Anegdotka, nic więcej:
Przez święta byłem w miejscu, gdzie telewizor wciąż jest normalną częścią dnia, więc od czasu do czasu go włączaliśmy. I patrząc na śniadaniówki, pomyślałem, że narzekanie na media społecznościowe często opiera się na wygodnym micie. Jakby kiedyś istniał lepszy porządek uwagi, a dopiero TEN ZŁY internet zamienił wszystko w chaos. Tymczasem telewizja od dawna ćwiczy nas w czymś bardzo podobnym: szybkim przeskakiwaniu między tematami, nadmiarze bodźców, nieustannym ruchu, który nie pozwala się zatrzymać.
Odruchowo chciałoby się więc cofnąć jeszcze dalej, do rzekomo spokojniejszych mediów dzieciństwa. Ale i tam niewinność okazuje się w dużej mierze projekcją. “Smerfy”, oglądane dziś, wydają się zaskakująco poszatkowane i nerwowe. “Bolek i Lolek” przypominają z kolei, jak wiele rzeczy kiedyś uchodziło za zupełnie normalne (na przykład bicie dzieci), choć dziś budziłyby co najmniej dyskomfort.
Najciekawsza była jednak reakcja mojej córki. Z całego tego telewizyjnego świata najbardziej spodobały jej się… programy kulinarne i transmisja mszy. Pomyślałem, że w sumie jest w tym jakaś intuicja: jedno i drugie ma rytm, porządek, skupienie. Może więc problem nie polega na tym, że nowe media popsuły świat, ale na tym, że dorośli od pokoleń produkują chaos, a potem z nostalgią opowiadają sobie, że dawniej wszystko było bardziej ludzkie.