacji o stanie jej zdrowia. Powiem tylko, że jej historia jest smutna. Bardzo współczułam jej sytuacji. Wynikiem tej pracy emocjonalnej i intelektualnej jest zarys artykułu lub książki: Nurt integratywny w pracy asystenta zdrowienia. Szerokie skojarzenia i przemyślenia doprowadziły do wypracowania metodologii asystentury zdrowienia wykraczającej poza tradycyjne ramy, włączając w to na przykład muzykoterapię opartą na utworach klasycznych.
Jak codziennie w tym świątecznym czasie przyjechała do mnie rodzina. Rozmowa jakoś się kleiła. Miałam tylko pytanie, czy nie męczy ich przyjeżdżanie do mnie tylko na 45 minut.
Po odwiedzinach długo rozmawiałam z Nadią i grałyśmy w Double. Oczywiście przegrywałam, ale grałam dla przyjemności.
Wyjątkowo dobrze mi się rozmawiało z Nadią. Nadrobiłyśmy zaległości w kontakcie. Gdy się gorzej czuję, nie mam siły na rozmowy.
Cały dzień unikałam aktywności, aby nie musieć brać leków przeciwbólowych. W południe byłam bliska sięgnięcia po nie. Codziennie walczę, żeby ich nie brać.
Ogólnie dzień oceniam jako dobry, pomimo ograniczeń mojego ciała.
Dzień dziewiętnasty
Dzień znów rozpoczął się od fibromialgii. Nastrój był zmienny. Przez około pół godziny odczuwałam lęk. Spodziewałam się, że spotkanie z rodzicami nie będzie proste. Mama wysłała mi artykuł o fibromialgii. Chce mi pomóc za wszelką cenę, nawet przez „medycynę niekonwencjonalną”. Jestem przeciwniczką praktyk podszywających się pod leczenie.
Tak jak się spodziewałam, rozmowa była trudna. Negatywnie wypowiadałam się na temat rehabilitacji ze względu na towarzyszący jej ból. Ból jest jedną z moich traum. Unikam go za wszelką cenę.
Pewnych kwestii rozmowy nie upublicznię. Są zbyt prywatne, aby dzielić się nimi publicznie. To, co mogę powiedzieć, to że ostatecznie rodzice uszanują moją wolę — niezależnie od tego, czy kiedyś będę musiała korzystać z bolidu. W ogóle, na samą wzmiankę o wózku aktywnym rodzice pomyśleli, że chodzi mi o elektryczny 😆. Nie — manualny. Tata zaczął mówić o tym, kto będzie mnie pchać, a ja odpowiedziałam, że taki wózek nie ma nawet rączek (choć może je mieć — to kwestia konfiguracji). Zależy mi na samodzielnym poruszaniu się.
Dalsza część rozmowy przebiegała już swobodniej. Napięcie zostało rozładowane. Mam dalsze plany leczenia.
Resztę dnia spędziłam na rozmowie z Nadią i unikaniu bólu. Dopiero wieczorem udało się go opanować bez środków farmakologicznych. Dla tych, którzy nie wiedzą, jak wygląda moje funkcjonowanie bez leków przeciwbólowych: gdy gotuję obiad, moje ruchy rąk są nieskoordynowane. Gdy ból przekracza pewną granicę, muszę się położyć. Nie jestem w stanie — z powodu bólu i zmęczenia — zajmować się nawet prostymi rzeczami. Dlatego tak bardzo nienawidzę bólu, który towarzyszy mi od szesnastego roku życia. To już jedenaście lat.
Psychicznie czuję się dobrze. Będę szczera: boję się dalszego leczenia, ale bardzo brakuje mi psychoterapii i możliwości wyrzucenia z siebie emocji. Tu czuję się zbyt bezpiecznie. Jestem odizolowana od świata zewnętrznego. Brak stresora związanego z pracą poprawił moje samopoczucie. Diagnoza zaburzeń adaptacyjnych była trafna i doprowadziła do hospitalizacji, jednak uważam, że należałoby poszerzyć diagnostykę psychologiczną — co planuję zrobić prywatnie.
