Z poprzedniej pracy (spędziłem w niej – z krótkimi przerwami – prawie 19 lat) "wyniosłem" się, bo nowy szef wpisał mi w wykaz obowiązków wszystkie rzeczy, które robiłem wcześniej z dobrej woli, wolontarystycznie, na zasadzie "wszyscy sobie pomagamy, bo chcemy, żeby nam się dobrze pracowało". No i poprzednia szefowa nie wydawała rozkazów – o wszystkich zadaniach ekstra rozmawialiśmy jak cywilizowani ludzie i zawsze mogłem odmówić. A potem był rozbudowany wykaz obowiązków, bez porównania z wykazami koleżanek i kolegów. Za kilkuprocentowy dodatek motywacyjny, który inni też dostawali...
No to się przeniosłem. Było dobrze, potem awansowałem na funkcję kierowniczą. A jeszcze potem, ze względu na pogarszający się stan psychofizyczny, po trzech latach zrezygnowałem z funkcji. Co było przyczyną pogarszania się stanu? Ano, co tu dużo gadać, gdy twój szef wierzy przede wszystkim plotkom generowanym przez krąg zaufanych psiapsi, i tylko na bazie tych plotek buduje opinie o innych i swój styl zarządzania, w dużej mierze polegający na soczystych zjebkach i ostracyzmie, i gdy słyszysz, jak przy tobie nazywa twoich świetnych skądinąd współpracowników i kolegów idiotami, przedrzeźnia ich zachowania itp., to w którymś momencie twoje rezerwy mentalne osiągają masę krytyczną...
A teraz, gdy jestem znów szeregowym pracownikiem i nie wyznaczono mojego następcy, istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że lista obowiązków mi zostanie, co prawda bez mocy sprawczej i znów za kilka procent motywacyjnego, ale za to z pełnym zakresem odpowiedzialności. No więc chyba najwyższy czas zacząć się pakować, bo nic nie wskazuje na to, żeby się naczelny miał w najbliższych latach zmienić. Rozmowy o pracę już prowadzę, a w zasadzie mam ofertę, myślę, że korzystną. Tylko szkoda mi będzie zostawiać taką świetną ekipę.
#depresyjnapogoda #marudzenie #bezalkoholowywrzesień