Szwajcarskie banki, izraelskie miliardy i polscy Żydzi. Kto naprawdę powinien otrzymać odszkodowania?

1,25 mld USD wypłacone przez szwajcarskie banki za ofiary Holokaustu. 3 mln ofiar to polscy obywatele. Polska nie dostała nic. Kto naprawdę powinien otrzymać odszkodowania?

https://waweldom.com/2026/06/17/szwajcarskie-banki-izrael-polacy/

Amerykańskie prawo ważniejsze niż europejska prywatność? Microsoft w centrum afery z holenderskimi urzędnikami

Europejskie rządy od lat zachodzą w głowę, jak uniezależnić się od amerykańskich gigantów technologicznych, a najnowsze doniesienia z Holandii pokazują, że nie są to tylko czcze obawy.

Jak donoszą tamtejsze media, Microsoft miał przekazać amerykańskiemu Kongresowi nieocenzurowane dane holenderskich urzędników państwowych. Powód? Pracowali oni nad ustawą, która nie podoba się Waszyngtonowi.

Choć sprawa wypłynęła na łamach holenderskiego portalu NL Times (powołującego się na śledztwo magazynu Vrij Nederland), jej echa mogą wkrótce wstrząsnąć całą Unią Europejską. To klasyczny, wręcz podręcznikowy przykład zderzenia dwóch potężnych systemów prawnych: europejskiego nacisku na prywatność z amerykańskim pociągiem do globalnej kontroli danych.

O co dokładnie poszło?

Według medialnych doniesień, Microsoft udostępnił amerykańskiej Izbie Reprezentantów zbiór maili, notatek ze spotkań oraz zaproszeń należących do holenderskich urzędników. Co kluczowe – firma nie zanonimizowała tych dokumentów, ujawniając Amerykanom imiona i nazwiska pracowników dwóch kluczowych organów: Holenderskiego Urzędu Ochrony Danych (AP) oraz Urzędu ds. Konsumentów i Rynków (ACM).

Dlaczego amerykański rząd w ogóle interesował się holenderskimi urzędnikami? Byli oni zaangażowani we wdrażanie słynnego aktu o usługach cyfrowych (DSA). To europejska ustawa zmuszająca platformy technologiczne (takie jak Facebook, X czy Google) do znacznie ostrzejszej walki z nielegalnymi treściami, dezinformacją i materiałami wykorzystującymi dzieci. Problem w tym, że część amerykańskich polityków uważa europejskie regulacje DSA za zakamuflowaną formę cenzury, uderzającą w interesy firm z USA.

Wszechpotężny Cloud Act

Jak to możliwe, że Microsoft, operując w Europie, tak po prostu wydaje dane tutejszych urzędników obcemu rządowi? Odpowiedzią jest Cloud Act – kontrowersyjne amerykańskie prawo, które zmusza firmy technologiczne z USA do udostępniania danych na żądanie amerykańskich organów ścigania i rządu, niezależnie od tego, na jakich serwerach (i w jakim kraju) te dane są fizycznie przechowywane.

Dla amerykańskich korporacji jest to sytuacja bez wyjścia – muszą wybierać między złamaniem europejskiego RODO a narażeniem się na potężne kary we własnym kraju. Microsoft właśnie dokonał wyboru.

Dyplomatyczny zgrzyt i suwerenność cyfrowa

Doniesienia wywołały spore poruszenie w holenderskim rządzie. Sekretarz stanu ds. gospodarki cyfrowej, Willemijn Aerdts, przyznała, że odbyła już w tej sprawie rozmowę z ambasadorem USA. „Powiedziałam mu, jak bardzo to niepożądane. Jeśli macie jakiś problem, walczcie z nami, rządem, albo z Europą, ale nie za plecami szeregowych urzędników państwowych” – stwierdziła Aerdts. Z kolei odpowiedzialny za sprawy wewnętrzne Eric van der Burg zapowiedział szczegółowe śledztwo, które ma ustalić, jakie dokładnie dokumenty trafiły za ocean.

Niezależnie od tego, jak zakończy się holenderskie śledztwo, afera ta idealnie obrazuje pojęcie „suwerenności cyfrowej”. Europejscy politycy od lat podkreślają, że dopóki kluczowa infrastruktura państwowa (od poczty e-mail, przez serwery chmurowe, aż po komunikatory) będzie leżeć w rękach amerykańskich korporacji podlegających ustawie Cloud Act, Europa nigdy nie będzie w pełni niezależna technologicznie. Budowa własnych, europejskich alternatyw to jednak proces na lata, a do tego czasu nasze dane wciąż pozostaną zakładnikami w cyfrowej wojnie mocarstw.

Microsoft Edge zmienia zasady gry. Menedżer haseł odblokujesz tylko przez Windows Hello

#bezpieczeństwoWSieci #BigTech #chmuraObliczeniowa #CloudAct #DSA #geopolityka #Microsoft #prawoTechnologiczne #prywatność #UniaEuropejska

[Felieton] Myśliwce F-35 „nie nadają się do walki”?