Dzień dwudziesty
Już prawie trzy tygodnie minęły od mojego przyjęcia na oddział. Dziś miałam kwalifikację na oddział podwójnej diagnozy — ten, który trwa pełen rok w zamknięciu. Po rozmowie z lekarką mój plan leczenia wydaje się adekwatny do aktualnego stanu psychicznego. Co ciekawe, dziś nawet nie towarzyszył mi głód, chociaż przed wizytą bardzo się stresowałam. Objawem lęku były trzęsące się ręce.
Kwalifikację do oddziału wykorzystałam głównie na konsultacje. Od samego początku wiedziałam, że nie chcę iść na oddział zamknięty. Nie powinnam się porównywać do innych, ale nie uważam, że jestem aż tak ciężkim przypadkiem klinicznym, by zabezpieczać mnie przed dostępem do substancji fizycznie zamkniętymi drzwiami. Są inne ośrodki, w których leczenie zamknięte trwa krócej.
Dziś dużo rozmawiałam z rodziną — złożyło się na to wiele okazji. Na szczęście fale radiowe przenikają przez mury. Ogólna ocena tego dziennika jest pozytywna i uznawana za przydatną dla rodziny. Mam nadzieję, że dotrze także do osób, które obawiają się hospitalizacji. Każda hospitalizacja jest inna, każdy trafia z innym rozpoznaniem, a leczenie wygląda inaczej. Często trudno jest dobrać odpowiednią formę terapii. No i ta tabelka, ile dni NFZ refunduje hospitalizację 🤬 — to wszystko wtłacza leczenie w systemowe ramy, a pacjent staje się numerkiem w systemie.
Jutro podejdę do v-ce ordynatorki z tym samym pytaniem, ale poproszę o źródło tego wykazu. Nie sprawdzałam jeszcze wyników zwróconych przez AI odnośnie finansowania. Gemini podpowiada, aby szukać informacji w Bazie aktów NFZ oraz w Katalogu Grup JGP. Jako zastępczyni ordynatora powinna najlepiej wiedzieć, jak to wygląda w praktyce.
Ciekawym zjawiskiem jest „przetrzymywanie” w szpitalu praktycznie do zakończenia okresu refundacji leczenia przez NFZ. Na ten moment na oddziale, na którym przebywam, jest sporo wolnych miejsc. Motywacji może być więc kilka, a jedną z nich może być refundacja kosztów. To na razie luźna rozkmina.
Czas na prześwietlenie myśli. Zauważyłam, że przestałam orientować się, jaka jest data. Zaczęłam odliczać, ile dni zostało do wypisu. Spacer nazywam spacerniakiem, bo odbywa się pod nadzorem personelu. Odwiedziny to widzenia — z racji określonej godziny i limitu 45 minut.
Dzień dwudziesty pierwszy i dwudziesty drugi
Postanowiłam dwa dni opisać jako treść jednego nagłówka. Narracja jest sporządzona z perspektywy kolejnego dnia. Te dni tworzą swoiste kontinuum i stapiają się w jedną całość. Tylko przy silnych bodźcach czuję dostęp do emocji.
Za pomocą komunikatorów informacje docierają nawet przez szpitalne ściany. Tak było tym razem. Dopiero dziś odczytałam wiadomość, która wzywała do ogarnięcia się. Bo przecież moje słowa o przemocy są nieprawdą. Swoje słyszałam nie z opowieści, lecz z odgłosów w tle. Łatwiej udawać, że problemu nie ma i patrzeć mi na ręce, co publikuję w internecie.
Sytuacja ta dotknęła mnie i wyzwoliła pokłady złości. Napisałam odpowiedź. Z innych źródeł wiem, że zostałam nazwana pedałem. Fałsz – jestem lesbą. Co ciekawe, do mnie ta osoba powie Nadia, a do Nadii – deadname. „Przecież rodzice nic złego nie robią”. W mojej ocenie powinni współodpowiadać za rozstrój zdrowia na ponad 7 dni.
