#Orangutan w stanie wolnym żywi się przede wszystkim liśćmi oraz owocami, ale czasami przekąsi też korę, owada albo jakieś pechowe mięsko, które wpadnie mu w wielkie łapy.

Samice żyją w małych grupach, ale samce często wybierają samotność. Przemierzają gęstwiny lasów deszczowych, nawołując głośno, żeby inne orangutany wiedziały, że nadchodzą, i zdążyły się w porę ulotnić. W tym samym celu wymyślono przyśpiewki kibolskie oraz hymn Stanów Zjednoczonych.

#Uwolnione z FB

#ZenobiaŻaczek #Uwolnione z FB

Ludzie zagłosują za tym, by zlikwidować ZUS i "pogonić darmozjadów co chcą mieszkać na cudzym". A jak już ich własne okrucieństwo obróci się przeciw nim, gdy będą umierać w kolejce do lekarza i gdy od prywatnego ubezpieczyciela dowiedzą się o wyroku śmierci, gdy wylądują na bruku z myślą "nie wiedziałem, że to spotka kogoś takiego jak ja, przecież nie jestem pijakiem i nierobem", gdy cały ciężar ich bezmyślności wreszcie ich przygniecie, będą szukali winnych. Powiedzą, że mieszkania zabrali im Żydzi, Ukraińcy, Muzułmanie i LGBTy. Ale nie, kochani. Wasza bieda ma tylko jedną przyczynę: waszą własną głupotę i okrucieństwo.

@harcesz "Zarządzać Apokalipsą"

Bardzo dobry termin, nareszcie.

archive.is/5v2aQ

#Uwolnione z kopromediów

#MikołajSusujew #Uwolnione z FB #Ukraina #Rosja #USA #Trump #Zelenski #Putin

Drodzy Państwo, przestańcie, proszę, bombardować mnie wypowiedziami Kraśko i podobnymi do tej analiz sytuacji. Ja nie widzę dla siebie nic wartościowego w tego typu ocenach poza potwierdzeniem tego co pisałem w poprzednim tekście.

--- Po pierwsze, oczywiście mąż stanu musi czasem trzymać język za zębami i uciszyć swoje ego w sytuacji kiedy od jego zachowania zależą losy jego kraju. ALE TO ABSOLUTNIE NIE JEST TEN WYPADEK. Wymagania Ukrainy w tej sytuacji są bardzo skromne i absolutnie racjonalne. Ukraińcy już nie proszą o gwarancji bezpieczeństwa ze strony USA w postaci wojsk, nie proszą o dołączenie do NATO, godzą się na kontrolę Rosji nad terenami okupowanymi. Ale absolutnie racjonalne minimum i czerwona linia dla Ukrainy - to zabezpieczenie jej własnej armii by mogła dalej trzymać tą linię frontu i mieć szansę dalej się bronić. Bez tego żadne porozumienie amerykańsko-rosyjskie nad ich głowami nie ma zupełnie sensu dla Ukrainy. Bo ono nie daje żadnych szans na przetrwanie Ukrainie. Żadnych.

I ja pisałem wcześniej iż ta umowa o zasobach pokaże realne intencje Amerykanów. I żadne propozycje dozbrojenia Ukrainy w zamian za zasoby tam się nie pojawiły. I mimo to Ukraina nadal ugięła się i zgodziła. Więc czy trzeba się narazić na upokorzenie i uciszyć swoje ego dla dobra kraju jak mówi Kraśko? Tak. Ale Amerykanie żądają posłuszeństwa i błagania na kolanach NIE DAJĄC W ZAMIAN NIC. To nie jest nawet traktowanie drugiej strony jak wasala tylko jako kolonii. Posiadłości, którą można przehandlować za coś w rozmowach z innym mocarstwem.

---- Po drugie. Ciężko mnie oskarżyć o to, że jestem naiwny i nie wiem o tym jak skorumpowana jest Ukraina. Napisałem swego czasu serię długich tekstów o nazwie "Anatomia ukraińskiej korupcji" gdzie opisałem fundamenty na których trzyma się ukraiński system korupcyjny i oligarchiczny. Dla zainteresowanych, link w komentarzu. W Polsce tak wielu mówi o korupcji na Ukrainie jednocześnie tak mało na ten temat wiedząc i tak mało się nim interesując. Moje teksty na ten temat okazały się być najmniej popularnymi z tych które napisałem.

Dlaczego o tym mówię, - dlatego iż mając pełną świadomość tego jak wygląda w rzeczywistości korupcja na Ukrainie, ja stwierdzam jednoznacznie iż narracja MAGA o rozkradaniu amerykańskiej pomocy na Ukrainie JEST TYLKO I WYŁĄCZNIE NARZĘDZIEM NACISKU I USPRAWIEDLIWIENIEM DLA PRZERWANIA POMOCY. Nic poza tym. To jest związane z tym jak wygląda realna struktura tej pomocy, jak są wydawane te pieniądze i również z tym, że w rzeczywistości amerykańska strona cały czas monitorowała to jak pieniądze są wydawane. Nie mówiąc już o mniej oczywistych faktach, takich jak to na przykład, że USA mają ogromny wpływ na to jak się formuje ukraińskie struktury antykorupcyjne.

