— Mówi mu się więc: ‘jeżeli nie chcesz, żeby znowu ci wkładać sondę do przełyku, to wypij sam ten kefir’. I często dana osoba wtedy mięknie, widząc bezsens oporu. Owszem, dalej jest to głodówka, ale zamienia się przymus fizyczny na psychiczny, bo wszyscy wokół stoją z tą sondą i czekają, czy sam wypije, czy znowu będę musieli mu pomóc. Przy czym osadzony zachowuje status głodującego. Po pewnym czasie człowiek się trochę przyzwyczaja, uspokaja i zaczyna racjonalnie myśleć — że ci nie ustąpią, a on celów nie osiągnie. Proponuje mu się wtedy zamianę na inną formę protestu, np. pisanie pism do ważnych osób w państwie itp. Wszystkie te głodówki kiedyś się kończą, nawet te zbiorowe, kiedy inni więźniowie nawzajem się stymulują — zaznacza Paweł Moczydłowski”. [13]
Powtórzmy: unieruchomienie głowy i tułowia, użycie rozpornika szczękowego, karmienie siłą, powtarzanie procedury, opis łamania psychicznego , by osadzony „zmiękł”. Procedura tak przemocowa, że lekarze nie biorą w niej udziału osobiście, a jedynie poprzez opracowanie receptury „kefiru”. To jest modelowy opis sytuacji, jaką opisuje Hernán Reyes jako formę tortur, w której lekarze nie powinni uczestniczyć pod żadnym pozorem, także poprzez wykorzystanie wiedzy medycznej, czyli w tym wypadku sporządzenia receptury „kefiru”, co legitymizuje całość jako procedurę medyczną.
Nie ma znaczenia, czy dokładnie tak wyglądało przymusowe karmienie w przypadku Mariusza Kamińskiego – ba, czy w ogóle do przymusowego karmienia doszło! – ponieważ dysponujemy dokładnym opisem procedury stosowanej w Polsce, z wyraźnym przekazem, że jest ona stosowana, by łamać opór więźniów. Tutaj prawdomówność Mariusza Kamińskiego czy polityczne gry Jarosława Kaczyńskiego nie mają znaczenia – dostajemy jasną informację, że w Polsce wobec więźniów są stosowane tortury, a lekarze biorą w nich udział, choć zabraniają tego międzynarodowe konwencje.
Relacja Mariusza Kamińskiego przedstawiona w głównym wydaniu informacji Telewizji Republika w rozmowie z Danutą Holecką odpowiada temu, co opisał Paweł Moczydłowski.
„Otóż jak państwo wiecie, sąd penitencjarny w Radomiu zarządził wobec mnie przymusowe dokarmianie i przed południem doszło do zastosowania tej procedury. Przyjechał sędzia z sądu penitencjarnego i zarządził moje przymusowe dokarmianie, co jest dosyć drastycznym zabiegiem. Otóż zostałem wyprowadzony z celi, związano mnie pasami na łóżku, po czym przez nos usiłowano wsadzić sondę z pokarmem. Ja mam problem jeszcze z dzieciństwa, mam przegrodę nosową niewłaściwie zbudowaną, więc nie byli mi w stanie wsadzić tych sond przez nos, chociaż kilkakrotnie podejmowali działania. No bolesne, niezwykle bolesne jeżeli chodzi o taką stronę fizyczną. W końcu wsadzono mi mniej więcej pół metra takiej plastikowej rury do przełyku i wczoraj usiłowano złamać mój protest. Mówię, usiłowano, bo było to wbrew mojej woli. Powiedziałem jasno, że są wartości najważniejsze takie jak wolność, jak godność, jak moje prawa człowieka, że nie jestem własnością sądów polskich, które mogą decydować o każdej mojej decyzji. Mimo to zostałem związany pasami i dokonano tej czynności zupełnie bez potrzeby, bo przecież już była w przestrzeni publicznej informacja, że to jest kwestia dnia lub dwóch, że prezydent mnie uwolni. Dzień wcześniej miałem pewne problemy kardiologiczne, które zostały uregulowane w szpitalu, w Radomiu, zewnętrznym. Wróciłem, nie uznano potrzeby hospitalizacji mnie tam, wróciłem z powrotem, wszystkie parametry były właściwe”. [14]
Jeśli okaże się, że Mariusz Kamiński mówił prawdę, sytuacja jest tym bardziej skandaliczna, że dzień wcześniej nie stwierdzono potrzeby hospitalizacji i uznano, że może on dalej odbywać karę w zakładzie karnym. Jest to coś, co stosunkowo łatwo zweryfikować – szpital musi dysponować dokumentacją leczenia. Niemniej, podkreślam, nawet gdyby Mariusz Kamiński kłamał, a żadnego przymusowego karmienia w jego przypadku nie było, to nadal mamy do czynienia z sytuacją skandaliczną – że polskie prawo dopuszcza sytuację uznaną za tortury jako zwyczajną procedurę, w ramach której prowadzi się zastraszanie, by więzień „zmiękł”. Wyjątkowo paskudna przemoc odbywająca się w majestacie prawa pod płaszczykiem dbania o czyjeś zdrowie.