Nieraz żałuję, że przemocy nie można karać przemocą w takiej formie, aby zabolała ona sprawcę przemocy.
Moje reakcje na przemoc są bardzo intensywne. Wynika to z doznawanej przemocy. Niedawno zostało mi zadane pytanie, czy ktoś poniósł konsekwencje przemocy. – Nie. Nikt nie poniósł większych konsekwencji niż uwaga w dzienniku lub konieczność bycia na tzw. wywiadówce razem z rodzicem. Moja wychowawczyni była za słaba psychicznie, aby podjąć kroki. Myślę, że sama się bała. A co ja mam powiedzieć?
Dziś tj. 30.12.2025 postanowiłam, że nie będę rozmawiała z lekarką. Opisane wydarzenia miały miejsce po południu. Wizyty lekarskie są przed południem. Nie spodziewałam się, że zauważę słowa: odwal się od mojej rodziny i przestań ją szkalować.
Czuję silne emocje, pomimo że słowa te piszę kolejnego dnia. Czuję emocje, ale nie mam ochoty na substancje psychoaktywne. Jakoś znikł mi głód – przynajmniej na tę chwilę. Nie wiem, jak będzie po wyjściu w poniedziałek.
Nadia rozmawiała z moją mamą. Przyjedzie w niedzielę. To znaczy, że będzie przy mnie gdy będę wypisywana do domu 😊. To oznacza, że będzie indoktrynacja homoseksualna współpacjentek 😆.
Z rzeczy nieoczywistych: wczoraj byłam kotodziewczynką. Nie wytrzymałam braku typowych queerowych zachowań, które są normalne w tym środowisku. Meow, meow, meow. Łażenie się i mruczenie 😺😸😽.
31.12.2025, rozmawiałam z lekarką i powiedziała mi, że z upośledzeniem umysłowym nie prowadzi się psychoterapii. Do tego prowadzą inhalaty.
Lekarka również odniosła się do rozmowy kwalifikacyjnej na oddziale podwójnej diagnozy.
Brak motywacji do podjęcia się leczenia na tym oddziale,Poszłam na kwalifikacje, bo lekarka to zasugerowała.Znów powtórzę swoje słowa, porównując się do innych: Nie jestem taką ćpunką, aby zamknąć się na rok w szpitalu. Nadużywanie substancji – o ile można w ogóle tak powiedzieć – wynika z zaburzeń osobowości. One są pierwotnym źródłem problemu. Każda historia uzależnień jest inna, ale zawsze są jakieś przyczyny uzależnienia. Dziś nie mam głodu, a odczuwam silne emocje. W tej chwili aż czułam kłucie w klatce piersiowej. Emocje są w ciele.
Refleksje
Przyzwyczaiłam się do bycia tutaj. Życie jest łatwiejsze. Brak obowiązków, obiad podany do stolika. – Szpital. Psychiatryk. – Bez znaczenia. Plany na sylwestra. Przetrwać go. Niby pewnie będę go spędzała z Nadią. Jakoś kiepsko się czuje. Odliczam dni do wyjścia jak jakiś więzień.
Czuje się lepiej. Patrzyłam na zasady panujące na OLZONie. 24 miesiące. Jeśli sesję psychoterapeutyczne odbywały się dwa razy w tygodniu to była by to namiastka tego oddziału. Zamysł jest dobry. Gdyby istniała alternatywa jako oddział dzienny. Wypełniło by to lukę w systemie leczenia psychiatrycznego.
Dzień dwudziesty trzeci
Wczoraj byłam zmęczona. Nie czekałam, aż zmieni się cyferka w kalendarzu. Posłuchałam swojego organizmu i poszłam spać przed przywitaniem Nowego Roku.
