Poniedziałek czekał już na mnie za drzwiami. "Buuuu!" - krzyknął, kiedy tylko wystawiłem głowę za próg.
Zawahałem się, lecz na chwilę zaledwie, zdeterminowany by nie dać mu satysfakcji.
"Najlepiej nie zwracać na niego uwagi" -podpowiedział mi mój wewnętrzny glos - "jutro go tutaj nie będzie".
Przewróciłem oczami lecz natychmiast poklepałem ów głos po ramieniu, by pokazać że widzę jak bardzo się stara
Szeptucha ma serce czarne jak jej podniebienie. Mieszka sama w zadymionej chacie na skraju wsi. Lepiej nie prosić jej o pomoc bo zamiast zabierać choroby domalowuje im tylko różne ciapki i zygzaki. I to za grube pieniądze.
Kiedy przez nieuwagę mijam ją gdzieś na ulicy, słyszę jak szepcze, pod nosem, niewyraźnie, a po tym wydarza się coś złego.
Eh, sponiewierał mnie ostatnio pan Myśliwski. Ktoś pomyśleć mógłby, że pisarz, że wrażliwy, to będzie miał więcej wyobraźni i współczucia dla czytającego. Ten jednak jakby mnie znielubil nagle i zamiast cieszyć raz po raz ciska we mnie, ze swej książki, kamieniami.
Parking nie był zatłoczony, lecz ja stanąłem obok zielonego SUVa, aby szybko i wygodnie przedostać się ze sklepu do bagażnika wózkiem z zakupami. Stojący przy SUVie starszy jegomość w czarnym kaszkiecie popatrzył z politowaniem na rdze zżerającą mojego leciwego volkswagena. „Spokojnie staruszku”, - pomyślałem zaciskając usta - „jak dotrwam do emerytury też sobie kupię skodę.” Z jakiegoś powodu rozśmieszyło mnie to bardziej niż powinno.
„Co robi człowiek kiedy dochodzi do ściany?” - zapytałem w końcu głośno, zrezygnowany, kiedy przez czas już dłuższy brodziłem obijając się niezdrowo w otaczającym mnie nieznośnie mroku.
I zaraz odpowiedziało mi dwadzieścia pięć tysięcy głosów, radząc z przekonaniem, choć żaden nie miał najmniejszego nawet pojęcia.
Wczoraj było jakby lepsze, a dzisiaj nawet nie próbuje.
No to jestem ponownie, nareszcie, w swoim domku. Chorujący i zmagający się z Syncthingiem-Forkiem, który to ma być pioruńsko intuicyjny – no ale ja intuicję swoją postradałem jeszcze za sanacji, chyba, i Syncthing-Fork poniewiera mnie za to bez litości. Poskarżyłbym się jakiemuś znajomemu, ale przecież ja nikogo nie znam, a na Mastodonta rzeczy o komputerach wrzucać się już boję, bo tam sami IT-owcy i tylko czekają na takich jak ja z kijami bejsbolowymi na podświetlonych klawiaturach.
Kiedy świat się rozpada, niezdarnie składam go jak tanie puzzle, a kawałki sklejam plastrem.
Jeszcze tydzień wytrzyma
Imię Ilon powinno być zarezerwowane dla wiedźminów. Podobnie jak Agat, Barbar czy Katarzyn
Poszarpaliśmy się z Ejajem. Mimo próśb i zaklinań konfabuluje z niebywałą pewnością siebie patrząc mi przy tym prosto w oczy. Zastanawia mnie, czy to oznaka postępującej choroby czy jedynie wzrastającej bezczelności z jaką zaczyna traktować swoich stwórców? Tak czy inaczej żaden z niego przyjaciel.