---- Po trzecie. Źródło problemu tej sytuacji dla mnie jest to że USA chcą i mieć ciastko i zjeść ciastko. Czyli USA chcą wmówić wszystkim, że to oni ponosili wszystkie koszty, a świat zarabiał tylko pod ich protekcją okradając USA i dlatego przyszedł ich czas żądać rekompensaty. Na tej podstawie USA zaczynają żądać i wymuszać na swoich sojusznikach haracze. Ale dla mnie - to jest kłamstwo. USA sami stworzyli system w którym dolar stała się walutą światowego handlu i POTĘŻNIE NA TYM KORZYSTAŁY. Bronili tego systemu nie z dobroci, tylko z korzyści. Sami, własnymi rękoma z chciwości wyhodowały na wschodzie wielkiego smoka, który im teraz zagraża i walą z tego powodu swój własny system. Ale walą go nie w całości. Nadal chcą czerpać korzyści z niego, chcą siłą swoich byłych sojuszników zamienić w wasali, by je wyzyskiwać ekonomicznie i zarazem NIE CHCĄ JUŻ PŁACIĆ ZA TO SWOJĄ PROTEKCJĄ MILITARNĄ.

Ale tak to nie działa. Jeżeli ty jesteś królem i masz wasala, to masz wobec niego również obowiązki. Napadnięty i zagrożony wasal ma prawo domagać się twojej ochrony. A jeżeli nie chce tobie jej udzielić, to nie ma prawa niczego od ciebie wymagać, ograniczać twojej suwerenności i decydować o twoim losie ponad twoją głową.

To co robi w tej chwili Ukraina - mówi "sprawdzam"! Jak chcecie decydować za nas to dajcie cokolwiek w zamian. A jeżeli nie chcecie dać nic zupełnie i nic nie gwarantujecie i żadnych kosztów nie zamierzacie ponosić, niczym ryzykować, to czemu macie za nas decydować o naszym losie?

I ja zadam pytanie o Polsce. Jeżeli Trump pozostawia Ukrainę własnemu losowi, to jest to oczywiste, że wystawia Polskę na konflikt z Rosją w ten sposób. Nie ważne jaki mamy stosunek do Zeleńskiego i Ukrainy. To jest kwestia polskiego bezpieczeństwa, a nie Ukrainy. Bo Rosja do Polski ma swoje własne pretensje. Jedyną reakcją polskich polityków w tej sytuacji jest próba pokazania USA, że jesteśmy bezwzględnie wierni Amerykanom. A ja chcę zapytać, w zamian za co jesteśmy im tak wierni? Jeżeli nas potencjalnie wystawia się pod presję rosyjską, jeżeli USA sami poddają wątpliwości artykuł 5, czym też wręcz zapraszają Rosji do testowania NATO, to co Polsce daje ta służalczość? Może USA zwiększyli swoją obecność w Polsce? Przerzucili tutaj swoją broń jądrową? A może jakieś preferencje ekonomiczne i handlowe? Nie? Bo jeżeli uważamy, że to nam są potrzebne USA, a dla nich nie jesteśmy cenni poza tym że kupujemy ich broń, no to mam dla was złe wiadomości ... ta miłość nie zostanie odwzajemniona.

i jeszcze dodam kilka drobnych rzeczy o których zapomniałem.

-- Zeleński nie ustąpi. Teraz jest to niemal niemożliwe. On nie jest dyktatorem, on rządzi krajem z bardzo aktywnym społeczeństwem, które cały czas naciska na niego w różnych sprawach. On nie przeprowadził wybory w 2024 ze względu na sprzeciw wewnątrz Ukrainy. W tej chwili w wyniku tego co się stało on nie ustąpi bo społeczeństwo taki ruch odbierze bardzo negatywnie. I armia również.

-- Dzień wcześniej 27 lutego oglądałem konferencję prasową Zeleńskiego w sprawie umowy surowcowej. Wyglądał na spokojnego i zadowolonego. Odpowiadając na pytania ukraińskich dziennikarzy z satysfakcją opisał "kompromisową" wersję umowy, która jego zdaniem miała bardziej partnerski charakter. Dziękował ekipie, która była w stanie te warunki wynegocjować. Był krytykowany za to że nie ma w umowie żadnych gwarancji bezpieczeństwa lub dostaw uzbrojenia. Bronił tego mówiąc, że to otworzy drogę dla negocjacji w tej sprawie w przyszłości. Jawnie przekonywał dziennikarzy pełnych wątpliwości, że z jego punktu widzenia to jest coś pozytywnego dla Ukrainy.

Nie mam wątpliwości, że nie tylko nie planował awantury, ale i nie oczekiwał jej zupełnie. Jawnie zakładał, że ta wizyta będzie przełomowa w pozytywną stronę i będzie sukcesem. I to samo w sobie rodzi pytania do kompetencji jego ekipy dyplomatycznej, która takiej możliwości rozwoju sytuacji nie przewidziała i nie przygotowała go na taką ewentualność.