Dziś zostałam obudzona w celu zmierzenia ciśnienia. Było w porządku. Podwyższone mam wtedy, gdy odczuwam ból. Szukałam pani pielęgniarki. Okazało się, że była w sali nr 3. Zobaczyłam młodą dziewczynę z widocznymi bliznami i ranami po samookaleczeniu. Przy śniadaniu stanęłam w jej obronie.
Na oddziale każda z nas ma jakąś historię. Cierpienie powinno uczyć empatii. Nie zawsze tak jest. Osobom starszym trudno jest zrozumieć uzależnienie, np. od nikotyny, czy samookaleczenie. „Ja tego nie rozumiem. Jakie ona ma ręce!”
Na oddziale powinny być przynajmniej ulotki o najczęstszych zaburzeniach psychicznych oraz reakcjach na nie. Brakuje psychoedukacji na te tematy. Rozumiem — jest to oddział ogólnopsychiatryczny (ostry). Celem jest ustabilizowanie osób w kryzysie psychicznym. W trakcie leczenia dochodzi jednak do interakcji między współpacjentkami. Nie każda wie, jak się zachować. W takiej sytuacji można przypadkowo komuś zaszkodzić, striggerować do SH. Obie strony zaczynają cierpieć.
Niestety nie każdy ma dar rozumienia innych i nieoceniania ich. Muszę wrócić do przedostatniego akapitu. Na oddziale jest pacjentka z licznymi bliznami i ranami. Starsza osoba zaczęła komentować blizny po SH. Właśnie wtedy padły te słowa: „Ja tego nie rozumiem.” Mnie też trudno jest pojąć ilość cierpienia tej pacjentki, natomiast potrafię podejść do niej z empatią i stanąć w jej obronie. Nie będę tolerować zachowań wynikających z braku wiedzy lub braku empatii wobec SH.
Po obiedzie słuchałam Koncertu Wiedeńskiego. Niestety nie od początku, gdyż podczas obiadu telewizor był wyłączony. Koncert był miodem dla moich uszu. Cudne orkiestracje utworów, dramaturgia dynamiki, agogiki… Dyrygent rzeźbi w plastycznej tkance orkiestry. To jest sztuka. Lekka, niewymagająca podążania za kontrapunktem czy pracą motywiczną. Nie zabrakło też czegoś nietypowego — ciekawy utwór, chyba polka, z efektem odgłosów kolei i dźwiękami towarzyszącymi, np. odjazdom lokomotywy parowej ze stacji.
Dziś odwiedziny doszły do skutku. Przyjechała do mnie mama z babcią. Babcia pytała, czy lepiej się czuję. Bez porównania. Nie mam niechcianych myśli, nawet przy bólu. Babcia czytała też mój dziennik. Powiedziała, że ładnie piszę. Miło słyszeć pozytywny feedback. Spotkanie przebiegło spokojnie. Mama doczepiła się do sformułowania, że rodzice zaakceptują mój wybór. Tylko mama wyraziła taką postawę. Tata nie jest rozmowny. Prawie nic nie mówi.
Kolacja dziś obfita w słodkie bułki. Mam zachomikowanych kilka kawałków wraz z chlebem i szynką. Dziś ta szynka prawdziwa, nie mortadela. Po obiedzie rozmawiałam z Nadią — nie pierwszy i nie ostatni raz. Niestety fibromialgia mnie dopadła. Zauważam korelację: brak personelu lekarskiego nasila objawy FMS. W reakcji na ból, który jest stresujący, dostałam ataku zaburzeń odżywiania.
Nagle złapało mnie zmęczenie i poszłam spać.
Dzień dwudziesty czwarty
Ciałko coś tam mówi. Da się funkcjonować. Podczas zebrania społeczności zaproponowano mi bycie przewodniczącą. Odbieram to jako zaszczyt i sygnał wysokiej pozycji społecznej. Szkoda, że w środowiskach zawodowych nie jestem dostrzegana. Mogę przytoczyć sytuację z pracy. Było kilka dni, kiedy — aby mnie „zterapeutyzować” — byłam wołana do tego, żeby zrobić podkreślenia w tekście albo pousuwać spacje. Come on. Pozwólcie mi przeżywać trudne emocje. Taka czynność nie zmieni moich przekonań bazowych.