Przeczytałem dziś na portalu Forsal.pl alarmujący tekst, sugerujący, że większość amerykańskich myśliwców F-35 uległa uziemieniu i „nie nadaje się do walki”.
Inspiracją dla autora był głośny raport amerykańskiego urzędu GAO, wytykający flocie dramatycznie niskie wskaźniki gotowości. Problem polega na tym, że wyrwane z kontekstu dane zderzyły się tu z całkowitym niezrozumieniem wojskowej logistyki. Ja po raport „F-35 SUSTAINMENT. Actions Needed to Ensure Updated Strategy Improves Persistent Readiness Challenges” (62 strony, PDF, j. angielski) również sięgnąłem. I mam zgoła inne wnioski. Żadna, nawet najpotężniejsza armia na świecie (a za taką uważa się Amerykanów), nie trzyma w czasie pokoju swoich sił zbrojnych w pełnej gotowości operacyjnej.

Z perspektywy cywila czytającego nagłówki, informacja o tym, że wskaźnik pełnej gotowości dla samolotów F-35A wynosi zaledwie 28,5%, brzmi jak katastrofa i wielomiliardowa kompromitacja Pentagonu, a także Polski. Przecież my też kupiliśmy 32 egzemplarze F-35, co więcej, zgodnie z tym co ogłosił Minister Obrony Narodowej, mamy w planach zakup kolejnych 32.

Czym zatem jest to 28,5%? Z punktu widzenia lotnictwa wojskowego to statystyka, która w warunkach pokojowych ma swoje głębokie, ekonomiczne i operacyjne uzasadnienie. Aby zrozumieć ten fenomen, trzeba odłożyć na bok clickbaity i zajrzeć w podręczniki amerykańskich sił powietrznych. Wypadałoby też naprawdę przeczytać raport GAO. I go zrozumieć. Bo ten rzeczowy tekst w żadnym akapicie nie sugeruje, że F-35 to „nielot”.

Magia skrótów, czyli to, czego nie wyczytasz w nagłówkach

Gdy portale informacyjne (podobne materiały opublikowały też serwisy WP czy wnp.pl) krzyczą, że większość floty „nie nadaje się do walki”, opierają się na wskaźniku FMC (Full Mission Capable). Czym on jest? Wskaźnik ten określa procent czasu, w którym samolot jest w stanie wykonać absolutnie wszystkie przypisane mu zadania operacyjne (zadania, do których został zaprojektowany). Wystarczy drobna usterka jednego, wysoce specyficznego systemu zakłócania albo rysa na powłoce pochłaniającej fale radarowe, by maszyna straciła status FMC. Czy to problem? Nie, to rzeczywistość.

Sęk w tym, że w wojsku istnieje też wskaźnik MC (Mission Capable), który określa, czy samolot jest w stanie polecieć i wykonać przynajmniej jedno ze swoich głównych zadań bojowych. Ten sam myśliwiec, który w księgowym arkuszu nie spełnia rygorystycznych wymogów FMC, wciąż może wystartować z pełnym uzbrojeniem, zrzucić bomby i wywalczyć przewagę w powietrzu, albo wykonać inne wyrafinowane zadania, mimo formalnego niespełnienia przez dany egzemplarz wskaźnika FMC.

Myśliwce piątej generacji to latające superkomputery. Utrzymywanie całej floty w stuprocentowej gotowości na każdą ewentualność w czasie pokoju byłoby logistycznym absurdem i marnotrawstwem olbrzymich pięniędzy podatników. Zamiast tego armia masowo rotuje maszynami – część lata, część szkoli, a reszta poddawana jest zaplanowanym przeglądom w depach (z ang. depot-level maintenance, czyli wyspecjalizowane, przemysłowe zakłady naprawcze).

Prawdziwy skandal kryje się w fakturach, nie w silnikach

Jeśli naprawdę wczytamy się w raport GAO, szybko zorientujemy się, o co tak naprawdę wściekają się rządowi audytorzy. Nie chodzi o wady aerodynamiczne czy to, że F-35 rzekomo „nie potrafi latać”. Raport to w istocie chłodny audyt księgowości, łańcuchów dostaw i niegospodarności. Główne zarzuty to permanentny brak części zamiennych, wąskie gardła w zakładach naprawczych oraz… fatalnie skonstruowane umowy z cywilnymi wykonawcami.

Prawdziwym „skandalem” jest fakt, że Biuro Programu F-35 (JPO) wypłacało głównym wykonawcom (na czele z Lockheed Martin) wielomiliardowe prowizje i premie za rzekome osiąganie celów, podczas gdy wskaźniki gotowości wcale nie rosły. Raport bezlitośnie obnaża, że wojsko naginało swoje własne kalkulacje i arkusze kalkulacyjne, byle tylko wypłacić firmom wyższe „incentive fees” (premie motywacyjne). O to, a nie o zdolność radaru do wykrycia wroga, czy samą lotność F-35, wściekają się amerykańscy urzędnicy.

Miliardy na logistyczny Reset

Wspominane w clickbaitowych tekstach (dez)informacyjnych 13,7 miliarda dolarów, które rzekomo mają uratować program F-35 przed katastrofą, to nie jest budżet na wymyślanie samolotu od nowa. To kwota potrzebna na realizację programu naprawczego o nazwie „Global Support Solution (GSS) Reset”. Na co pójdą te pieniądze? Prawie połowa (7,3 mld dol.) zostanie przeznaczona po prostu na zakup dodatkowych części zamiennych, a kolejne 3,1 mld dol. na rozbudowę magazynów i infrastruktury naprawczej (tzw. depot capacity).

Czy amerykańskie F-35 przechodzą obecnie trudności logistyczne?

