MAMY TYDZIEŃ MIĘDZY ŚWIĘTAMI A SYLWESTREM, NIC NIKOGO NIE RUSZA. ZAŁÓŻ DO PRACY RÓŻOWĄ KOSZULKĘ, ROZMAWIAJ Z PTAKAMI, SPRÓBUJ JAK SMAKUJE LUDZKIE MIĘSO
Jest rok 2077, mieszkasz w Polsce, kraju blockchaina, niskich podatków i weta ludowego. Pechowo potknąłeś się o krzywą kostkę bauma i złamałeś nogę. Korzystasz z gig economy i sprzedajesz w banku umiejętności 100 godzin korepetycji z pszyrki, (nic Ci nie grozi, podajesz nazwisko dawno zmarłej nauczycielki z podbazy, tego nikt nie sprawdza bo wyszliśmy z unii i rodo nie obowiazuje) i dostajesz za to bon edukacyjny, który wymieniasz na gotówkę bez podatku. Następnie przy pomocy sharing economy zgadujesz sie z kilkoma osobami w podobnej sytuacji i wykupujecie czas na superkomputerze i appkę hakerską. Za jej pomocą robicie atak 51% na blokczejna usług medycznych i przypisujecie sobie creditsy na reperacje nóg, na wszelki wypadek po 20 sztuk. Nastawiają wam piszczele i gipsują, żeby się zrosło, a pozostałe 19 voucherów do ortopedy sprzedajecie na portalu aukcyjnym, oczywiście anonimowo i oczywiście szybko, zanim firma nie upadnie w wyniku wrogiego przejęcia przez Amazona. Tak uzyskane pieniadze inwestujecie w złoto. Rozpuszczacie fejkniusa, że polski cyberzłoty bedzie miał pokrycie w kruszcu od przyszłego miesiąca, mediaworkerzy z giełdy umiejetnosci zrobią wszystko za udziały w zysku (albo voucher do ortopedy), a i tak artykuły podpisują fałszywym inicjałem i publikują na wypoku (najpoczytniejsze medium od zamknięcia GW za lewacką agenturę) więc wyjebane. Złoto sprzedajesz z zyskiem i dopiero po tych operacjach masz dość hajsu, żeby zalogować sie do UberFlies na lot do Sztokholmu. Jedziesz na lotnisko w Radomiu, bo jest najtańsze dla przewoźników nie-narodowych, paszport sprzedajesz pod terminalem za litr mineralki i kanapke z ogorkiem. Weto obywatelskie zagwarantowało, że nie ma kontroli na lotnisku, a tam gdzie lecisz nie potrzebujesz dokumentow. Wsiadasz do Boeinga 737 MAX. Twój lot konczy sie w Malmö, tuż po opuszczeniu polskich wód terytorialnych. Poza Polską i USA nikt tego szrotu nie dopuszcza do swojej przestrzeni powietrznej, wiec zostajecie sprowadzeni na najbliższe lotnisko jako zagrożenie. Ustawiasz sie w kolejce do okienka biura imigracyjnego za rodziną Somalijczyków, dla których trasa przez Polskę jest najłatwiejsza, wszak polskim służbom bardziej opłaca sie brać hajs od uchodźców za ochronę przed gangami sebonów, niż brać hajs od państwa za pilnowanie granic. Wolny Rynek zadecydował. Nie masz papierów, więc trafiasz do obozu dla imigrantów. Tam wolontariusze wymieniaja Twoje unieruchomienie nogi z gipsu szpachlowego na drukowany 3D implant i plastikową, oddychającą smart-uprząż. Dostajesz czip identyfikacyjny i dopóki wmawiasz wszystkim, że uciekłeś z Somalii trzymają Cię w obozie. Nie narzekasz, życia na papce odżywczej nauczyłeś się w domu, a szwedzki huel na mleku roślinnym jest pożywniejszy od mielonej kaszy ze skwarkami. Po pół roku AI rozpatruje w końcu Twój wniosek - Somalia przystąpiła do Ligi Postludzkiej i azyl się nie należy. Dostajesz kopa w dupe i masz sie wynosić, ale nie narzekasz, noga się zrosła, a i wzrok sobie naprawiłeś, rutynowa operacja. Wracasz do Gdańska elektrycznym turbokatamaranem sterowanym telepatycznie z biura pod Uppsalą. Jest tańszy od samolotu bo władze europejskie dofinansowują ekologiczne formy transportu. Na pokładzie spotykasz Somalijczyka z samolotu, okazuje się, że wyszedł z obozu po 3 dniach z prawem pobytu i znalazł robotę, bo powiedział, że ucieka z Polski. Statek dobija do nabrzeża po kilku godzinach. Dzwonisz z budki telefonicznej do kumpli, żeby spotkać sie na browara, pod nosem podśmiechujesz sie ze Szwedów, którzy próbują złapać zasięg 7G, ale przez niepilnowaną przez nikogo sieć łapią tylko ransomware na żuchwę i teraz łażą z opadniętą szczeną. Na domówce opowiadasz, że Szwecja to kraj upadły i przeżarty socjalizmem. Kładziesz sie spać po pierwszej. Budzik dzwoni 4 razy w ciągu nocy w losowych momentach, łebki z podwórka znowu bawią się internetem rzeczy. Nie ma jak w domu.
