Luźne dywagacje na temat kariery w polityce
Zainspirowany podziwem dla odporności Tuska, postanowiłem przytoczyć wydarzenie sprzed kilku lat. Spotkałem się wtedy z kolegą, który jest urzędnikiem niskiego szczebla w jednej z państwowych instytucji. Otóż ów kolega opowiedział mi o swoim znajomym z pracy. Ów znajomy, kilka lat po dojściu PiS-u do władzy, powodowany niezaspokojoną ambicją, postanowił przyjąć proponowany awans (a potem kolejne) i nieco „upaść się” na prawicowym pastwisku. Działał z pobudek dość cynicznych, sam będąc urzędasem bez konkretnej ideologii – a przy tym, z tego, co mi przekazano, człowiekiem kompetentnym i sympatycznym.
Problem polega na tym, że z każdym kolejnym awansem oczekiwania wobec jego postawy i entuzjazmu dla władzy rosły. Aż do momentu, kiedy przed wyborami został postawiony przed wyborem Zofii: jeśli chcesz zachować stołek, musisz startować (w tym przypadku na radnego z wiadomego komitetu). Co też uczynił. I wiecie co? Nie opłaciło się. Po wyborach stracił robotę, nie mogąc już nawet udawać apolitycznego, a promotorzy wcale nie paliły się do zaoferowania mu alternatywy. Co więcej, gość został zmuszony w kampanii do pójścia ostro w kierunku partyjnej propagandy. Przez to sporo jego wypowiedzi krąży teraz po mediach społecznościowych, robiąc z niego zaciekłego hunwejbina partii, której sam nawet nie darzy specjalną miłością. Dzisiaj ma spore problemy z zatrudnieniem, choć pewnie nowi koledzy nie pozwolą mu zginąć.
Nie jest to przykład odosobniony. Mój kolega wskazywał, jak ów ambitny człowiek powoli, coraz bardziej internalizował przekaz partii i z sympatycznego fachowca dryfował w kierunku charakterystycznego oszołomstwa. Przez to skurczył mu się krąg towarzyski, bo większość znajomych poglądy, które tamten przejął od partii, wolała wysłuchiwać w TV Republika niż przy grillu.
Cała ta krótka notka powstała ku przestrodze, że polityka wciąga czasem jak ruchome piaski, a wielu oszołomów z telewizji zaczynało jako sympatyczny Wiesio z pokoju nr 12 w jakimś urzędzie.
#Polityka #Varia