Oczywiście, że tak. Wynika to z faktu, że produkcja tych maszyn idzie pełną parą (w samych Stanach lata ich już ponad 800), a fabryki podzespołów zwyczajnie nie nadążają z obsługą floty. Jednak robienie z uziemionych w hangarach serwisowych samolotów „nienadającego się do walki złomu” to gruba przesada.

Gdyby jutro wybuchł konflikt zbrojny, a priorytety budżetowe przestałyby mieć znaczenie, te maszyny błyskawicznie zostałyby wyciągnięte z zaplecza. Pogoń za stuprocentową gotowością w czasie pokoju to fikcja, w którą wierzą tylko cywilni księgowi i łowcy kliknięć. My nie musimy. I tu pojawia się kolejne, ważne pytanie.

Czy polskim Husarzom grozi uziemienie?

No dobrze, a co te wszystkie amerykańskie problemy oznaczają dla Polski, która właśnie odbiera swoje pierwsze F-35 „Husarz” i planuje zakup kolejnych eskadr? Czy kupiliśmy uziemiony złom? Krótko mówiąc: nie. Przeciwnie – wchodzimy do gry w najlepszym możliwym momencie, zyskując sprzęt, który daje nam nieporównywalne do czegokolwiek wcześniej możliwości operacyjne (tylko przypomnę, że Polska jest drugim – po Stanach Zjednoczonych – użytkownikiem nowoczesnego, sieciocentrycznego systemu dowodzenia obroną przeciwlotniczą i przeciwrakietową, którego F-35 stają się bardzo istotnym elementem).

Co ważniejsze, Polska nie jest w tym programie beta-testerem. Najboleśniejsze „choroby wieku dziecięcego”, za które amerykański podatnik zapłacił miliardy dolarów, zostały w dużej mierze zdiagnozowane. Otrzymujemy dojrzałą platformę w nowym standardzie, a co najważniejsze – wchodzimy w już funkcjonujący, potężny europejski ekosystem wsparcia.

Program F-35 opiera się na koncepcji Global Support Solution (GSS), co oznacza, że państwa partnerskie i klienci współdzielą pulę części zamiennych oraz infrastrukturę szkoleniową i naprawczą. Gdy w naszym Husarzu w bazie w Łasku czy Świdwinie zepsuje się jakiś moduł, nie musimy czekać, aż fabryka w Teksasie go wyprodukuje i wyśle za ocean. Wokół nas latają już setki F-35 w barwach Wielkiej Brytanii, Włoch, Holandii czy państw nordyckich. W Europie funkcjonują regionalne zakłady naprawcze (depy) i ogromne magazyny. Amerykańska zadyszka logistyczna, którą tak punktuje GAO, wynika w dużej mierze z faktu, że to USA bierze na siebie największy ciężar operacyjny całego globu. My, jako część europejskiej układanki NATO, będziemy korzystać z regionalnej tarczy buforowej.

F-35 Husarz wkrótce wyląduje w Polsce. Genialna maszyna, „amerykańska smycz” czy ostateczny niszczyciel dronów?

Oczywiście, nie oznacza to, że polskie F-35 będą bezawaryjnie latać przez 365 dni w roku. To byłby kolejny absurd, zważywszy na to, ile polskiego podatnika kosztuje godzina lotu F-35 (jakieś 130 000 – 170 000 zł). Jednak jeśli globalny łańcuch dostaw silników czy rzadkich surowców mocniej się zatnie, my również poczujemy czkawkę. Ale to ryzyko wpisane w eksploatację każdego nowoczesnego sprzętu wojskowego. Warto mieć to na uwadze, zanim przy kolejnym nagłówku o „amerykańskich nielotach” zaczniemy rwać włosy z głowy.

 

#F35 #felieton #geopolityka #Husarz #lotnictwo #myśliwce #obronność #raportGAO #USAirForce #WojskoPolskie

Sztuczna inteligencja dzieli świat. Globalne AI to mit, nadchodzi era cyfrowych twierdz

Zamiast jednej globalnej wioski napędzanej przez algorytmy, na naszych oczach wyrastają zwaśnione, cyfrowe twierdze.

Stany Zjednoczone i Chiny toczą bezpardonową wojnę o układy scalone, a Unia Europejska dokręca regulacyjną śrubę swoim AI Act. Dla zwykłych firm oznacza to trzęsienie ziemi – wrzucanie wrażliwych danych do ogólnodostępnych modeli AI staje się tykającą bombą. Kto nie ma kontroli nad własną infrastrukturą, ten po prostu wypada z gry.

Miliardy dolarów i koniec wolnoamerykanki

Z danych zebranych przez OECD wynika, że już ponad 70 państw na świecie tworzy prawo mające okiełznać sztuczną inteligencję, a liczba inicjatyw legislacyjnych dawno przekroczyła tysiąc. Stawka jest gigantyczna. Według szacunków McKinsey Global Institute, w sam rozwój modeli i aplikacji pompowane jest od 600 do 800 miliardów dolarów. Kolejne 700 miliardów trafia bezpośrednio w rozbudowę fizycznej infrastruktury.

Ten ocean pieniędzy sprawia, że AI błyskawicznie stała się technologią ściśle geopolityczną. Blokady eksportu zaawansowanych procesorów do Chin uświadamiają rządom i korporacjom brutalną prawdę: dostęp do czystej mocy obliczeniowej to dzisiejszy odpowiednik dostępu do ropy naftowej. Sztuczna inteligencja przestaje być usługą „w chmurze gdzieś na świecie”, a zaczyna być traktowana jako krytyczna infrastruktura narodowa.