W tym cisheteronormatywnym środowisku czuję się jak niepasujący puzzel. Codziennie towarzyszy mi stres mniejszościowy związany z dysforią głosu. Jestem zmęczona. Brakuje mi fizycznych sił. Użyczony kubek niech na mnie czeka. Może nie dostanie „nóg” i nie zmieni właściciela — jak pilniczek, cukier, żel pod prysznic i gąbka do ciała. Tu niestety giną drobne przedmioty. — Ale że gąbka? — Niepojęte.
Rano ciało dawało o sobie znać. Po obiedzie przyszło ogromne, FMS-owe zmęczenie. Nie miałam siły nawet siedzieć. Zabrałam kołdrę i położyłam się na pufie. Zmęczenie nie ustępowało. Poszłam do siebie, żeby się przespać. Spałam około godziny. Nogi nadal były ciężkie, aż w końcu doszłam do siebie.
Jestem niedopasowanym, niepasującym puzzlem w tym świecie!
Mama wysłała mi na WhatsAppie post zaczynający się od słów: „Gdybym dziś słyszała Boga… i gdyby mówił bez religii”. Poruszyły mnie te słowa. Tak, jakby były odpowiedzią na powyższy cytat.
Dzień dwudziesty piąty
Ciałko coś tam mówi. Da się funkcjonować. Podczas zebrania społeczności zaproponowano mi bycie przewodniczącą. Odbieram to jako zaszczyt i sygnał wysokiej pozycji społecznej. Szkoda, że w środowiskach zawodowych nie jestem dostrzegana. Mogę przytoczyć sytuację z pracy. Było kilka dni, kiedy — aby mnie „zterapeutyzować” — byłam wołana do tego, żeby zrobić podkreślenia w tekście albo pousuwać spacje. Come on. Pozwólcie mi przeżywać trudne emocje. Taka czynność nie zmieni moich przekonań bazowych.
W tym cisheteronormatywnym środowisku czuję się jak niepasujący puzzel. Codziennie towarzyszy mi stres mniejszościowy związany z dysforią głosu. Jestem zmęczona. Brakuje mi fizycznych sił. Użyczony kubek niech na mnie czeka. Może nie dostanie „nóg” i nie zmieni właściciela — jak pilniczek, cukier, żel pod prysznic i gąbka do ciała. Tu niestety giną drobne przedmioty. — Ale że gąbka? — Niepojęte.
Rano ciało dawało o sobie znać. Po obiedzie przyszło ogromne, FMS-owe zmęczenie. Nie miałam siły nawet siedzieć. Zabrałam kołdrę i położyłam się na pufie. Zmęczenie nie ustępowało. Poszłam do siebie, żeby się przespać. Spałam około godziny. Nogi nadal były ciężkie, aż w końcu doszłam do siebie.
Jestem niedopasowanym, niepasującym puzzlem w tym świecie!
Mama wysłała mi na WhatsAppie post zaczynający się od słów: „Gdybym dziś słyszała Boga… i gdyby mówił bez religii”. Poruszyły mnie te słowa. Tak, jakby były odpowiedzią na powyższy cytat.
Dzień dwudziesty szósty
Dzień niczym się nie wyróżniał. Był bardzo spokojny. Minęły myśli porównujące mnie do niedopasowanego puzzla.
Rodzice przyjechali do mnie w odwiedziny. To już drugi raz, kiedy odwiedziny trwały półtorej godziny 🤫. Cichutko… nikt ma o tym nie wiedzieć 😝. Rodzice przywieźli mi dużą walizkę. Jutro spakuję do niej niepotrzebne ubrania i rzeczy, żebym wracała w poniedziałek z Nadią z lekką walizką — tylko z najpotrzebniejszymi rzeczami.
