Iran w pułapce bez pomysłu
Bardak w Iranie i w Cieśninie Ormuz trwa już od dwóch miesięcy. Przyczyny tej interwencji nadal nie są do końca jasne, ale większość obserwatorów skłania się ku wariantowi, który można nazwać „spiskowo-osobistym”. Chodzi mianowicie o ratowanie skóry przez Netanjahu i Trumpa w obliczu widma wyborczej porażki w Izraelu oraz ujawniania akt Epsteina w USA. Nie zmienia to jednak faktu, że o ile militarna strona operacji była i jest prowadzona dość sprawnie w zakresie samych bombardowań, o tyle strona polityczna po prostu nie istnieje. Brakuje zarówno pomysłu, jak i woli realizacji.
Zakładnicy
W desperacji Trump co rusz grozi bombardowaniem cywilnej infrastruktury, chcąc wziąć za zakładników 90 milionów Irańczyków. Liczy na to, że perspektywa klęski głodu i pragnienia dostarczy im odpowiedniej motywacji, by z gołymi rękami iść na karabiny i obalić reżim. A przecież rok wcześniej próbowali właśnie tego przy całkowitej bezczynności USA. Teraz, będąc świadkami masowych bombardowań własnego kraju i cofania go do średniowiecza, nawet najwierniejsi widzowie amerykańskich seriali bynajmniej nie zaczną nagle pałać do Ameryki miłością. Inna sprawa, że po dekadach prowadzenia wobec Iranu neokolonialnej polityki, Stany Zjednoczone wydają się wyjątkowo kiepskim kandydatem na zbawiciela.
Równolegle Iran zdołał wziąć za zakładnika cały petrodolarowy system gospodarczy, szachując „wąskie gardło” w postaci Cieśniny Ormuz. Oczywiście reżim został w dużej mierze sparaliżowany poprzez naloty, ale okazuje się, że bez interwencji lądowej sprokurowanie jakichkolwiek zmian będzie ekstremalnie trudne. Ofensywa powietrzna ma swoje ograniczenia i jest niezwykle kosztowna. Tymczasem ataki na infrastrukturę naftową krajów Zatoki Perskiej wykonywane są skutecznie relatywnie tanimi i trudnymi do zniszczenia środkami. Rezultaty są niewspółmiernie duże w stosunku do nakładów. „Miękkie podbrzusze” producentów ropy okazało się wyjątkowo podatne na tego rodzaju działania.
Niechciana wojna asymetryczna
Donald Trump słabo przygotował się do tej interwencji i niemal całkowicie zignorował głosy rozsądniejszej części swojej „wypatroszonej” administracji. Głosy te ostrzegały przed ryzykiem ponownego wplątania USA w wojnę asymetryczną, w której pozorne słabości stają się realnymi przewagami. Równanie z ziemią infrastruktury państwa irańskiego pozbawia USA kolejnych punktów nacisku – infrastrukturę można przecież zniszczyć tylko raz. Tymczasem irańskie ataki na państwa Zatoki w zasadzie rozmontowały w miesiąc strukturę petrodolarowych zależności między regionem a Ameryką. Prawdziwe skutki tej zmiany dopiero nadejdą. Wiemy na pewno, że powstałego węzła gordyjskiego nie da się przeciąć w prosty sposób.
Strategiczny dylemat
Patrząc na sprawę realistycznie, Donald Trump ma dwie alternatywy. Pierwsza to „iść na całość” (ang. double down), czyli de facto interwencja lądowa. Byłaby ona kosztowna i krwawa, a przede wszystkim – nie ukrywajmy – piekielnie niepopularna w kraju i całkowicie niepopierana przez niedawnych sojuszników. Tu nawet Izrael nie wyśle żołnierzy. Samoloty z „ładunkiem 200” (ciałami poległych) wracające w listopadzie do USA to recepta na historyczną klęskę w wyborach połówkowych, a nie „efekt flagi”.
Druga opcja to kompromis. Niestety, jak podkreślają obserwatorzy, to, co obecnie zadowoliłoby Iran, będzie rozwiązaniem gorszym od słynnej umowy Obamy. Demokraci na pewno nie omieszkają wytknąć tego przed wyborami. I tu wracamy do punktu wyjścia. Ego Donalda Trumpa wskazywałoby na opcję pierwszą, ale wtedy ceny ropy poszybują w kosmos, a porażka Republikanów w listopadzie może przerodzić się w hekatombę.
Wariant trzeci: niemożliwy, ale ciekawy
Może jednak istnieje wyjście „ratujące twarz” i ego Trumpa jednocześnie? Choć politycznie kosztowne w zupełnie innym wymiarze i dziś mało prawdopodobne, pojawia się koncepcja „blame Israel”. Innymi słowy: zwalenie wszystkiego na „złowrogie knowania” sojusznika, który wprowadził USA w błąd. USA wykonują wtedy rejteradę, a sprząta Europa i Azja (bo tam im zależy). Trump zaś z żalem oznajmia, że zawiódł się na partnerze. Dziś to opcja abstrakcyjna, ale przy rosnących cenach ropy może stać się atrakcyjna. Tym bardziej że wśród twardego elektoratu MAGA komponent antysemicki był zawsze aktywny, a Netanjahu – słabnący i ponoć chory – nadaje się na kozła ofiarnego znakomicie. Ten wariant naruszałby jednak zbyt wiele strategicznych interesów, jest więc nieracjonalny. Ale czy Donald Trump jest racjonalny?
Podsumowanie: USA w kryzysie na własne życzenie
Kryzys irański nie był nieunikniony. Na drodze do eskalacji istniało wiele okazji, by rozładować sytuację lub zatrzymać machinę wojenną. Jednak iluzję łatwych militarnych rozstrzygnięć (stworzoną przy okazji Wenezueli) trudno porzucić. Zwłaszcza gdy mamy do czynienia z przywódcą nieprzewidywalnym, o narastających problemach kognitywnych i słabo maskowanym narcyzmie. Dzisiaj tkwienie w tym kryzysie oznacza, że zakładnikiem jest nie tylko USA, ale cały świat. Problem w tym, że świat nie jest zakładnikiem systemu, lecz czyjegoś ego.
#DonaldTrump #geopolityka #Iran #Izrael #USA #wojna