Wrażliwe dane firmowe zostają w domu

Wdrażany w Europie dokument AI Act wymusza zmianę reguł gry. Firmy i korporacje zaczynają zdawać sobie sprawę, że wysyłanie zapytań (promptów) zawierających poufne dane finansowe, kody źródłowe czy dane osobowe na serwery zewnętrznych gigantów to ryzyko prawne i biznesowe.

W odpowiedzi na te obawy rynek mocno skręca w stronę tak zwanej cyfrowej suwerenności. Zamiast korzystać z otwartych, globalnych platform, organizacje coraz częściej przenoszą zaawansowane modele sztucznej inteligencji do zamkniętych, prywatnych środowisk serwerowych. W takim modelu cały proces – od wpisania komendy po wygenerowanie wyniku – odbywa się całkowicie lokalnie, zapewniając pełną zgodność z normami, takimi jak RODO.

Suwerenność, czyli rynkowe być albo nie być

Eksperci z firmy Polcom, dostarczającej rozwiązania chmurowe, trafnie diagnozują problem: niezależność technologiczna zaczyna się od miejsca, w którym fizycznie przetwarza się informacje. Organizacja, która nie potrafi wskazać, gdzie wędrują jej prompty i kto ma do nich dostęp, de facto traci kontrolę nad własnym biznesem i know-how.

Najbliższe lata przyniosą w tej kwestii istotną weryfikację. Państwa i przedsiębiorstwa stoją przed prostym wyborem. Albo zainwestują w lokalną infrastrukturę i prywatne modele AI, stając się ich suwerennymi współtwórcami, albo zostaną zredukowani do roli biernych, całkowicie uzależnionych konsumentów cudzej technologii, poddanych dyktatowi globalnych graczy.

Szał na sztuczną inteligencję tworzy nowych gigantów. Producenci pamięci w elitarnym klubie bilionerów

#AIAct #geopolityka #infrastrukturaKrytyczna #mocObliczeniowa #ochronaDanych #prywatnaChmura #RODO #sztucznaInteligencja

Nazajutrz

Ameryka posiada znakomite zdolności do obalania reżimów w drodze militarnej interwencji. Co do tego nie ma najmniejszych wątpliwości. Poważne wątpliwości budzi jednak zdolność USA do stworzenia czegoś więcej niż państwo upadłe lub amerykański protektorat, utrzymywany w jako takim stanie przez miliardy dolarów łapówek i dotacji.

Kuba na celowniku walca

Teraz, po paśmie „sukcesów” w Syrii, Libii, Afganistanie, Iraku czy ostatnio w Wenezueli i Iranie, amerykański walec za cel obrał sobie Kubę. Kuba, ze względu na bankrutujący ustrój realnego socjalizmu oraz faktyczną blokadę morską, jest właściwie na łasce i niełasce Stanów Zjednoczonych. Kraj jest systematycznie doprowadzany do stanu katastrofy gospodarczej i humanitarnej. To wszystko dzieje się w oczekiwaniu na kapitulację reżimu i zmianę władzy na… I tu kończą się pomysły, a zaczyna pobożne życzenie.

Pomysłu na nazajutrz po upadku władzy na Kubie nie ma i nigdy nie było. W USA żyje masa ludzi, którzy kiedyś uciekli z wyspy i dziś funkcjonują w sferze iluzji co do tego, jak można rządzić tym krajem. Wierzą, że 10 milionów Kubańczyków z radością przyjmie „wolność” dowiezioną na amerykańskich bagnetach. Departament Stanu jest wyczyszczony z fachowców, a jego zadaniem stała się nie tyle analiza realnej sytuacji, ile wspieranie iluzji szefa, Marco Rubio (będącego potomkiem kubańskich uciekinierów), oraz uberszefa Donalda Trumpa, który oczekuje natychmiastowego i absolutnego sukcesu. Co może pójść nie tak?

Widmo haitańskiej anarchii

Eksperci ostrzegają, że Kuba znajduje się na krawędzi totalnego załamania struktur państwowych. A to jest już punkt bez powrotu. Przykład leży niedaleko – na Haiti. Moment, w którym plajtuje administracja i służby porządkowe, oznacza zamknięcie okna pogodowego, w którym możliwa jest relatywnie tania stabilizacja kraju. Zamiast tego zaczyna się walka z anarchią i załamaniem porządku społecznego.

Pamiętajmy, że ze względu na bliskość Florydy, w takim momencie znaczna część Kubańczyków może zostać zmuszona do ucieczki z kraju. Jak USA poradzą sobie z kilkumilionową falą migracyjną? Nie wątpię, że wola polityczna do masowego zawracania (lub nawet porzucenia na morzu) Kubańczyków na tratwach by się znalazła, ale czy znajdzie to akceptację społeczną?

Dziedzictwo cukrowego kolonializmu i pułapka Portoryko

Tym bardziej że nawet w najlepszych okolicznościach doprowadzenie gospodarki Kuby do porządku nie będzie proste. To nie jest uprzemysłowiony przez socjalizm kraj europejski, ale utrzymywany przez lata przez ZSRR rezerwat u wybrzeży USA, który nigdy nie uwolnił się od dziedzictwa cukrowego kolonializmu. Opieranie gospodarki wyłącznie na turystyce jest możliwe, ale przy tej wielkości populacji i ogromnej konkurencji na Karaibach nie zapewni to oczekiwanego rozwoju. Alternatywnych modeli gospodarczych w okolicy brak.

