Na początku roku po 4 latach rozłąki wróciłem do klasycznego Fallouta, a wczoraj udało mi się skończyć "dwójkę". To wciąż jedne z moich ulubionych gier wszech czasów, ale ciekawie mi obserwować, jak zmienia się ich postrzeganie.

Z biegiem lat sam tylko utwierdzam się w przekonaniu, że znacznie wolę część pierwszą - za jej kameralność, koherentność i spójnie beznadziejną wizję świata. "Dwójkę" przez lata wskazywało się jako sequel idealny, bo stawiała przed graczem dwa razy większe uniwersum i oferowała mnóstwo poprawek gameplayowych... ale mam wrażenie, że dopiero od niedawna zwraca się uwagę, jak to wszystko rozjeżdża się tonalnie i jednak jest trochę rozwałkowane.

Fallout 2 to wciąż świetna gra, jednak wyraźnie czuć, że poszczególne lokacje robiły różne zespoły, przeholowano też z liczbą nieprzystających do takiego postapokalipsia easter eggów, że o walkach nie wspomnę (wanamingi wciąż śnią mi się po nocach). No i szkoda, że tym razem nie da się "przegadać" finałowego bossa. Zabawne, że sami twórcy (z Chrisem Avellone'em na czele) po latach dystansują się od wielu swoich decyzji projektowych, nie jestem więc w tych odczuciach odosobniony.

Oczywiście to wciąż nieporównywalnie wyższy poziom niż cokolwiek, co zrobiła z tą marką Bethesda... ale o tym rozpiszę się już w nadchodzącym CD-Action RPG ;)

#giereczkowo #fallout

@rajmund - jedynka moim zdaniem wygrywa zdecydowanie jeśli mówimy o fabule i wizji świata. Tam prawie wszystko jest spójne, nie wytrąca z opowieści.

Jeśli miałbym wskazać to, czego w F2 nie lubiłem i nie lubię do dziś, to Wanamingi. Nie przez trudność walk, a przez to, że są za bardzo jak kosmici, że są takimi niby-mutantami.

Podobnie nie lubię siedziby Enklawy. Jak dla mnie platforma wiertnicza i wszystko co było na niej, mogłoby nie istnieć i gra nic by na tym nie straciła.

Co do San Francisco - tu już nie jestem tak pewien, jednak też wydaje mi się, że gra by bez tej lokacji niewiele straciła, a przyszyta ona jest zbyt grubymi nićmi.

Zresztą samo Arroyo i wizja wybrańca jako "tubylca" też jest zbyt mocno "od czapy". Po wyjściu z wioski bardzo szybko ginie to nasze wieśniactwo i tak naprawdę (słabo) przypominamy sobie o nim dopiero na sam koniec gry. Bardziej spójne i wiarygodne byłoby, gdyby wszystko zaczynało się w wiosce w podobnej do Shady Sands, może Klamath.

#Fallout #Fallout2 #Giereczkowo

@mason mądrego to aż miło posłuchać!