Napisałam pierwsze 600 słów opowiadania. Rzecz zaczyna się w XII-wiecznej Islandii, a kończy na pewnej wyspie Hebrydów Zewnętrznych. Będzie trochę postaci historycznych, trochę wymyślonych, a wreszcie mój własny, zupełnie osobisty głos w dyskusji, która od lat toczy się między archeologami.
Rzecz dotyczy spraw, które żywo mnie interesują, więc pisanie - podobnie jak w wypadku Amber - jest dla mnie ni mniej, ni więcej tylko przygodą.
Nie wiem jak to jest, że ja - bez jakichkolwiek potrzeb czytania tzw. kobiecej literatury - nieustannie piszę o kobietach. Kobietach mocnych, niezwykłych i...
A, nie powiem więcej. Opowiadanie będę publikować na moim Substacku. Kto zechce, pewnie tam trafi.
Jest coś fajnego w tym, gdy nosisz w głowie losowo ułożone sceny i nagle stawiasz pierwsze litery - zupełnie jakbyś zaczął nabierać koraliki na nitkę. Wybierasz koraliki, czasem musisz ten czy ów podmienić, czasem musisz z któregoś zrezygnować, bo choć wydawał się taki super, po prostu nie pasuje do reszty.
Wiem, to malownicze uproszczenie, ale mówię o opowiadaniu. Powieść, zwłaszcza obszerna, to już nie sznurek korali, to skomplikowana kolia. Na to się chyba nigdy nie porwę.