Bralczyk powiedział w TVP Info, że pies nie umiera, tylko zdycha i nie podoba mu się mówienie o adopcji zwierzęcia. Miodek powiedział, że język śląski to „gwara”. I burza w mediach.
A może po prostu przestańmy słuchać mędrców językoznawstwa, którzy sami mianowali się kreatorami języka? Jak myśmy przez tysiące lat sobie bez nich radzili? Byliśmy niemi, niepiśmienni i błądziliśmy jak dzieci we mgle. Dopiero jak pojawili się językoznawcy, zaczęliśmy w ogóle mówić!
Ano jednak chyba nie. Językoznawcy i najczęściej poloniści, zostali mianowani prawodawcami języka dopiero w wyniku powstania nowoczesnych nacjonalizmów i w czasie batalii jedynie słusznie narodowej przeciwko lokalnym językom. Trzeba było koniecznie ulepić jakiś sztuczny najczęściej język „narodowy”, „literacki”, elitarny i jedynie poprawny. Szło to w parze z ideologią jedności narodowej. Wszyscy mieli myśleć, wierzyć i mówić tak samo. W Polsce notabene ten eksperyment społeczny, dzięki głównie Stalinowi, dzięki przesiedleniom, a potem Gomułce, dzięki jego „narodowemu komunizmowi”, osiągnął niemal stan idealny.
W banieczce naukowej znany jest bój preskryptywistów z deskryptywistami. Ci pierwsi, jak Bralczyk, nadal chcą jak dawniej siedzieć na tronach w szatach mędrców i mówić ludziom co jest poprawne, co jest niepoprawne, tworzyć kodeksy, prawa i ściśle z ich przestrzegania rozliczać. Ci drudzy uważają, słusznie, że to z nauką nie ma nic wspólnego, a więcej z ideologią. Językoznawca ma się zajmować opisem zjawisk językowych, a nie pełnić funkcję normatywną, czy wręcz represyjną.