Więcej: Patronite - Frontiersman

#Uwolnione z FB #TomNicholson #TheAtlantic #Tłumaczenie #PawełPotoroczyn #USA #Rosja #Ukraina #Trump #JDVance #MarcoRubio #Zelenski

Tom Nichols dla The Atlantic
TO BYŁA PUŁAPKA
Piątek, 28 lutego 2025 – dzień, który przejdzie do historii jako jedna z najczarniejszych kart amerykańskiej dyplomacji.
Pomijając na moment kompletny brak klasy, z jakim Donald Trump i jego wiceprezydent J.D. Vance potraktowali Wołodymyra Zełenskiego w Białym Domu, warto skupić się na szerszym kontekście tego wydarzenia. To nie była zwykła polityczna konfrontacja – to była zdrada lojalnego sojusznika, przygotowana najpewniej po to, by Trump mógł później dogadać się z Władimirem Putinem i sprzedać Ukrainę w zamian za „pokój” na rosyjskich warunkach.
Doradcy prezydenta już ogłosili spotkanie sukcesem, twierdząc, że „przede wszystkim postawili Amerykę na pierwszym miejscu”. Zwolennicy Trumpa będą zapewne próbować tłumaczyć ten spektakl jako „szczerą wymianę zdań”, ale każdy, kto oglądał spotkanie, widział coś innego: przemyślaną pułapkę. Trump zarzucał Zełenskiemu powtarzane przez Kreml tezy – że Ukraina rzekomo prowokuje wojnę światową – a wszystko po to, by na oczach Amerykanów upokorzyć ukraińskiego prezydenta i znaleźć pretekst do tego, co od dawna planuje: zakończenia wojny na warunkach Rosji.
Trump, jak podają źródła, poważnie rozważa natychmiastowe wstrzymanie całej pomocy wojskowej dla Ukrainy. Powód? Rzekoma „nieustępliwość” Zełenskiego podczas spotkania.
Obecność J.D. Vance’a w Białym Domu również nie była przypadkowa. Wiceprezydent zazwyczaj pozostaje w cieniu, zajmując się jedynie podsycaniem kontrowersji na prawicowych portalach społecznościowych. Tym razem jednak odegrał rolę głównego prowokatora, który miał nie tylko atakować Zełenskiego, ale i upewnić się, że Trump nie pozostanie bez wsparcia.
Marco Rubio, teoretycznie najwyższy rangą dyplomata w administracji, siedział w milczeniu, podczas gdy Vance perorował jak nadgorliwy student pierwszego roku politologii. W pewnym momencie wiceprezydent skrytykował Zełenskiego za rzekomy brak wdzięczności wobec Trumpa. Następnie, w skrajnej hipokryzji, oburzył się, że Zełenski „próbuje rozgrywać tę sprawę w amerykańskich mediach”. Tyle, że to było dokładnie to, na co liczyli Trump i Vance. Wkrótce obaj wrzeszczeli na Zełenskiego, a Trump powiedział wprost: „To będzie świetna telewizja”.
Podczas spotkania amerykański prezydent brzmiał chwilami jak mafijny boss – „Nie masz kart do gry”, „Jesteś pogrzebany” – ale w końcu zabrzmiał jak nikt inny, tylko sam Putin, oskarżając Zełenskiego o „igranie z III wojną światową”. Jakby to Zełenski, a nie Rosja, rozpętał największy konflikt w Europie od czasów II wojny światowej.
Po spotkaniu Trump wydał oświadczenie, które można by równie dobrze opublikować w Moskwie:
„Uznałem, że prezydent Zełenski nie jest gotowy na pokój, jeśli bierze w nim udział Ameryka, bo sądzi, że daje mu to przewagę negocjacyjną. Ja nie chcę przewagi – chcę POKOJU. On okazał brak szacunku wobec Stanów Zjednoczonych w ich ukochanym Gabinecie Owalnym. Może wrócić, gdy będzie gotowy na pokój.”
Zełenski nie miał szans na uczciwą rozmowę. Kiedy pokazał Trumpowi zdjęcia okaleczonych ukraińskich żołnierzy, amerykański prezydent wzruszył ramionami: „Ciężka sprawa”. Wydaje się, że ktoś podpowiedział Zełenskiemu, że Trump reaguje lepiej na obrazy niż na słowa – ale tym razem Trump konsekwentnie trzymał się wcześniej ustalonej narracji.
Vance natomiast odegrał rolę nadgorliwego pomagiera, który dbał o to, by Trump miał wystarczające wsparcie, jednocześnie atakując gościa. Wiceprezydent to człowiek, który nie ma nic do powiedzenia w poważnych kwestiach, ale uwielbia wciskać się w poważne sytuacje. Tym razem jednak stawką nie była zwykła polityczna kłótnia, lecz przyszłość Zachodu.
Dzisiejsze spotkanie oraz haniebne głosowanie USA w ONZ potwierdziły jedno: Ameryka jest teraz po stronie Rosji, przeciwko Ukrainie, Europie i reszcie wolnego świata. Trudno było patrzeć, jak prezydent USA poniża odważnego sojusznika, zachowując się jak sfrustrowany starzec, który krzyczy na telewizor.
Zełenski przeżył tragedie i ryzykował życie w sposób, którego ludzie tacy jak Trump czy Vance nigdy nie doświadczyli. (Vance był oficerem PR w najpotężniejszej armii świata – nigdy nie musiał siedzieć w bunkrze podczas rosyjskiego ostrzału). Nawet jeśli Kongres nadal będzie wspierał Ukrainę, nie da się cofnąć hańby, którą dziś sprowadzono na Amerykę.
Nie można jednak ignorować strategicznych konsekwencji tego spotkania. To katastrofa – dla Stanów Zjednoczonych, dla ich sojuszy i dla całego wolnego świata. Trump otwarcie zdradza wartości, których Ameryka broniła od 80 lat. Globalny ład oparty na pokoju i bezpieczeństwie właśnie się rozpada. Rosyjscy autokraci, po trzech latach rzezi, patrzą na świat z nadzieją, że zamiast trafić przed trybunał za zbrodnie wojenne, będą mogli bezkarnie świętować zdobycze.
Krótko po tym, jak Trump wyrzucił Zełenskiego z Białego Domu, rosyjski propagandzista Dmitrij Miedwiediew zamieścił triumfalny wpis: „Bezczelna świnia w końcu dostała porządną nauczkę w Gabinecie Owalnym.”
Piątek, 28 lutego 2025 roku, zapisze się na kartach historii jako jeden z najbardziej ponurych dni w amerykańskiej dyplomacji – początek długoterminowej katastrofy, którą będzie musiał znosić każdy Amerykanin, każdy sojusznik USA i każdy, komu zależy na przyszłości demokracji. Po miesiącu autorytarnego chaosu w Ameryce, zdrada Ukrainy przez Biały Dom stała się jego zwieńczeniem.
Putin, wraz z innymi dyktatorami na świecie, może w końcu spojrzeć na Trumpa z pewnością i pomyśleć: jeden z nas.

