Są takie dni, kiedy samotność doskwiera mi bardziej, i zastanawiam się nad swoim życiem. Nigdy nie było mi łatwo szukać "drugiej połówki", a w wieku 36 lat mam wątpliwości, czy byłbym jeszcze w stanie odezwać się do kogokolwiek nowego. Rozmyślam więc, i dochodzę do wniosku, że lepiej wiązać się za młodu.
Po pierwsze, człowiek ma wtedy mniej bagażu emocjonalnego. Już jako dziecko musiałem stawiać czoła wizjom wszystkiego, co może pójść źle. Z wiekiem wiem tylko, o ile więcej rzeczy może pójść źle — i o ile ciężej to zniosę.
Po drugie, człowiek ma mniej przyzwyczajeń i oczekiwań. Spekuluję, że kiedy ludzie się zwiążą ze sobą wcześnie, to jednak układają sobie życie "razem", wpływają na siebie. Dziś trudno mi wyobrazić sobie, że ktoś inny może być podobny do mnie. A wielu z moich przyzwyczajeń zmieniać albo nie chcę, albo wprost nie jestem w stanie. Oczekiwać od drugiej osoby zmian i poświęceń też nie chcę. Zresztą, podejrzewam, że żeby być szczęśliwy potrzebuję znaleźć osobę, która faktycznie odczuwa podobnie jak ja, a nie tylko dostosowuje się do mnie…
Po trzecie, człowiek ma dużo więcej czasu. Fakt, ja staram sobie układać życie tak, żeby w razie potrzeby móc wygospodarować trochę czasu. Ale i tak byłoby znacznie trudniej niż dawniej.
Czasem trafiam na informacje o tym, jak się żyje komuś, kto mi się kiedyś podobał. I myślę sobie, jak bardzo jesteśmy dziś do siebie podobni — ale jednocześnie się różnimy. I wtedy zaczynam zastanawiać się, czy gdybyśmy wtedy się związali, to czy jej życie nie potoczyłoby się inaczej? Czy nie okazałbym się dla niej ciężarem, przez który nigdy nie zrealizowałaby swoich pasji? Choć mogłoby być również odwrotnie — moje życie mogłoby potoczyć się inaczej, i moglibyśmy dzielić te pasje.
#autyzm