Z czego jak czego, ale z tego najlepiej powinny zdawać sobie sprawę same Stany Zjednoczone, które od lat usiłują doprowadzić do porządku własny protektorat w postaci Portoryko. Dodajmy: bez większych sukcesów. Do wszystkich tych czynników dochodzi jeszcze przyroda. Karaiby są regularnie dewastowane przez katastrofy naturalne, a opinia o idyllicznej rzeczywistości szybko weryfikuje się po zobaczeniu pierwszego huraganu.

Lekcja, której zabrakło

Czy te obawy powstrzymają Trumpa? Absolutnie nie! Kuba to „nisko wiszący owoc”. Wydaje się (i słusznie), że wystarczy ją kopnąć, by się przewróciła. I to prawda. Ale daleko nie cała. Po przewróceniu trzeba to wszystko podnieść i poskładać. I to właśnie wtedy koszty idą w miliardy, a ofiary w setki tysięcy.

Każdy z nas rozkręcił kiedyś jakąś zabawkę. Po poskładaniu działała średnio, a w ręku zostawały nam śrubki. Donald Trump ewidentnie został przez nianię pozbawiony tej ważnej, życiowej lekcji pokoju i pokory.

#DonaldTrump #geopolityka #Haiti #Kuba #trump #USA #ZSRR

Zbieżność interesów. Watykan i twórcy modelu Claude wyznaczają etyczne granice AI

W nadchodzącym tygodniu papież Leon XIV zaprezentuje pierwszą encyklikę swojego pontyfikatu, w całości poświęconą rozwojowi sztucznej inteligencji.

Wydarzenie to wykracza jednak poza standardowe ramy teologiczne, ponieważ w Watykanie u boku głowy Kościoła stanie Chris Olah, miliarder i współzałożyciel firmy Anthropic. Ta bezprecedensowa obecność jednego z najważniejszych graczy w Dolinie Krzemowej zbiega się w czasie z narastającym napięciem na linii Watykan-Waszyngton oraz otwartym sporem samej spółki technologicznej z amerykańskim Departamentem Obrony wokół militaryzacji algorytmów.

„Magnifica humanitas” i sprzeciw wobec broni autonomicznej

Zaplanowana na 25 maja premiera dokumentu zatytułowanego „Magnifica humanitas” stanowi zwieńczenie prac watykańskiej grupy badawczej do spraw AI. Głównym założeniem tekstu jest obrona godności człowieka w erze masowej automatyzacji. Leon XIV wielokrotnie podkreślał, że technologia nie potrafi rozróżniać dobra od zła i nie może zastąpić ludzkiej inteligencji w kwestiach moralnych.

Szczególny nacisk położono na wykorzystanie systemów autonomicznych w działaniach zbrojnych. Podczas niedawnego wystąpienia na rzymskim uniwersytecie La Sapienza papież otwarcie ostrzegał, że oddanie algorytmom kontroli nad uzbrojeniem zwalnia człowieka z odpowiedzialności za podejmowane wybory i grozi globalną eskalacją konfliktów.

Dolina Krzemowa w starciu z Pentagonem

Obecność reprezentanta Anthropic podczas watykańskiej premiery ma wymiar wysoce symboliczny. Firma, założona przez byłych inżynierów OpenAI, od dawna pozycjonuje się jako podmiot priorytetyzujący bezpieczeństwo systemów generatywnych. Kiedy dyrektor generalny Anthropic, Dario Amodei, otwarcie sprzeciwił się wykorzystywaniu technologii jego firmy przez Departament Obrony do masowej inwigilacji i tworzenia w pełni autonomicznej broni, wywołało to ostrą reakcję administracji Donalda Trumpa.

Prezydent Stanów Zjednoczonych nazwał spółkę podmiotem „radykalnie lewicowym” i wezwał agencje federalne do zaprzestania korzystania z jej rozwiązań. Z kolei sekretarz obrony Pete Hegseth określił firmę mianem zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego, co ostatecznie skłoniło giganta technologicznego do złożenia pozwu sądowego przeciwko rządowi.

Zaawansowany model Mythos jako karta przetargowa

Sytuację komplikuje fakt, że Anthropic dysponuje nową generacją zaawansowanego modelu o nazwie Mythos. Amerykański Departament Obrony, ustami dyrektora do spraw technologii Emila Michaela, przyznał niedawno, że ten potężny system stanowi odrębną kategorię w kwestiach bezpieczeństwa państwowego, a Waszyngton – według nieoficjalnych doniesień – próbuje obecnie wynegocjować swoiste technologiczne zawieszenie broni.

Koniec mitu niebezpiecznego AI? Model Mythos poległ na kodzie Curla

W tym samym czasie relacje na linii Watykan-Biały Dom również pozostają niezwykle napięte. Papież Leon XIV stanowczo krytykuje amerykańskie zaangażowanie zbrojne w Iranie, co spotkało się z publicznymi atakami ze strony prezydenta USA oraz wiceprezydenta JD Vance’a.

Choć trudno tu mówić o formalnym, politycznym sojuszu wymierzonym w Waszyngton, to zbieżność postaw jest wyraźna. Wspólny opór wobec zbrojeniowego wykorzystania sztucznej inteligencji stworzył przestrzeń, w której priorytety środowiska naukowego Doliny Krzemowej nieoczekiwanie spotkały się z nauczaniem Kościoła katolickiego.

