Poszłam wczoraj po kwiaty, as one does, jeśli lubi swoją rodzicielkę i ją ma. Mam obok siebie ulicę na której są 4 kwiaciarnie, to nie jest długa ulica. Poszłam do pierwszej - szukałam rośliny w doniczce, a nie kwiatków w sensie ścisłym - i pytam panią grzecznie, czy ma np. monsterę malutką. A ona na mnie jak na węża z grzechotką, że nie, ale ma grubosze. I pokazuje mi różne grubosze. And I'm like bitch gdzie monsterka gdzie grubosz.

I zaczęło siąpić deszczem.

Poszłam do drugiej z 4 kwiaciarni, mojej ulubionej, takiej co nie ma fikuśnych róż z Ekwadoru (jakie mają w tej, co właśnie z niej wyszłam), ale ma najmaciupksze bukiety na maciukie okazje. Tam oko mi się zawiesiło na jakimś tam roślinku, pytam panią cóż za stworzenia, a ona że storczyk. And I'm like bitch tam obok to leży storczyk a to zupełnie nie. Ona się upiera, że inny rodzaj storczyka, ale storczyk. Paczę na kartkę DENDRODROBIUM czy coś w ten deseń, jeszcze zanim za niego zapłaciłam już zwracałam się do niego per kurczak i wizualizowałam, że dam go matce mówiąc, że kupiłam jej kurczaka na dzień matków (nikt nie docenił tego żartu). I zabieram się do wyjścia - mind you tam jest jakieś pół metra kwadratowego przestrzeni w tej budce i jak nie jebło deszczem. Ale drogie moje, TAKIM DESZCZEM. A ja w bluzie i szmaciakach new balance, na 5 minut z domu wyszłam. Stoję. Ona (kwiaciarka) stoi. Jej mąż stoi. Stoimy. Przechowują mnie. Telefon pika, chłop mój pyta, czy ma po mnie przyjść. Ja twardo, że zaraz przestanie, chill.

5 minut, 10 minut, 15 minut. Nie przestaje, awkward as fuck tam stać. Kupiłam dodatkowo słonecznik. Po 20 minutach dzwonię do chłopa, kajam się, przyjdź.

Przyszedł! Dwa parasole przyniósł mi do wyboru i kaloszki nawet. Jak tylko wyszliśmy z budki padać...przestało.

Long story short, ostatecznie dostałam fikuśną różę z Ekwadoru - Pink Floyd.

#belkotki