Oryginał: One of the Grimmest Days in American Diplomacy

One of the Grimmest Days in American Diplomacy

Friday marked one of the grimmest days in the history of American diplomacy.

The Atlantic

#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB

17 stycznia 1569 r. niejaka Agnes Bowker, lat 27, służąca z zawodu, urodziła w Harborough kota. Czarnego i – jak wynika ze współczesnego portretu – niezbyt przyjacielskiego. Martwego, na szczęście. Ale nawet martwy wywołał straszliwe zamieszanie.

Agnes pochodziła z Harborough i znano ją tam dobrze, choć od lat wędrowała za służbą. Jej ojciec wprawdzie już nie żył, lecz kota urodziła w obecności swojej matki, położnej oraz kilku innych kobiet, które – jak potem twierdziły – nie wiedziały dokładnie, co się stało, ale były przerażone. Poród trwał bowiem bardzo długo, parę dni, a Agnes opowiadała różne historie, wzmagając ich panikę. Niektóre nawet usiłowały uciekać, kiedy dziecko się rodziło, lecz położna zatrzymała je i dodała im otuchy modlitwą. Nie, żadna z nich nie widziała, jak kot wychodzi z łona Agnes. W izbie było ciemno, a kiedy jedna z nich zapaliła świeczkę, ten potworek, to dziecko Agnes, już leżało na ziemi, martwe.
I naprawdę wyglądało jak obdarty ze skóry kot. Miało nawet ogon.
Teraz sprawy wzięli w swoje ręce mężczyźni, a mianowicie miejscowy wikariusz, Christopher Pollard, rzeźnik, oberżysta i kilku innych zacnych obywateli Harborough, mniej łatwowierni od niewiast i bezpowrotnie już skażeni metodą naukową. W poszukiwaniu prawdy bez najmniejszego szacunku rozkroili dziecko Agnes, czyli kota. W jego żołądku znaleźli źdźbła trawy, zbite mięso i kawałek bekonu.

Znaczy, nie powodziło się temu kotu źle, oczywiście póki Agnes Bowker go nie urodziła, bo to mu ewidentnie nie wyszło na zdrowie.
Sąsiedzi Agnes, ludzie trzeźwi i ewidentnie z empirycznym zacięciem, doszli więc do wniosku, że nie mają do czynienia z żadnym potworkiem, tylko, cóż tu kryć, zwyczajnym kotem. Poza tym słyszeli, że Agnes usiłowała od sąsiada pożyczyć kota. A potem ten kot zaginął.
Sami więc rozumiecie, paskudna z niej oszustka. I pomysłowa.
Tymczasem Agnes leżała w połogu, jak to kobieta w połogu, przyjmując gości i robiąc za lokalną znakomitość. Odwiedzały ją żony właścicieli ziemskich oraz sąsiadki, ona zaś cieszyła się swoją chwilą sławy i opowiadała im różności. Bo, widzicie, kot nie stanowił w tej sprawie jedynej zagadki. Jeszcze bardziej tajemniczy był ojciec dziecka.

Gdyż Agnes, dość niefortunnie, pozostawała panną.
Wobec powyższego 27 stycznia przesłuchano ją przed sądem kościelnym. Zeznała, że w zeszłym roku miała romans z Randalem Dowleyem, sługą, choć o dziwo nie diabła, tylko pana Edwarda Gryffina. Kiedy zaszła w ciążę, Randal się zmył i nie chciał mieć z nią do czynienia. Agnes, jak twierdziła przed sądem, była tak zdruzgotana jego dezercją, że poszła do lasu, żeby się powiesić, ale pasek jej pękł. Kiedy się potem, oszołomiona, włóczyła po drogach, spotkała bestię przypominającą niedźwiedzia. Bestia weszła do jeziora, a Agnes hyc za nią. Ale kiedy była już po pas w wodzie, ludzie ją wyciągnęli.