#AIWWojsku #Anthropic #ChrisOlah #DonaldTrump #etykaTechnologii #geopolityka #iMagazine #papieżLeonXIV #sztucznaInteligencja #Watykan

Jensen Huang ostro o sankcjach: porównywanie układów GPU do broni nuklearnej jest głupie

Dyskusja na temat ograniczeń eksportowych zaawansowanych układów scalonych przeznaczonych do sztucznej inteligencji wywołuje coraz większe tarcia wśród liderów Doliny Krzemowej.

Podczas gościnnego wykładu na Uniwersytecie Stanforda, szef koncernu Nvidia, Jensen Huang, w bezwzględnych słowach skrytykował popularną w Waszyngtonie analogię. Odniósł się bezpośrednio do słów szefa firmy Anthropic, Dario Amodeiego, który porównał sprzedaż zaawansowanych chipów AI do Chin do przekazywania broni nuklearnej Korei Północnej.

„Polecam procesory swoim dzieciom, bomby atomowej nie polecam nikomu”
Jensen Huang nie krył irytacji próbami militaryzacji debaty wokół technologii użytkowej.

Według niego stawianie znaku równości pomiędzy akceleratorami graficznymi a bronią masowego rażenia blokuje jakąkolwiek merytoryczną dyskusję i uniemożliwia wyciąganie logicznych wniosków.

„To, czemu zasadniczo się sprzeciwiam i co w tym momencie nie ma najmniejszego sensu, to porównywanie procesorów graficznych Nvidia do bomb atomowych. Na świecie są miliardy ludzi z procesorami graficznymi od Nvidii. Polecam te układy wam wszystkim, polecam je mojej rodzinie, moich dzieciom i ludziom, których kocham – ale nie polecam bomby atomowej nikomu. Ta analogia jest po prostu głupia. Jeśli zaczynasz analizę od takiego założenia, nie jesteś w stanie racjonalnie dokończyć żadnej myśli” – oświadczył CEO Nvidii.

Huang od dawna konsekwentnie krytykuje amerykańską politykę twardych restrykcji eksportowych, która odcina Nvidię od rynku chińskiego. Jego zdaniem embargo na najnowsze architektury (takie jak Blackwell czy Rubin) przyniosło odwrotny skutek do zamierzonego. Doprowadziło to do sytuacji, w której udział Nvidii w rynku chińskim spadł niemal do zera, jednocześnie zmuszając tamtejsze podmioty do błyskawicznego rozwinięcia własnych, niezależnych technologii i łączenia starszych generacji chipów w potężne, wydajne klastry obliczeniowe.

Globalna dominacja amerykańskiego ekosystemu

Głównym argumentem szefa Nvidii za poluzowaniem restrykcji jest chęć utrzymania globalnej dominacji amerykańskiego środowiska technologicznego. Huang wierzy, że świat – włączając w to Chiny – powinien rozwijać swoje projekty w oparciu o amerykański fundament (tzw. tech stack).

Nvidia posiada obecnie gigantyczną przewagę dzięki autorskiej architekturze CUDA, która stanowi standardowe środowisko pracy dla większości programistów AI na planecie. Jeśli technologia ta będzie powszechnie dostępna, globalna sztuczna inteligencja – niezależnie od tego, czy powstanie w USA, czy w Azji – będzie de facto kontrolowana przez amerykańskie standardy sprzętowe i programistyczne. Zablokowanie dostępu sprawi, że Chiny stworzą całkowicie własny, konkurencyjny ekosystem, nad którym Zachód nie będzie miał żadnej kontroli.

Nvidia wprowadza CloudXR 6.0 na visionOS 26.4 z aplikacją „Immersive for Autodesk VRED”

Problem technologii podwójnego zastosowania

Krytycy stanowiska Huanga wskazują jednak na realne ryzyko militarne. Choć układy GPU nie są systemami ściśle wojskowymi i znajdują zastosowanie w nauce, medycynie czy biznesie, to sztuczna inteligencja jest technologią podwójnego zastosowania. Te same procesory, które renderują grafikę lub napędzają cywilne chatboty, mogą być wykorzystywane przez armie do analizy zagrożeń wywiadowczych, prowadzenia symulacji pola walki czy sterowania autonomicznymi systemami bojowymi.

Nvidia oficjalnie odcina się od jakiejkolwiek współpracy z chińskim sektorem zbrojeniowym. Firma zdementowała m.in. doniesienia o udzielaniu pomocy technicznej startupowi DeepSeek przy optymalizacji modeli, które według amerykańskich raportów miały później trafić do Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej. Mimo to, odtajnione dokumenty publiczne wykazują, że tamtejsze uniwersytety powiązane z kompleksem wojskowo-przemysłowym wciąż potrafią obchodzić sankcje, pozyskując serwery Super Micro wyposażone w potężne akceleratory Nvidia A100 za pośrednictwem rynków trzecich.

#akceleratoryGPU #chiny #CUDA #geopolityka #hardware #iMagazine #JensenHuang #nvidia #sankcjeUSA #sztucznaInteligencja

Obecna wizyta polskich wiceministrów w Waszyngtonie wygląda bardziej na polityczne alibi niż rzeczywistą próbę naprawy relacji z USA. Kluczowe jest właśnie to, że wysłano wiceministrów, przy braku gestów premiera, marszałka sejmu czy chociażby szefa MSZ. W dyplomacji taki gest ma znaczenie. Ci, którzy wcześniej podgrzewali konflikt, sami nie "usiedli do stołu". Wysłano niższych urzędników, by odegrali rolę "gaszących pożar".