6.00. Pobudka, wszczep budzi cię delikatnymi drganiami i wyświetla prognozę pogody. 10 stopni i mżawka, zimno jak na grudzień. 6.15. E-szlug i ersatz kawy na śniadanie, ostatni raz prawdziwą widziałeś trzy lata temu, jak pożyczyłeś sobie pomoc humanitarną. 6.20. Poranne kupsko i przeglądanie memów na klopie, tradycja niezmienna od 50 lat. 6.25. Mycie zębów, dostałeś ostatnio na święta szczoteczkę soniczną, to zużywasz mniej przydziału wody. 6.40. Ładujesz się do magnetramwaju i puszczasz sobie na wszczepie składankę Кина. 6.41. Podskakujesz na siedzeniu, kiedy reklama Spotify 2.0 prawie rozrywa ci czaszkę. 7.00. Wchodzisz do biurowca i mijasz Alinę zachwycającą się nadchodzącym 27-leciem rządów CEO Hołowni. 7.15. Siadasz do Excela i wklepujesz cyferki w tabelki, jak codziennie od dziesięciu lat. 10.30. Przerwa na szluga, dyskutujesz z Marcinem i Rafałem, czy nowa AI Górski ma szansę na wypromowanie naszych patałachów chociaż do fazy grupowej. 12.00. Wieść się niesie po biurowcu, Orlen Company w zamian za unieważnienie długów Federacji Bałtyckiej wykupił Wilno. 13.30. Przerwa na lunch, odpalasz Saszę i zamawiasz na szybko kebaba z białkiem insektowym i sosem mieszanym. 15.45. Atak neoluddystów na elektrownię atomową im. Jana Pawła II powoduje brak prądu, wychodzisz z pracy półtorej godziny wcześniej. 16.00. Cyfrowy asystent w warsztacie wszczepów tłumaczy ci głosem Ivony, że czipy kwantowe od Niemca jeszcze nie przyszły. 16.15. Łódź oczywiście nadal rozkopana, więc czekasz na drugi magnetramwaj, oglądając olbrzymi hologram Maryli Rodowicz promującej na Centralu swój najnowszy singiel. 16.45. Zamawiasz żarcie w Biedronce, szarpiesz się i płacisz trzy razy więcej za piwo z prawdziwym chmielem. 17.20. Wracasz do swojej kochanej dwunastometrowej kapsuły mieszkalnej, która przetrwała dwie epidemie, huragan i koalicję Nowej Konfederacji z Jeszcze Nowszą Lewicą. 17.25. Podłączasz robokanarka do prądu, na prawdziwe zwierzę będzie cię może stać za 20 lat, jak inflacja nie przyjdzie. 17.30. Udzielasz korepetycji z analizy danych dzieciakowi sąsiadów - nuda, ale za godzinę płacą tyle, że na opłacenie podatku od okna starczy. 18.45. Włączasz z nudów wiadomości. Zamieszki w chińskiej bazie księżycowej, Neapol nadal oblężony przez migrantów klimatycznych, padł ostatni słoń afrykański. 19.20. Zaglądasz na Tindera, ale algorytm na podstawie twoich wydatków nadal umieszcza cię w ostatnich 20%. 20.00. Paczka od kumpla z Nowego ZSRR przychodzi do paczkomatu. 20.05. Przesyłasz parę kredytów bezdomnemu na fisstech, przyprawę czy co tam lubi, żebyś mógł w spokoju odebrać przesyłkę. 20.10. Spieprzasz w podskokach przed naćpaną mlekiem bandą nastolatków. 21.00. Odgrzewasz pastę białkową i puszczasz sobie do niej na VR Ranczo II, żeby mieć minimalne wrażenie domu rodzinnego. 21.37. Nikt już nie pamięta, czemu, ale na neibie rozbłyskują żółte fajerwerki. 22.00. Rzucasz pustą butelką w żabkodrona za oknem chcącego ci wcisnąć neurostymulanty w wielopaku. 22.30. Oszczędzałeś w tym tygodniu, możesz sobie pozwolić na poświęcenie przydziału wody na prysznic. 23.15. Powoli zasypiasz, marząc o tym, że kiedyś będziesz miał drzewo pod domem.
Z okazji dnia Na Rzecz Zniesienia Niewolnictwa przypominam że MS w Katarze powstały rękami niewolników, z których około 6500 zginęło. Tym ludziom odebrano paszporty, wolność wyboru gdzie chcą pracować oraz nie wypłacano godziwych pieniędzy za pracę w temperaturach i warunkach przekraczających ludzkie możliwości.
Dziś miliony osób ogląda "piłeczkę" zapominając że trawa, po której biegają piłkarze jest hojnie zroszona krwią niewolników.