Natomiast położnej, Elizabeth Harrison, wyjawiła, że owszem, ojcem jej dziecka był Randal Downey, ale też przychodziło do niej nocami stworzenie, które czasami wyglądało jak niedźwiedź, czasami jak pies, a czasami jak człowiek. No i zaszła w ciążę, sami rozumiecie, tak bywa. Kiedy brzemienna wędrowała po kraju, spotkała jakąś holenderską kobietę, wróżkę albo mądrą niewiastę, kto wie. I ta wróżka powiedziała jej, że nie nosi ani dziecka mężczyzny, ani dziecka kobiety, tylko potworka.

W sądzie Agnes opowiedziała jeszcze inną barwną historię, jak to była na służbie u niejakiego Hugha Brady’ego, który był złym człowiekiem i cudzołożył ze swoimi służącymi. Agnes wyjawiła te paskudne sprawki jego nieszczęsnej żonie, on zaś zemścił się na Agnes, życząc jej złego, tak że wkrótce zaczęła cierpieć na epilepsję. Potem jednak się spotkali. Hugh dał jej dwa szylingi, oczywiście wykorzystał ją cieleśnie, ale obiecał, że da jej syna, a wtedy opuści ją choroba, a on będzie się nią opiekował, tyle że musi, bagatela, się wyrzec Boga i zacząć czcić diabła. A, i jeszcze nocami będzie do niej przychodził elegancki mężczyzna.

Trzeba przyznać, że Agnes umiała opowiadać historie. Czasami mówiła też, że urodziła wcześniej dziecko i oddała jej mamce. Czasami, że dziecko umarło. A co się tyczy kota, to Agnes nie była pewna, czy go urodziła, ale tak powiedziała położna, więc pewnie tak.
Dobrzy ludzie z Harborough sami już nie pojmowali, co się wydarzyło – czy Agnes była łatwowierną idiotką, czy może patologiczną kłamczuchą, czy cwaną dzieciobójczynią. Natomiast, o dziwo, pomimo tych wszystkich dziwnych nocnych kochanków, przepowiedni i zaklęć, nie przyszło im do głowy, że jest czarownicą.

W międzyczasie sprawa stawała się głośna, bo ostatecznie kobiety nieczęsto rodzą koty. Po okolicy zaczęła krążyć jakaś drukowana broszura. Potem ułożono balladę.

Sąd usiłował dociec prawdy, ale miał kłopot. Spragnieni prawdy obywatele Harborough zafundowali bowiem potworkowi Agnes niefachową sekcję, zanim w śledztwo włączyły się władze i teraz niewiele dało się już z truchła dowiedzieć. Ale pełnomocnik biskupa, Anthony Anderson, postanowił przeprowadzić własny eksperyment. Nakazał złapać i zabić innego kota, a następnie obedrzeć ze skóry. Jak przekazał swoim przełożonym, zamordowany kot wyglądał zupełnie tak samo, jak potworek rzekomo urodzony przez Agnes. Tylko oczy potworek miał ciemniejsze. Ale przedsiębiorczy Anthony kazał zanurzać swojego oskórowanego kota we wrzątku. Po obgotowaniu oczy obu kotów stały się zupełnie takie same.

Ale nie myślcie sobie, że to już koniec.

18 lutego sprawę przekazano hrabiemu Huntington. Anthony Anderson nie napisał tego wprost, lecz zdaje się podejrzewać, że matka pospołu z położną podłożyły kota. Niby wszystko wydawało się proste, ale hrabia Huntington nie zamierzał się samodzielnie zajmować coraz bardziej kłopotliwym kotem.

W międzyczasie bowiem kot stał się sprawą polityczną.

Widzicie, w tamtych czasach wszyscy wiedzieli, że narodziny monstrów zapowiadają rozliczne straszliwe wydarzenia, klęski, wojny, przelew krwi i upadek monarchii. A panowanie Królowej Dziewicy nie było aż tak zupełnie spokojne i wolne od kontrowersji, zwłaszcza z 1569 r., czyli niedługo po tym, jak Maria, królowa Szkotów schroniła się, biedulka, w Anglii, podsuwając północnym panom różne niemądre pomysły. Na dodatek wszędzie czaili się ci straszni katolicy – kto to wie, może sprzymierzeni z kotami? Może Agnes Bowker nie wydała na świat tego kocura tak zupełnie bez powodu?

Można powiedzieć, że los Agnes, kota oraz królestwa się ze sobą splątały.

Ostatecznie sprawą musiał się zająć sam William Cecil i to z pomocą biskupa Londynu. Tak, ten Cecil. Kanclerz i doradca królowej.
Niby jeden mały czarny kot i jedna gadatliwa służąca, a tyle ambarasu.
Ale nawet jemu nie udało się ustalić prawdy.

Agnes opowiadała tak wiele różnych historii, że nikt już nie miał pewności, co się naprawdę zdarzyło – kiedy zaszła w ciąże, bo wedle jej opowieści była w niej ponad 50 tygodni, co się zwykle kobietom nie zdarza. Nie wiadomo, kiedy urodziła, bo zaczęła rodzić na tydzień przed tym, jak pojawił się kot. Byli natomiast przekonani, że potworek został spreparowany.

Nie wiadomo też, co się ostatecznie stało z wygadaną panną Bowker. Możliwe, że Cecil, człek rozważny, kazał jej cichaczem skręcić kark lub ją gdzieś litościwie zamknął, żeby nie podkopywała kotem autorytetu monarchii.

Raczej z dala od Marii Stuart.

