Na początku roku po 4 latach rozłąki wróciłem do klasycznego Fallouta, a wczoraj udało mi się skończyć "dwójkę". To wciąż jedne z moich ulubionych gier wszech czasów, ale ciekawie mi obserwować, jak zmienia się ich postrzeganie.
Z biegiem lat sam tylko utwierdzam się w przekonaniu, że znacznie wolę część pierwszą - za jej kameralność, koherentność i spójnie beznadziejną wizję świata. "Dwójkę" przez lata wskazywało się jako sequel idealny, bo stawiała przed graczem dwa razy większe uniwersum i oferowała mnóstwo poprawek gameplayowych... ale mam wrażenie, że dopiero od niedawna zwraca się uwagę, jak to wszystko rozjeżdża się tonalnie i jednak jest trochę rozwałkowane.
Fallout 2 to wciąż świetna gra, jednak wyraźnie czuć, że poszczególne lokacje robiły różne zespoły, przeholowano też z liczbą nieprzystających do takiego postapokalipsia easter eggów, że o walkach nie wspomnę (wanamingi wciąż śnią mi się po nocach). No i szkoda, że tym razem nie da się "przegadać" finałowego bossa. Zabawne, że sami twórcy (z Chrisem Avellone'em na czele) po latach dystansują się od wielu swoich decyzji projektowych, nie jestem więc w tych odczuciach odosobniony.
Oczywiście to wciąż nieporównywalnie wyższy poziom niż cokolwiek, co zrobiła z tą marką Bethesda... ale o tym rozpiszę się już w nadchodzącym CD-Action RPG ;)