Najpierw pojawiły się wypowiedzi Czarzastego. Był to polityczny test reakcji społecznych. Dopiero gdy okazało się, że większego oporu nie ma, do gry wszedł również Donald Tusk. Doszło do napięcia politycznego i decyzji Pentagonu o wstrzymaniu części rotacji wojsk do Polski. Teraz rząd próbuje zbudować wygodną narrację: "pojechaliśmy, rozmawialiśmy, chcieliśmy dialogu, ale to Amerykanie nie byli gotowi do współpracy".

W tle pozostaje kwestia TVN i planowanego przejęcia przez Paramount Global. To właśnie ten element może być rzeczywistym powodem wcześniejszego podgrzewania nastrojów wobec USA. TVN jest postrzegany jako ważne zaplecze medialne obecnej władzy, a ograniczenie politycznego wpływu na stację oznaczałoby osłabienie istotnego narzędzia komunikacyjnego. Dlatego jeszcze przed przejęciem rozpoczęto stopniowe schładzanie nastrojów wobec USA, by ograniczyć wpływ TVN na opinię publiczną po ewentualnej zmianie linii publicystycznej stacji i osłabieniu jej dotychczasowego wsparcia dla obecnej władzy.

Gdyby naprawdę chodziło o szybkie wygaszenie konfliktu, rząd od początku próbowałby załatwiać sprawę przez ambasadora Thomasa Rose'a - człowieka blisko Trumpa i bezpośredni kanał do jego administracji. Zwłaszcza że Rose jeszcze niedawno publicznie nazywał Polskę "modelowym sojusznikiem" USA.

Całość zaczyna przypominać klasyczny mechanizm polityczny: najpierw podgrzewanie konfliktu, potem pozorowany gest pojednania, a na końcu próba przerzucenia winy na drugą stronę.

#geopolityka #USA #bezpieczenstwo

Trump gardzi słabymi – geopolityczno-psychologiczna omyłka PiS-u

Postawa zarówno Karola Nawrockiego, jak i większości polityków PiS-u wobec USA ogólnie, a Donalda Trumpa w szczególności, jest tyleż żałosna w swojej służalczości, co przeciwskuteczna. Ostatnie półtora roku prezydentury pokazuje dość jednoznacznie, że cechy osobiste Donalda Trumpa zdecydowanie przeważają nad kwestiami takimi jak interes strategiczny kraju czy dyplomatyczne konwenanse.

Mit „klasztoru i przeora”

W tej sytuacji kontynuowanie tej silnie wasalnej, momentami wręcz karykaturalnej postawy można już zupełnie realnie określić mianem strategicznego błędu. Traktowanie Ameryki jako obiektywnego nosiciela interesów, które są w dużej mierze niezależne od doraźnego kierownictwa (wyrażane przysłowiem „dłużej klasztora niż przeora”), jest obecnie naiwne i nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości. Świat na dobre i na złe stał się zakładnikiem narcystycznej osobowości prezydenta USA – należy więc grać według zasad psychologii, a nie logiki dyplomacji.

Psychologia narcyzmu: szacunek tylko dla silnych

A psychologia każe narcyzowi się opierać. Tylko silni zyskują szacunek; słabi i wasalni są wykorzystywani do maksimum, a następnie porzucani, gdy stracą przydatność. Lojalność dla Trumpa nie istnieje – szanuje on wyłącznie egoizm i siłę. Widać to dobrze po klęsce wszystkich „zaklinaczy Trumpa”, którzy jako tako radzili sobie podczas pierwszej kadencji; obecnie mamy do czynienia wyłącznie z zarządzaniem chaosem. Decyzja o wycofaniu zaplanowanej obecności wojsk USA w Polsce i stopniowym redukowaniu sił w Niemczech jest funkcją tej samej polityki opartej na zasadzie akcja-reakcja. Tymczasem szacunek i uwagę zyskuje Kanada, która zdecydowała się na otwarte zanegowanie strategii USA i twardy opór wobec gróźb dotyczących zarówno jej niezależności, jak i integralności terytorialnej.

Portret „kulej kaczki” w cieniu kryzysu

Można zresztą dostrzec, że coraz więcej światowych przywódców widzi w Trumpie de facto „kulawą kaczkę” (lame duck) – lidera niezdolnego do pełnej realizacji własnej polityki i pozbawionego nadziei na kontynuację władzy. Na zapleczu zaognia się walka „delfinów” o schedę, a sam Trump desperacko stara się zachować jakiekolwiek karty na okres po jesiennych wyborach połowicznych. Trwająca blokada cieśniny i pogarszająca się raptownie sytuacja gospodarcza w USA wprowadza wśród politycznego zaplecza i u samego prezydenta stan desperacji graniczącej z paniką. Wizyta w Chinach stanowi tego najlepszy przykład – jej wyniki są co najmniej rozczarowujące, także w kontekście konfliktu z Iranem.

Europa musi stanąć okoniem

Europa powinna więc strategicznie, ale i w sposób zintegrowany, „stanąć okoniem”, jednoznacznie artykułując niezadowolenie z eskalacji z Iranem oraz słabnącej roli USA w świecie. Nie należy bać się kolejnych ataków szału prezydenta – są one i tak nieuniknione. Zresztą, o ile polska prawica tego nie dostrzega, o tyle dość jednoznacznie amerykosceptyczną postawę zajmują jej dotychczasowi sojusznicy: Meloni we Włoszech, RN we Francji, a nawet AfD w Niemczech (mimo wsparcia ze strony Muska i Vance’a).