Ilustracja: Opis i rysunek kota sporządzony przez archidiakona Anthony’ego Andersona i przesłany do hrabiego Huntington
Za: David Cressy, Travesties and Transgressions in Tudor and Stuart England. Tales of Discord and Dissension, Oxford: Oxford Univ. Press, 2000.

Scena po napisach: Wbrew pozorom to nie jest wesoła opowieść. Nie dowiemy się, czy Agnes była mitomanką czy osobą zaburzoną, czy świadomie kłamała czy może jednak wierzyła w swoje opowieści. Na pewno jednak widzimy spiralny upadek młodej, nieuprzywilejowanej służącej, zwodzonej i zawodzonej przez kolejnych kochanków, samotnej, pozbawionej wsparcia i coraz bardziej zdesperowanej. Ale nie jest tu jedyną ofiarą. Bo wszyscy się zgadzali, że Agnes jednak była w ciąży. Może urodziła martwe dziecko. Kot mógł odwracać uwagę od czegoś znacznie paskudniejszego niż nocne schadzki z niedźwiedziem – dzieciobójstwa. Możliwe jednak, że opowiadając te wszystkie przedziwne historie Agnes usiłowała odzyskać kontrolę - choćby na chwilę i choćby w fikcji - nad własnym życiem.

#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB

W 1584 r. Camilla Greghetta Erculiani, żona aptekarza z Padwy, opublikowała w Krakowie, w oficynie Jana Januszowskiego, „Lettere di philosophia naturale”, czyli “Listy o filozofii naturalnej”, dedykując je go królowej Annie Jagiellonce. W tamtych czasach wiele kobiet interesowało się naukami przyrodniczymi, lecz dzięki tej publikacji Camilla została jedyną znaną nam ówczesną niewiastą, która opublikowała pracę o filozofii naturalnej, zawierającą nowe i jej własne teorie naukowe.
Konkretnie spekulowała, że biblijny potop należy przypisać czynnikom naturalnym, nie boskiej interwencji.
Erculiani pochodziła z całkiem zwyczajnej rodziny padewskiego handlarza, potem kupca korzennego. Dobrze im powodziło. Ojciec miał kilka domów, które wynajmował. Jeden z braci skończył na miejscowej wszechnicy prawo.
Camillę wydano za mąż za Alvise Stella, właściciela apteki położonej przy uniwersytecie. Jakoś pomiędzy 1568 i 1572 r. została wdową z małym synem. Niebawem ponownie wyszła za mąż, także za aptekarza – Giacomo Erculani, który wraz z bratem prowadził inną aptekę, również nieopodal uniwersytetu. Po ślubie Erculani prowadził aptekę żony, która jako Tre Stelle była znana wśród studentów padewskiego uniwersytetu.
W tamtych czasach w aptekach spotykali się bardzo różni ludzie. Wymieniano poglądy i dzielono się wiedzą, nie zawsze całkowicie ortodoksyjną, bo zakazane druki z drugiego obiegu potrafiły stanowić znaczną część aptecznego asortymentu, a w pobliskiej Wenecji sporo aptekarzy oskarżono o herezję. Czytano tu pamflety, książki i druki ulotne, wymieniano plotki, słuchano muzyki, grano w szachy, przybijano zakłady. Oczywiście nabywano też lekarstwa, lekarze często praktykowali w aptekach, a studenci medycyny czy botaniki urządzali w nich debaty.
Camilla żyła więc w intelektualnie bardzo inspirującym środowisku i jej horyzont nie ograniczał się do spraw rodzinnych, choć z obowiązków żony też wywiązywała się rzetelnie: w drugim małżeństwie urodziła jeszcze 2 córki i 3 synów. Nigdy nie została członkinią cechu aptekarzy – zresztą w Padwie akurat żadna kobieta nią nie została od 1380 r. – ale wytwarzała lekarstwa, bo w jednym z listów pisała, że studiuje Galena, by produkować jak najlepszy teriak, czyli cudowne, znane od antyku panaceum na żmijowe ukąszenia, produkowane w bardzo skomplikowanym procesie z kilkudziesięciu składników. Camilla twierdziła, że zamierza napisać traktat o jego produkcji – co samo w sobie jest fascynujące i świadczy o świetnej orientacji w tym, co dzisiaj nazwalibyśmy stanem badań, bo teriak stanowił jeden z najbardziej dyskutowanych tematów wśród ówczesnych lekarzy. Większość jej korespondencji niestety nie przetrwała, ale jest oczywiste, że miała szeroką wiedzę i była świetnie oczytana; z innego listu wiemy, że czytywała na przykład dialogi Platona we włoskim przekładzie.
W „Lettere” napisała, że „kobiety są, jak mężczyźni, uzdolnione we wszelkich dziedzinach wiedzy”. Sama z pewnością była nie tylko uzdolniona, ale i intelektualnie odważna. Na dodatek nie ograniczyła się – jak wiele innych kobiet – do korespondencji, tylko opublikowała swoją pracę drukiem, ewidentnie czując potrzebę włączenia się we współczesną debatę naukową i podania swoich teorii pod ocenę innych.
Trudno ocenić, dlaczego jej praca została opublikowana w Krakowie. Zapewne wśród studentów odwiedzających aptekę Tre Stelle było wielu Polaków, stanowiących znaczny tłumek na padewskiej wszechnicy. Mógł jej pomóc Márton Berzeviczy, węgierski szlachcic w służbie Stefana Batorego, z którym korespondowała i który studiował w Padwie od 1568 do 1574 r. Zresztą jej polski wydawca też rezydował w Padwie w latach 1570-1572. Musiała mieć przyjaciół Polaków. Ale zapewne nie bez znaczenia była też legendarna intelektualna swoboda w Krakowie.