Czytam reakcje środowiska lekarskiego, osób aktywistycznych, feministek i widzę absolutne ignorowanie tego faktu. Przyznam, że jest to dla mnie szokujące. Jest dla mnie czymś oczywistym, że prawa człowieka są niezbywalne i dotyczą każdego – także osób o innych poglądach politycznych, także osób, których szczerze nienawidzę. Prawa człowieka nie zwalniają, oczywiście, z konsekwencji, więc Maciej Wąsik i Mariusz Kamiński powinni spędzić długie lata w więzieniu, ale to nie znaczy, że można ich tam torturować! Wiem, że zemsta może dać satysfakcję, ale system penitencjarny nie istnieje po to, by ktoś mógł odczuć satysfakcję, tylko po to, by osoby osadzone nie zagrażały społeczeństwu oraz zostały poddane resocjalizacji. Celem więziennictwa jest resocjalizacja, a nie represje! Więzień, choćby był mordercą, gwałcicielem i najgorszym sadystą, jakiego nosiła ziemia, pozostaje człowiekiem. Jak możemy oskarżać kogoś o stosowanie tortur, jeśli sami – jako państwo – korzystamy z tortur w świetle prawa?
Cytaty z „Deklaracji Światowego Stowarzyszenia Lekarzy z Tokio” i z „Deklaracji Światowego Stowarzyszenia Lekarzy z Malty” są ignorowane, zamiast jego dziesiątki osób debatują „na chłopski rozum”, że skoro ratujemy osoby w kryzysie suicydalnym, to dlaczego nie możemy torturować więźniów, a tak w ogóle jeśli ktoś podejmuje decyzję o strajku głodowym, to można uznać, że jest chory psychicznie i odebrać mu podmiotowość.
Osoby decydujące się na strajk głodowy – zarówno ten będący realnie niebezpiecznym strajkiem mającym zakończyć się śmiercią, jak i po prostu osoby prezentujące postawę food refuser, które okazują w ten sposób tymczasową frustrację, póki ich zdrowiu nic nie zagraża – są to dorosłe, poczytalne osoby. Jeśli te osoby rezygnują z jedzenia, jest to ich wybór i deklaracja światopoglądu. Czy może być ona oczywista dla zdrowia? Oczywiście. Ale dlaczego ma ona być podstawą ubezwłasnowolnienia i naruszania nietykalności cielesnej? Oraz dlaczego nie zastosujemy tej zasady konsekwentnie.
Gdy mamy do czynienia z osobą w ciąży wysokiego ryzyka, która decyduje się tę ciążę kontynuować mimo zagrożenia życia – i nie ma tutaj znaczenia, czy mamy do czynienia z religijną kobietą, która boi się piekła, czy po prostu z osobą, która podjęła decyzję, że swoje przyszłe dziecko kocha tak mocno, że woli umrzeć niż je poświęcić, by ratować siebie – nie wykonujemy przymusowej aborcji. Pozostawiamy wybór ciężarnej (wyłączając fanatyków gotowych zabić ją w imię „obrony życia”). Czy jej decyzja może ją zabić? Tak. Czy z tego powodu uznajemy, że jest niepoczytalna i nie może podejmować decyzji dotyczących własnego organizmu?
„Trochę zbyt łatwo jest popaść w pułapkę zakładania, że jeśli ktoś ma odmienne, sprzeczne z naszymi czy z naszego punktu widzenia absurdalne priorytety, to jest szalony lub nie na tyle świadomy, by mieć prawo sobie decydować. Najpierw budujemy sobie całą kulturę wokół szczytnych ideałów umierania za coś czy dla kogoś, ekscytujemy się tym, jak to dulce et decorum est pro coś tam mori, a potem gdy przychodzi co do czego, szafujemy diagnozami”, zauważa Paulina Łopatniuk, lekarka, członkini Rady Upowszechniania Nauki Polskiej Akademii Nauk (a także blogerka prowadząca Patolodzy na klatce). „(…) Tymczasem czynienie z innych poglądów politycznych choroby brzydko kojarzy się z pewnymi reżimami, ze schizofrenią bezobjawową, etc. Ludzie przez całą swoją historię stawiali pewne wartości wyżej niż swoje życie – szli na głupie wojny czy pozbawione szans powstania, ryzykowali życiem w sportach o istotnie podwyższonym poziomie ryzyka (haha, mam osoby zafascynowane himalaizmem w znajomych), ‘oddawali życie’ za kogoś lub coś, czasem nawet stawia im się za to pomniki i pisze o nich wiersze czy coś tam. Nie mam jakiegoś parcia, by ich za to podziwiać, ale jednak skoro akceptujemy takie decyzje historycznie, to nie róbmy teraz z protestów politycznych choroby wymagającej leczenia. (…) No tak, czyli w świetle prawa można człowieka zgwałcić, bo przecież nie pozwolimy mu dla jakichś jego czy jej fanaberii narażać zdrowia. Bo dulce et decorum to jest umierać za patrię, lokalne bóstwo, dzieciontko czy co tam jeszcze, ale nie za swoje przekonania, o ile akurat nie znajdują powszechnego uznania w okolicy. W oczywisty sposób dziś też byśmy przemocą karmili sufrażystki i wszyscy nieomalże komentujący przyklasnęliby temu bez większych dylematów. Bo tak jest w prawie!” [15] [16] [17]
Czy wyobrażamy sobie sytuację, w których ochotników i ochotniczki zaciągających się do wojska, żeby bronić swojego kraju – nie trzeba szukać daleko, wszak dokładnie to ma miejsce w Ukrainie, gdzie wiele osób sprzeciwia się rosyjskiej agresji i dość powszechnie jest to traktowane jako bohaterstwo – uznaje się za niepoczytalnych i związuje się ich, by nie mogli narażać zdrowia i życia czymś tak nieodpowiedzialnym jak walka zbrojna? Jak to jest, że potencjalna śmierć za swoje ideały z bronią w ręku ma być czymś szczytnym, a potencjalna śmierć za swoje ideały w wyniku głodówki ma być dowodem choroby psychicznej?