Może i przez dym w pracy nie mogłem wyskoczyć na długie kulanie, może i to krótkie rowerowanie miałem przerwane zmianą dętki, ale za to trafiłem dzisiaj na coś, czego do tej pory nie widziałem na żywo.
Przejeżdżając przez niedużą wioskę, przysiółek raczej, zauważyłem drogę na skraju pola, częściowo biegnącą w krzakach rosnących na brzegu stawu przy dawnym młynie. Skręciłem w nią, żeby zobaczyć dokąd prowadzi, okazało się, że w stronę torów (linia 281, Oleśnica – Chojnice), które przechodziły nad nią po małym wiadukcie.
Za wiaduktem droga zamieniła się w zarośniętą, ledwo widoczną ścieżkę, ale nie po to kupiłem rower z szerokimi kapciami, żeby teraz odpuszczać takie trasy. Wpakowałem się tam i wyjechałem przez krzaki prosto na spore, uprawione pole i aż mnie wcięło, bo trafiłem na niezły spektakl.
Dwa samce sarny walczyły zawzięcie ze sobą, wzniecając kłęby kurzu. Z boku walkę obserwowały trzy samice. Mimo odległości słyszałem przy zwarciach trzask zderzających się poroży.
Na zmianę cofały się i atakowały, próbując odgonić rywala. Co któryś raz poza trzaśnięciem i odskoczeniem spinały się porożami i siłowały, aż lądowały na ziemi. Po którymś takim zakotłowaniu jeden został dość mocno przetoczony w kurzawie i chyba miał dość, bo ścigany przez drugiego uciekł w zarośla. Po chwili zwycięzca powrócił, a z krzaków nad stawem zaczął odszczekiwać się przegrany, najwyraźniej wyzywając przeciwnika i całą jego rodzinę na siedem pokoleń wstecz od najróżniejszych, bo jojczył tam i jojczył, na co wyzywany odpowiadał pojedynczymi szczeknięciami.
A potem nagle zostałem zauważony i zwycięzca z trzema kozami uciekł przez pole, zostawiając rozgoryczonego rywala i jeszcze jednego kozła, który tak jak ja, obserwował wszystko z krzaków, na przeciwnym brzegu pola.
#sarny #sarna #zwierzęta #widzianeZRoweru