Trudno bowiem ukryć, że teorie padewskiej aptekarki były, cóż, prowokacyjnie materialistyczne.
Camilla Erculiani napisała bezwstydnie, że biblijny potop został spowodowany przez ludzi.
Jej zdaniem świat składał się z czterech żywiołów: wody, powietrza, ziemi i ognia. W Biblii zapisano – twierdziła Camilla – że ludzie zostali stworzeni z gliny, więc składają się głównie z ziemi, choć dusza, dodawała ostrożnie, jeśli jest nieśmiertelna, musi być zbudowana z czegoś innego. W czasach przed potopem – wywodziła z Biblii, której fragmenty notabene przetłumaczyła na włoski albo samodzielnie, albo z czyjąś pomocą – ludzie żyli bardzo długo, stali się bardzo liczni i byli wśród nich giganci, co naruszyło równowagę żywiołów: coraz liczniejsi ludzie zawierali coraz więcej ziemi, więc ubywało jej w otoczeniu. Wobec tego żywioł wody, dążąc do równowagi, wezbrał i wytopił tych nadmiarowych ludzi, gdyż świat skłania się ku równowadze i harmonii. Co więcej, pisała Erculiani, nawet gdyby Adam nie popełnił grzechu pierworodnego, ludzie i tak nie mogliby żyć w nieskończoność, bo w pewnym momencie ich materia – żywioł ziemi – musiałaby jednak zacząć do ziemi wracać, by niedobór nie doprowadził do jakiejś katastrofy.
Innymi słowy, Camilla Erculiani wymyśliła w XVI wieku antropocen.
Ale też mimochodem, gdzieś pomiędzy kręceniem pigułek i ucieraniem czopków, ta stateczna padewska matrona, matka sześciorga dzieci, w filozoficznym wywodzie i wychodząc od teorii humorów, powszechnie wówczas akceptowanej, przekonująco podważyła ideę śmierci jako konsekwencji grzechu pierworodnego oraz ideę mściwego Jahwe unoszącego się nad grzeszną ludzkością niczym naostrzony topór.
To niesamowite.
Napisała też traktat o duszy i traktat o grzechu, ale niestety się nie zachowały. Szkoda, bo strasznie jestem ciekawa, co za herezje tam nawypisywała.
Niemniej samych "Lettere" wystarczyło, by Camilla Erculiani została jedyną znaną nam ówczesną filozofką naturalną, której teoriami zainteresowała się inkwizycja.
Podczas postępowania inkwizycyjnego hardo obstawała przy swojej libertas philosophandi, wolności filozofowania. Twierdziła też, że mówiąc filozoficznie, człowiek nigdy nie może rozstrzygnąć, czy coś jest prawdą. Upierała się, że może filozoficznie rozważać idee, których sama nie uważa za prawdziwe. Wytłumaczyłam – oznajmiła podczas drugiego przesłuchania – że powódź może być zarówno uniwersalna i naturalna, jak i zarazem cudowna.
To też jest niesamowite.
Prawdopodobnie zeznawała zgodnie ze wskazówkami swojego prawnika Giacomo Menochio. Argumentował on, że pani Erculiani jest dobrą katoliczką i w żaden sposób nie oddaliła się od Świętej Matki Kościoła, a jej spekulacje należą całkowicie do dziedziny filozofii, nie teologii. Poza tym prawnik konsekwentnie nazywał jej dzieło „książeczką”, ewidentnie umniejszając jej znaczenie i przypominając, że kobiety, jak się naczytają zbyt wiele, cóż, czasami popełniają błędy.
Słowem, odwoływał się do przekonania o intelektualnej słabości kobiet, by wybronić kobietę, która akurat dokonała niezmiernie intelektualnie śmiałej, bardzo materialistycznej i nader indywidualnej interpretacji wszechświata.
To również jest niesamowite i na dodatek niesamowicie bezczelne.
I wiecie co? Chyba mu się udało ją wybronić. W każdym razie nie zachowały się żadne informacje o sankcjach wobec naszej aptekarki czy zbieraniu chrustu. Zważywszy, że opisała potop jako katastrofę ekologiczną i obwiniła o nią człowieka, doprawdy cud, że jej nie spalili.
Już za chwileczkę, już za momencik nauki przyrodnicze miały się stać znacznie bardziej niebezpieczne.
Ilustracja: Strona tytułowa Camilla Erculiani, Lettere di philosophia naturale
Źródło:
Camilla Erculani, Letters on Natural Philosophy, ed. Eleonora Carinci, trans. Hannah Marcus, foreword Paula Findlen, NY&Toronto: Iter Press, 2021.
Literatura:
Paula Findlen, Aristotle in Pharmacy: The Ambitions of Camilla Erculani in Sixteenth-Century Padua, [in:] Letters on Natural Philosophy, ed. Eleonora Carinci, trans. Hannah Marcus, foreword Paula Findlen, NY&Toronto: Iter Press, 2021, pp. 1-50.
Meredith K. Ray, Daughters od Alchemy. Women and Scientific Culture in Early Modern Italy, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 2015.
Meredith K. Ray, Twenty-Five Women Who Shaped the Italian Renaissance, London&NY, Routledge, 2024.
TW: Opis przemocy wobec dziecka

#dzieci #małoletni #przemoc #pomoc #standardy #StandardyOchronyMałoletnich #Uwolnione z FB > Napiszę wam, po co są Standardy ochrony małoletnich. Tak ...

