Czytam kolubrynę roku, czyli "Europę" Daviesa. Po trzech rozdziałach naukowych dywagacji przestaliśmy w końcu bujać w obłokach definicji i podejść rozmaitych i przeszliśmy do mięsa, czyli faktycznej historii.
I teraz tak, ja nie mam dysleksji, afaik. Nikt jej nigdy we mnie nie szukał, ale mam "problem", wynikający najpewniej z czytania za szybko i de facto czysto wzrokowo, co połączone z faktem, że czytuję późną nocą, daje czasem dziwne efekty.
Otóż, rzecz o zdobywaniu soli, mowa o odparowywaniu "w usytułowanych nad morzem panwiach", mój problem jest taki, że nie znam słowa panwie (znaczy, do wczoraj nie znałam), ale znam słowo PAWIANY, dobre 5 sekund wtf. Skąd oni te pawiany nad morzem i jaki związek ma z tym sól. xD
Drugi śmieszek, to określenie chalkolit (któe mnie wnerwia, bo to nie ma związku z kredą, tylko z miedzią!!!) - mój mózg mówi: CHAŁKA - CHAŁKOLOT!!!
I tak się tu bawimy o pierwszych w nocy, proszę państwa.
Moje braki w geografii nie pomagają tego czytać, tak btw. Mam braki w geografii, gdyż lekcje geografii w szkole były tak zjebane, że miałam wieczną wojnę z nauczycielką, najbardziej pamiętam dyskusję o tym, że na ki chuj ja mam się nauczyć na pamięć kto ile produkował ziemniaków wg. danych z 10 lat wcześniej (bo takie były podane w podręczniku)? Nie zostało mi to nigdy wyjaśnione. I nie, dane na tamtem moment bieżące nic by nie zmieniły w moim nieodmiennie kontestacyjnym podejściu do szkoły.
Anyway, ziomek bełkocze o bramach, przesmykach, a ja i mój półśpiący mózg are doing our best, ale i tak czekamy zawsze na jakąś mapkę albo chociaż lepszy punkt orientacyjny.
Moje 9 calli wczoraj nawet jakoś poszło, ale jak to korpo-calle przepełzły na przyszły tydzień w swoich kolejnych iteracjach i będziemy się wszyscy bawić dalej. Na szczęście to problem Heike z przyszłości.