Polska odbudowana
Jedną z nielicznych rzeczy, które w ośmiu latach rządów PiS oceniam pozytywnie, jest inicjatywa odbudowy Pałacu Saskiego w Warszawie. Jak zajrzycie na mój wpis wprowadzający na blogu, to zobaczycie, że jestem wielkim wielbicielem naszego narodowego uporu w odbudowywaniu tego, co nasi mili sąsiedzi postanowili z tego czy innego powodu zrównać z ziemią. Mam tak, ponieważ każdą stertę gruzu, każdą „trwale zachowaną” ruinę traktuję w dużej mierze jako obelgę – pokazanie ludziom, że można bezkarnie kształtować krajobraz za pomocą bomb, aby przez dziesięciolecia pokazywał blizny zarówno mieszkańcom, jak i odwiedzającym.
Lekcja z Królewca i Ziem Odzyskanych
Szczęśliwcy, którzy przed rozpoczęciem putinowskiej spirali szaleństwa odwiedzili Królewiec, byli przerażeni sposobem, w jaki sowiecka dzicz zniszczyła perłę Bałtyku. I nie chodzi o to, że walki zrównały miasto z ziemią – chodzi o planowy proces przekształcania tej perły w koszmar rosyjskiego, bylejakiego bałaganu.
A teraz porównajmy to ze Szczecinem czy Wrocławiem, czyli miastami, które trafiły pod naszą kuratelę. Mamy tam do czynienia oczywiście nie z odbudową w skali tej z Warszawy czy Gdańska, ale jednak z dążeniem do przywrócenia serca miasta w formule, w jakiej każdy mieszkaniec sprzed 1939 roku potrafiłby je rozpoznać.
Kamień o kamieniu, czyli upór stolicy
Duch miejsca – nieuchwytna miejska tkanka kształtowana przez stulecia – jest bowiem ważniejszy, niż nam się wydaje. To nie tylko puste dziedzictwo, to pewna materialna łączność w czasie i przestrzeni. Mądre narody potrafią nie tylko szanować i tworzyć własną, ale też zaadaptować cudzą.
Istnieje szereg dokumentów pokazujących odbudowę Warszawy i niesamowity upór ludzi, którzy zadecydowali, że cegła po cegle doprowadzą do tego, że miasto będzie w maksymalnym stopniu przypominało to, które zabrała im wojna. Z morza gruzu, którym była stolica w 1945 roku, wykrawali może nie najpiękniejsze miasto w Polsce, ale takie, które było nasze, zapamiętane, swojskie i ukształtowane przez setki lat niełatwej historii.
A przecież nie brakowało takich, którzy apelowali, aby wszystko po prostu zaorać i wzorem tego, co stało się w Królewcu, zacząć od nowa. Gdyby dopięli swego, stolica przypominałaby zapewne socrealistyczny „raj” z żelazobetonu, który wygląda dobrze jedynie w postaci tekturowych makiet studentów architektury i na konferencjach spadkobierców Le Corbusiera.
Nowoczesne bezeceństwa estetyczne
Z drugiej strony – nic straconego, bowiem inna grupa ludzi postanowiła wyposażyć stolicę w „oryginalny” w formie i treści budynek Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Ten architektoniczny ekskrement nie tylko pokazuje, jakich estetycznych bezeceństw potrafią dopuścić się w mieście niepilnowani pseudoesteci, ale też idealnie koresponduje z „jakością” tego, co współcześnie uchodzi za sztukę, a co jest pokazywane w środku.
Teraz wyobraźmy sobie, że pomysłodawcy i zwolennicy tego rodzaju architektury odbudowywaliby powojenne miasta. Choć w sumie nie musimy sobie tego wyobrażać, bo ten rodzaj estetyki w jakiejś mierze przeniknął do wielu budowli pod postacią np. chwalonego z niewiadomych powodów brutalizmu. To koszmary, których nawet trudno się pozbyć, bo zawsze znajdą się jacyś fanatyczni wyznawcy żelazobetonowej formy wskazujący, że te potworki po pół wieku straszenia można już uznać za zabytki.
Tęsknota za detalem
I tylko oglądając architekturę XIX wieku czy nawet międzywojnia, zastanawiam się, gdzie podziały się estetyka, detal i po prostu dbałość oraz staranność, których tak często w naszych dzisiejszych czasach brakuje. Dlatego mimo niechęci do pierwotnych pomysłodawców i świadomości symboliki Grobu Nieznanego Żołnierza, do odbudowy Pałacu Saskiego podchodzę z miłą antycypacją. Po tysiąckroć wolę to od kolejnego białego kloca udającego muzeum.
#architektura #PIS #Polska #Rosja #Warszawa #ZSRR