Nawet nie wiem, jak zacząć a mam potrzebę uzewnętrznić się tu.
(No, to już jakiś początek.)
Miałem dziś 3 rozmowy. I jakimś cudem w każdej z nich załączył się stan pewnego „flow” - zdarza się rzadziej niż bym może chciał, ale tym razem był.
Słuchałem dziś z uwagą i uważnością jakiej nie miałem jakiś czas. I wszystko nagle klikało. To co mówili ludzie, to jak wczuwałem się w ich historię… narrację raczej. Miałem poczucie wewnętrznego ekwilibrium w moim wnętrzu…
I to były, mam wrażenie, jedne z bardziej owocnych sesji. Dialog sokratejski w moim mniemaniu sam się układał. Jakież to przyjemne! Chciałbym tak pracować na każdej sesji. Ale chyba wtedy nie byłoby to takie piękne. (Jak to z pięknem bywa - jego ulotność czyni je pięknym.)
Zastanawiałem się nad tym, co sprzyja temu stanowi i jak wiele w moim odczuciu zmienia on pracę na sesji.
Zero presji, pędzenia, tu i teraz.
Co mu sprzyja?
Odpoczynek.
Moja chyba naturalna zdolność do popadania w pewną dawkę nostalgii i zachwytu nad światem. Melancholia?
Odstawienie telefonu i zatrzymanie pędzącego umysłu.
Świadome skierowanie uwagi na słowa i treść. Na opowieść.
Chyba dlatego odświeżyłem sobie po raz 2137 fragmenty Westworlda, w których Ford opowiada o pożarze Wielkiej Biblioteki i rozmawia z Bernardem w Kołysce.
No i 7. Symfonia Beethovena miała w tym swój udział. Jestem tego pewien.