Słupkoza - zjawisko, które zaczyna się jako forma leczenia, potem staje się objawem, a na końcu przeradza się w chorobę, która toczy miasto.
Każdy słupek jest smutnym świadectwem tego, że ktoś tu próbował lub próbował będzie zaparkować. Że bez fizycznej bariery (obok zakazów i prawa) — by się udało.
Większość tych miejsc i tak jest objęta zakazem:
za blisko skrzyżowania, przejścia dla pieszych, na drodze pożarowej czy zapobiegający jeździe wzdłuż po chodniku.
Słupki zastępują egzekwowanie przepisów. To dość jasny sygnał: system kuleje, służb nie wystarcza, a kary są zbyt niskie, żeby kogokolwiek powstrzymać.
Dla porównania:
zaparkowanie na przystanku — do 100 zł
wyrzucenie papierka na przystanku — do 500 zł
I potem dziwimy się, że miasto trzeba „uzbrajać” w słupki.
