Szanuję swoje książki, staram się nie łamać grzbietów, nie ubrudzić. Inną kwestią jest czytanie poza domem - wtedy uszkodzenia robią się niejako same i stają się małymi wspomnieniami. Mała rysa na okładce nagle jest pamiątką z jakiegoś wyjazdu, można widzieć jakąś plamę jako owoc jakiejś wyraźnie wspominanej nieostrożności albo nietypowego miejsca w którym książkę czytaliśmy. Słowem, dodaje to charakteru temu konkretnemu egzemplarzowi.
Mam jedną kompletnie przemieloną "Nieznośną lekkość bytu" Kundery i przy ponownej lekturze często się uśmiecham, gdy ją widzę lub wracam do książki, bo niemal wszędzie są wspomnienia z poprzednich lektur i z miejsc. :)