#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB #MarcinPolak #KronikiMartyniańskie

Ponieważ znajomość dziejów papieży i cesarzy, a także innych im współczesnych ludzi, jest rzeczą przydatną, między innymi wśród teologów i prawników… - tak się zaczyna największy średniowieczny bestseller napisany przez polskiego autora. Do naszych czasów dotrwało aż 400 kopii, nie wszystkie kompletne, ale też na pewno nie wszystkie już wygrzebano z archiwów. To kosmos. Kopiowano go, przerabiano, fałszowano i tłumaczono na języki narodowe. Na przełomie średniowiecza i renesansu imię autora stało się synonimem historyka.
Poznajcie Marcina Polaka.
Ilu z Was o nim słyszało?
Był śląskim dominikaninem. Przed 1261 r. prowadził we Wrocławiu działalność duszpasterską i pełnił funkcję spowiednika mieszczanina, niejakiego Hugona de Cirngov. Możliwe, że studiował w Paryżu. Potem związał się z kurią papieską. Zrobił karierę w Rzymie i został kapelanem papieża, z czego zgodnie z ówczesnym zwyczajem korzystał, protegując krewnych na kościelne posady. Wystarał się na przykład dla pewnego Gosława o archidiakonat kaliski. W 1278 r. mianowano go arcybiskupem gnieźnieńskim, lecz zmarł w podróży do Polski i pochowano go w Bolonii. Wedle tradycji urodził się w Opawie.
W zasadzie niewiele więcej o nim wiemy.
Gwoli sprawiedliwości trzeba zaznaczyć, że Czesi przypisują mu czeskie pochodzenie, ale nie będziemy się tym tutaj przejmować. W każdym razie w 30 lat po śmierci pojawił się z przydomkiem „Polak” u Ptolemeusza z Lukki, dominikanina i ucznia św. Tomasza z Akwinu.
Marcin Polak na pewno napisał trzy dzieła, wszystkie bardzo popularne: „Kronikę papieży i cesarzy”, „Perłę Dekretu” – słownik terminów prawniczych świadczący o ogromnej wiedzy teologicznej i tak popularny, że do końca XV w. dorobił się 24 edycji drukiem oraz zbiór wzorcowych kazań, zachowany w 82 rękopisach, a więc będący najmniej popularnym dziełem Marcina Polaka.
Dla porównania: kronika mistrza Wincentego Kadłubka zachowała się w autografie i 24 rękopisach.
Dlaczego wiec nie uczymy się o Marcinie Polaku w szkole?
Otóż zamiast dziejów polskich popełnił kosmopolityczną kronikę uniwersalną, jak wielu innych twórców dzieł tego rodzaju porządkując i wiążąc w niej historiografię antyczną z tradycją biblijną. Nie jest to dzieło oryginalne. Przeciwnie, jego siłą jest prostota i zwięzłość wywodu, uporządkowana, lecz prosta struktura i kompilacyjna natura całości.
Tłumacząc na nasze: Marcin Polak pisał schematyczną literaturę gatunkową. Nie dla koneserów, tylko masowego czytelnika. Można powiedzieć, że popularyzował wiedzę. W całkiem poręcznej objętości, jak na dzieje świata. Na dodatek okazał się w tym gatunku mistrzem i stworzył wzorzec kroniki uniwersalnej.
Potem dzieła tego rodzaju od jego imienia nazywano po prostu kronikami martyniańskimi.
Niewielu rodaków odniosło sukces na taką skalę.
A potem nowa epoka wywróciła na nice stare hierarchie, dowartościowała oryginalność i oryginalną antyczną literaturę. Świat przestał cenić kompilatorów. Sic transit i tak dalej.
Ale średniowiecze go kochało.
Często patrzymy na przeszłość głównie przez pryzmat dzieł wybitnych i oryginalnych, autorstwa wyrafinowanych stylistów i subtelnych filozofów. To oczywiście pułapka i zniekształcenie poznawcze. Przeszłość miała swoje własne priorytety oraz preferencje, niekiedy zupełnie odmienne od późniejszych.
I tak się składa, że średniowieczna publika spoglądała na przeszłość oczyma Marcina Polaka.
Pierwszego Polaka, który robił w literaturze popularnej.
Która, co zabawne, już w średniowieczu była naszym najlepszym towarem eksportowym.

Źródło: Marcin Polak, Kronika papieży i cesarzy, Kęty: Wydawnictwo Marek Derewiecki, 2008.
Ilustracja: Piszący mnich, manuskrypt z późnego XIII w., Durham.

#RosaParks #Uwolnione z FB #ClaudetteColvin #1955

A shout out to #Milwaukee County Transit System for placing a rose 🌹 and a "reserved" sign on the buses today to honor the life and courage of Rosa Parks, Claudette Colvin, and all who made a seat available for everyone. On this date in 1955, Sister Rosa refused to give up her seat.