17 września, jak co roku, jest okazją do celebrowania naszego druzgoczącego zwycięstwa moralnego w kampanii wrześniowej. Wraz z wkroczeniem Związku Radzieckiego na tereny wschodniej Rzeczpospolitej skończyła się wojna obronna, a zaczęła okupacja.
Symboliczne jest to, że gdy wojska radzieckie zajmowały wschód, bożyszcze narodu i Wielki Wódz, Edward Rydz-Śmigły, śmigał przez granicę polsko-rumuńską, porzucając kraj na pastwę losu. Jeszcze miesiąc wcześniej był wzorem cnót wszelakich, otoczony kultem jednostki, rodem z państw totalitarnych - co w sumie nie powinno być zaskoczeniem dla kogokolwiek, kto kojarzy historię II RP i jej radosne faszyzowanie od przewrotu majowego.
Każdy na pewno kiedyś zadawał sobie pytanie, czy możliwe było, by wypadki potoczyły się inaczej, czy wrzesień mógł się potoczyć inaczej. Wielu amatorskich strategów dywagowało o tym, jak możliwe było stawianie oporu, gdyby wycofać się do punktu X, na rubież Y, sprowadzić wsparcie Z, czy wezwać na pomoc armię obcych.
My stwierdzimy, że inaczej być nie mogło, bo to by wymagało, by Rydz nie był Rydzem, a jego koteria nie była jego koterią. Na papierze Polska dysponowała dużą armią i miała świetnych dowódców, ale...
Sytuacja, w jakiej Polska znalazła się w 1939 r. była skutkiem wielu czynników, ale kluczowym pozostawała urojona mocarstwowość, która zaraziła umysły władz i przyczyniła się do prowadzenia oderwanej od rzeczywistości, nietrzeźwej polityki godnej Wieniawy-Długoszowskiego, ale nie ogromnego kraju w Europie Środkowej.
Skończyliśmy otoczeni przez wrogie kraje, z wojskami rozlokowanymi wzdłuż granicy, które zostały wyminięte, pokaleczone, albo zmuszone do gwałtownego wycofania się na wschód, poddając Poznań, korytarz gdański, Śląsk i ostatecznie rozbite w bitwie nad Bzurą między dziewiątym a dziewiętnastym września. Ucieczka Śmigłego-Rydza i jego kolegów na Rumunię siedemnastego września, zanim skończyła się bitwa nad Bzurą, była wymownym komentarzem co do stosunku sanacyjnych elit względem II Rzeczpospolitej.
Ale też można ich zrozumieć. Prawica lubuje się w kreowaniu alternatywnej historii, jakoby II RP była tak naprawdę wspaniałym, cudownym krajem, który nigdy nikomu nie zrobił żadnej krzywdy i w ogóle to dosłownie Mesjasz Narodu niesłusznie skrzywdzony przez historię. Taka narracja dominuje w podręcznikach, które skupiają się głównie na igraszkach elit i bogaczy oraz rywalizacji ich interesów, gdzie najwazniejszy jest nie los Polaków, a to, czy taki czy inny hrabia -ski bezpiecznie siedzący sobie w Londynie i sączący whisky ze szklaneczki nie dostał z powrotem swoich włości po katastrofie 1939 roku.
Sprawa zmienia się, gdy patrzysz na to nie z perspektywy znanej Hearts of Iron 4, ale indywidualnych Polaków obraz zmienia się diametralnie. II RP przestaje być cudem, gdy patrzysz na nią z perspektywy bogatej Warszawki, tego Paryża Wschodu, a na przykład przeciętnego chłopa. Chłopi stanowili przeważającą większość mieszkańców Polski, i byli wolni od niewolnictwa - tak, I RP była totalitarnym państwem niewolniczym, a nie żadną "demokracją" - od zaledwie kilkudziesięciu lat. Zmagali się z brakiem infrastruktury, dostępu do wykształcenia, opieki medycznej oraz reprezentacji politycznej - i całkowicie wymazani z kart historii. Kojarzycie może strajk chłopski z 1937 r.? A może regularne pacyfikowanie strajków i powstań za pomocą broni palnej? No właśnie.
Był to kraj zafascynowany faszyzmem - szczególnie po śmierci Piłsudskiego (który też był autokratą, owszem), w którym krótko po śmierci Marszałka zaczęły pojawiać się jak grzyby po deszczu zarządzenia wymierzone w Polaków żydowskiego pochodzenia, oficjalnie sankcjonowane przez uczelnie państwowe i sam rząd. Kraj, którego zbrodnią założycielską było zamordowanie pierwszego prezydenta przez prawicowego oszołom. Kraj, który dosłownie kilka lat wcześniej najechał upadającą Czechosłowację by zagarnąć Zaolzie, uzasadniając to podobnie, jak bolszewicy wkraczający na kresy.
Tak jak wtedy, tak i dziś rządzą nami elity odklejone od rzeczywistości i faktycznych problemów. Szczęściem w nieszczęściu pozostaje to, że tym razem jesteśmy otoczeni sojusznikami i jesteśmy częścią mniej lub bardziej, ale jednak zjednoczonej Europy - i niezależnie od tego, która to odsłona PO-PiSowego teatrzyku, warto cieszyć się, że nie grozi nam ponowne znalezienie się w kleszczach dwóch totalitaryzmów. Niezależnie od tego, ile jeszcze razy prawica będzie grać wydarzeniami sprzed prawie stu lat, by ponabijać sobie punkciki w sondażykach.
Obraz: Śmigły Rydz Śmiga, B. Pieprzyk, 1935



