Mam kolegę. Znamy się prawie trzydzieści lat, kiedyś byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, ale ten etap - z żalem muszę przyznać - jest już za nami. Weszła dorosłość - rodzina, praca, kredyty, przeprowadzki. Kontakt osłabł. Dziś jest tylko sporadyczny.
Mniej więcej rok temu umarła mu matka. Nowotwór, paskudna sprawa. Wtedy na chwilę odnowiliśmy kontakt - spotkaliśmy się, pogadaliśmy. Czułem już wtedy, że chyba nie do końca się dogadujemy, ale trudno oczekiwać od człowieka który właśnie stracił rodzica, żeby okazywał swoje zwykle skille konwersacyjne...
Parę dni temu odezwał się do mnie, jakoś tak zupełnie bez okazji - gadaliśmy o diecie, bo okazało się, że obaj się aktualnie odchudzamy. I wtedy dowiedziałem się od niego, że:
1. Pięć posiłków dziennie to głupota.
2. Zalecenia IŻiŻ i WHO są durne.
3. Od czasu kiedy matka mu umarła "zaczął się interesować" i "odszedł od mainstreamowej medycyny".
Tak się rodzi #foliarstwo. Z rozpaczy.
Kurczę, smutno mi.