Wobec tego wasalne bicie pokłonów zespołu Nawrocki-PiS jest nie tylko krótkowzroczne, ale wprost niebezpieczne. Podwórkowi bandyci szanują tylko silnych i bezczelnych. Skoro tacy ludzie są u władzy, trzeba się zaadaptować. Wydawało się, że akurat Karol Nawrocki tę „uliczną” filozofię powinien zrozumieć najlepiej.

#DonaldTrump #Francja #geopolityka #Niemcy #PIS #Polska #UE #USA #Włochy

Rosja rekrutuje studentów i graczy na pilotów dronów. Obietnice mijają się z frontową rzeczywistością

Rosyjskie uniwersytety rozpoczęły szeroko zakrojoną kampanię rekrutacyjną, oferując darmowe czesne i wynagrodzenie sięgające 70 tysięcy dolarów za rok służby w wojsku w roli operatorów dronów.

Wojskowi rekruterzy zapewniają studentów, że taka specjalizacja pozwala uniknąć służby na pierwszej linii frontu. Rzeczywistość weryfikuje te obietnice – na froncie w Ukrainie zanotowano już pierwsze ofiary śmiertelne wśród nowej kadry, a specjalistyczne jednostki często wykorzystywane są jako zwykła piechota.

Cel: inżynierowie i pasjonaci gier

Jak donosi Bloomberg, ulotki rekrutacyjne pojawiły się między innymi na Moskiewskim Państwowym Uniwersytecie Technicznym im. Baumana. Niezależny magazyn „Groza” doliczył się co najmniej 270 rosyjskich instytucji akademickich, które aktywnie promują kontrakty wojskowe.

Rosyjskie Ministerstwo Obrony celuje w populację około 2 milionów młodych mężczyzn studiujących na krajowych uczelniach. Poszukiwane są osoby z doświadczeniem w budowie modeli latających, elektronice, inżynierii radiowej, a także z zaawansowanymi umiejętnościami komputerowymi – w tym pasjonaci gier wideo. Cel jest jasny: do końca 2026 roku Rosja chce posiadać 168 tysięcy wyszkolonych operatorów dronów, próbując w ten sposób skopiować sukces ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych.

Rosja odcina WhatsApp i Telegram. Miliony użytkowników zmuszane do komunikatora pod pełną kontrolą państwa

Iluzja bezpiecznej służby

Obietnice służby na bezpiecznym zapleczu nie mają poparcia w faktach. Dowództwo wojsk ukraińskich ocenia, że ciągła obserwacja i zagrożenie ze strony systemów bezzałogowych oraz artylerii stworzyły „strefę śmierci” rozciągającą się na głębokość nawet 25 kilometrów po obu stronach linii frontu.

Złudzenia rozwiewają również doniesienia o ofiarach. Rosyjskojęzyczny serwis BBC News zidentyfikował 23-letniego Walerija Awerina jako pierwszą potwierdzoną ofiarę śmiertelną wśród zrekrutowanych niedawno studentów. Mężczyzna zginął w kwietniu 2026 roku w ataku moździerzowym pod Ługańskiem. Jego matka w rozmowie z mediami przyznała, że syn uczył się obsługi dronów przez trzy miesiące, po czym bez żadnego wcześniejszego doświadczenia wojskowego został rzucony do klasycznego szturmu piechoty – do tzw. „maszynki do mięsa”.

Problem ten ma charakter systemowy. Już wcześniej niezależne organizacje badawcze informowały o śledztwach po doniesieniach wojskowych blogerów, którzy alarmowali, że dowódcy rozwiązują wyspecjalizowane jednostki dronowe i wysyłają operatorów do ataków frontalnych z powodu chronicznych braków kadrowych w piechocie.

Z frontu wprost w kryzys demograficzny

Dla Rosji ten model rekrutacji to technologiczny i społeczny paradoks. Wysyłanie studentów uczelni technicznych na front to pogłębianie drenażu mózgów, który zaczął się tuż po pełnoskalowej inwazji w 2022 roku (szacuje się, że tylko w pierwszym roku wojny kraj opuściło niemal 25 procent najlepszych rosyjskich programistów). Zamiast budować zaplecze inżynieryjne dla gospodarki, państwo zmusza wykształconą młodzież do łatania luk po ogromnych stratach osobowych. Według zachodnich szacunków z początku 2026 roku, armia rosyjska straciła w Ukrainie około 1,3 miliona żołnierzy (zabitych i rannych), zmuszając dowództwo do tworzenia pułków piechoty z personelu Marynarki Wojennej i Sił Kosmicznych.

Tymczasem rosyjska ofensywa napotyka na coraz większe problemy technologiczne. Siły ukraińskie z sukcesem wykorzystują drony średniego zasięgu do niszczenia rosyjskich konwojów logistycznych, a firma SpaceX skutecznie odcięła rosyjskim siłom zbrojnym dostęp do terminali satelitarnych Starlink na terenach okupowanych, znacząco utrudniając komunikację na polu walki.

#drenażMózgów #drony #geopolityka #iMagazine #operatorzyDronów #Rosja #technologieWojskowe #wojnaWUkrainie #wojskaBezzałogowe #wojsko