Refleksje na temat słów, sławy i klawiatur
Nigdy nie spotkałem Marcina Wicharego (@mwichary), choć jestem wiernym fanem jego twórczości.
Nigdy też nie spotkałem piosenkarki Katie Meluy, choć jestem fanem także i jej twórczości. Co mógłbym jej powiedzieć, gdybym ją spotkał gdzieś po koncercie? Cóż, jedynie coś w rodzaju "jestem wielkim fanem twojej twórczości", nawet mając okazję do pogawędki. Nie znam jej, nie mamy wspólnych kodów kulturowych, podobnych przeżyć - ponadto na pewnym poziomie popularności gwiazdy muszą całkiem serio uważać na różnorakich szurów, co utrudnia im nawiązywanie spontanicznych znajomości. No i artyści estradowi raczej unikają fanów po koncertach, pewnie zmęczenie bierze górę nad chęcią usłyszenia kilku komplementów.
Jeśli w połowie kwietnia spotkam Katie Meluę na wrocławskim rynku, nie będę jej zawracał gitary (badum tsss). Niech sobie pozwiedza.
Gdy jednak spotkam na jakiejś branżowej imprezie Marcina Wicharego, to nie będę miał najmniejszych oporów przed zagadaniem.
Ciekawa sprawa, taki punkt nieciągłości. Jeśli jesteś twórcą i masz kilka tysięcy odbiorców, to raz na kilka miesięcy spotkasz któregoś na żywo i usłyszysz coś w rodzaju "czytam twojego bloga, bardzo mi się podoba". Niesamowicie fajne uczucie! Jeśli masz kilka milionów odbiorców, spotykasz ich na żywo pewnie co drugi dzień, w tym pięć razy przy każdym wyjściu do knajpy. Do której wejdą za tobą i będą ci bez pytania trzaskać foty. Brzmi jak horror.
Co powiem Marcinowi? Przede wszystkim, że minęło 12 lat, a ja nadal pamiętam mistrzowskie Google Doodle ze Stanisławem Lemem. Potem powiem mu, że po tym Doodle trafiłem na jego bloga/medium, gdzie przeczytałem historię, jak w wieku kilkunastu lat wybrał się do Krakowa, pojechał na przedmieścia, odnalazł dom Stanisława Lema i zadzwonił do drzwi. A pisarz mu otworzył, zaprosił do środka, podjął poczęstunkiem i podpisał książki. Wzruszająca opowieść, zapada w pamięć i w serce.
Teraz jest ten moment, abyście otworzyli podlinkowaną stronę, przeczytali od początku do końca, a potem tu wrócili: https://mwichary.medium.com/memoirs-of-a-train-traveller-b35b796f3bc
Tej samej nocy przeczytałem wszystko, co Marcin napisał wcześniej. Przez następne lata czytałem wszystko, co publikował potem. A pisał między innymi o typografii, fontach, maszynach do pisania i klawiaturach. Dzięki niemu trafiłem do muzeum gier i komputerów Bonami niedaleko Amsterdamu (dobra, WSZYSTKO w Holandii jest niedaleko Amsterdamu), gdzie spędziłem O WIELE ZA MAŁO czasu na oglądaniu sprzętu produkowanego w czasach, gdy rozkosznie srywałem w becik. Do rzeczy jednak, bo mam wrażenie, że wstęp do właściwej opowieści wyrwał nieco się spod kontroli.
Tak więc Marcin Wichary, którego nigdy nie spotkałem, ale czuję, że moglibyśmy siąść i od razu zacząć gadać o... stop. Jeszcze raz.
Tak więc Marcin Wichary wydaje książkę, nad którą pracował od wielu lat. Książkę o klawiaturach. Śmiechęliście? W niecałe dwa dni zebrał na jej wydanie pół miliona dolarów czyli ponad dwa miliony złotych. Okazuje się, że na książkę o klawiaturach, w dwóch tomach po sześćset stron, czeka już trzy tysiące osób. Ja też. I nie po to, by przy ewentualnym spotkaniu zagaić "kupiłem twoją książkę", ale by powiedzieć "zaraziłeś mnie swoją pasją, od lat przyglądam się wszystkim napotkanym klawiaturom".
https://www.kickstarter.com/projects/mwichary/shift-happens
Każdy może opowiedzieć historyjkę. Marcin potrafi Snuć Opowieść. Nie wierzycie? Przedostatnia szansa, przedostatni link. Marcin opowiada o komputerze IBM AN/FSQ-7.
https://www.youtube.com/watch?v=v7fQIodMZCc
Aha, to nie jest żadna promocja ani współpraca, Marcin Wichary nawet mnie nie zna. Ale ja znam jego twórczość, podziwiam i szanuję talent i pasję, dziś polecam je waszej uwadze.
W tym miejscu ten wątek mógłby się zakończyć, ale jest jeszcze jedna opowieść Marcina - "Tottenham Court Road". Kliknijcie i poczytajcie, a ja na dziś kończę: https://aresluna.org/stories/tottenham-court-road/
"I was wearing all black; she was wearing all white. We ended up at the bus stop at Tottenham Court Road, she smiled in a way I still remember, kissed me goodnight, and jumped on one of those unmistakably British double-deckers."