Ciągle jestem zmęczona fizycznie i senna. Wypiłam napój kawowy, ale po nim nadal chciało mi się spać. Po odwiedzinach poszłam spać.
Kolacja 😓. Dobrze, że chociaż do kanapek był miód. Serek twarożek nie przejdzie mi przez gardło. Dobrze też, że zrobiłam zapasy. Miałam szynkę i pasztet pieczony, więc pisałam, z czym zjeść kolację.
Może nie mam głodu na substancje, ale BED pragnął jedzenia. Trochę jestem zła, że nikt nie chce wpisać diagnozy zaburzeń odżywiania. Jest to problem, który również można poruszyć na terapii uzależnień, choć samo w sobie nie jest klasyfikowane jako uzależnienie. Mechanizm działania jest podobny do uzależnień: pojawia się napięcie emocjonalne, potem głód — obsesja, która przekształca się w kompulsję, czyli spożywanie jedzenia.
Dzień dwudziesty siódmy
Ostatnie kilka godzin spędzam za drzwiami oddziału. Po mnie przyjadą Tata i Nadia. Nie byłam dziś na porannej gimnastyce. Pielęgniarka miała pretensje, że nie wstałyśmy na 7:15 na pomiar ciśnienia, choć nikt mnie nie poinformował, o której godzinie odbywa się mierzenie. Ciśnienie wynosiło 100/80.
Nadia przyjechała około wpół do trzynastej. Nie udało się indoktrynować oddziału naszą czułością — większość pacjentek poszła na spacer, gdy byłyśmy razem. Czekałam na wypis. W trakcie całego pobytu lekarka zapomniała zlecić badania krwi. Po nzątkowo chciała mnie zostawić do środy, bo „jak to wypis bez badań?”. Udało mi się jednak przekonać ją, że dalszy pobyt wyłącznie w celu wykonania badań nie ma dla mnie sensu.
Gdy wypis był gotowy, lekarka omówiła ze mną rozpoznania, zalecenia oraz przyjmowane leki. Wspomniała również o konieczności ponownej adaptacji w środowisku, w którym funkcjonuję. Tak więc mimo wyjścia ze szpitala, dopiero zaczynam wracać do sprawności.
Jestem w domu
Po przyjeździe do domu zaczęłam się rozpakowywać. Bardzo irytowało mnie to, że rzeczy nie są poukładane. To dość nietypowe — do tej pory bałagan mi nie przeszkadzał, chyba że zachodził we mnie jakiś proces psychologiczny. Po pewnym czasie byłam bardzo zmęczona. Ugotowałam obiad.
W trakcie gotowania powiedziałam Nadii, że wróciły „eski” i że muszę się ponownie zaadaptować. Owszem, w szpitalu miałam dużo przestrzeni, ale nie było tam żadnych wymagań. Kiedy chciałam, mogłam po prostu pójść odpocząć. W świecie poza szpitalem tak to nie działa. Obowiązują sztywne ramy, które czasem da się naginać, ale jednak istnieją. To na pewno nie jest orkiestra, gdzie wszystko ma swoje ścisłe zasady — jak stać, kiedy grać i co grać. Poza tym nie mam nawet zimowej kurtki z porządnej orkiestry.
Po obiedzie poszłam spać. Nadia obudziła mnie około 21:00, podała leki i znów poszłam spać. Obudziłam się około 0:30 i od tego momentu nie mogę zasnąć. Zastanawiam się, czy wziąć leki, czy spróbować jakoś spożytkować nocną energię. Zobaczymy.
#DziennikHospitalizacjiPsychiatrycznej #Fibromialgia #FMS #GłódNarkotyczny #HospitalizacjaPsychiczna #KryzysPsychiczny #LeczeniePsychiatryczne #OddziałPsychiatryczny #PrzewlekłyBól #RelacjaZOddziałuPsychiatrycznego #SzpitalBabińskiego #Uzależnienie #ZespółAbstynencyjny