Jak zinterpretowalibyście tę odpowiedź na interpelację Natalii Niewiadomskiej-Pasieki, o której pisałem na “Kontrabandzie” na początku czerwca?

https://bip.brwinow.pl/api/files/73961

Z jednej strony Arkadiusz Kosiński, burmistrz Brwinowa, ma trochę racji w swojej odpowiedzi, ale są pewne rzeczy, które – w mojej ocenie – wymagają sprostowania.

  • Argument o “podawanych często danych osobowych” jest półprawdą – z jednej strony owszem, to się faktycznie dzieje, bo te dane podawane są nie tylko Facebookowi (w pewnych przypadkach), ale i też dostawcom internetu czy firmom telekomunikacyjnym. Pytanie jednak dotyczyło danych osobowych wymaganych przez prywatną firmę technologiczną (w interpelacji było to imię i nazwisko, adres e-mail, numer telefonu, a także bardziej szczegółowe dane o konkretnej osobie typu województwo itp. itd.), co burmistrz Brwinowa pominął w swojej odpowiedzi. Sprawa prywatności w internecie nie jest wbrew pozorom zero-jedynkowa; z jednej strony musimy podać dane np. w urzędzie, żeby załatwić konkretną sprawę, ale o tych danych nie musi, wręcz nie powinna wiedzieć jakakolwiek prywatna firma technologiczna. Co więcej, w niektórych bibliotekach można także bezpłatnie skorzystać z internetu bez udostępniania całej swojej metryczki.

  • “Można odnieść wrażenie, że osoby, które nie zarejestrowały się na [Facebooku], tracą możliwość uzyskania istotnych informacji, lecz jest to bardzo subiektywne odczucie, nie znajdujące potwierdzenia w faktach” – kolejna półprawda. Z jednej strony, mówimy tutaj o platformie, na której zarejestrowanych jest ~25,5 mln Polek i Polaków. Ci mają nieograniczony dostęp do zasobów publikowanych na Facebooku, i ta część jest procentowo niezbyt przeważającą większością w polskim społeczeństwie. Ale pamiętajmy też o tym, że Polska to kraj mający prawie 40 milionów mieszkańców. Wyobrażacie sobie w skali krajowej pomijać 23 miliony mieszkańców (!) tylko dlatego, że nie chcą lub nie mogą mieć Facebooka? Ja (też) nie. Choć kontrast między liczbą będących a niebędących na Facebooku przeważa na korzyść tych pierwszych, tak wciąż mówimy na przykładzie naszego kraju o prawie połowie mieszkańców. Teraz zmniejszmy skalę do Brwinowa, który mieszkańców ma ledwie 14,5 tysiąca. Czy powinniśmy pozbawiać około 7 tysięcy osób gwarantowanego ustawą prawną, a nawet samą konstytucją, dostępu do informacji publicznej? Oczywiście, że nie. I dlatego też urząd gminy wychodzi z inicjatywami, takimi jak słupy ogłoszeniowe, strony internetowe, czy (ustawowo) także BIPy. Jednak często organizacje rządowe, czy pozarządowe, wykorzystują wyłącznie, lub w pierwszej kolejności Facebooka czy Twittera, rzadziej też Instagrama, czytaj komercyjne platformy, które mogą sobie w każdej chwili zablokować konta organów państwowych według swoich “widzimisię”. To musi się zmienić – i dlatego też w komisji sejmowej ds. petycji czeka na formalne omówienie moja petycja związana z reformą ustawy o dostępie do informacji publicznej, o której pisałem kilkukrotnie tutaj, jak i na Szmerze, i która jest jedną z części stopniowego przywracania przynajmniej częściowo suwerenności cyfrowej w Polsce.

  • No i na sam koniec – jeżeli chcemy, żeby ludzie korzystali ze wspomnianego bip.brwinow.pl czy brwinow.pl, to trzeba o tym jasno i wyraźnie mówić. Nie spodziewajmy się “kokosów”, jeżeli mało kto wie o alternatywnych sposobach pozyskiwania informacji.

    AKTUALIZACJA (2025.08.09): Wirtualne Media podają, że liczba użytkowników Facebooka w Polsce jeszcze bardziej spadła – do 17,1 mln. Post zaktualizowałem.

    @wolnyinternet

    @slavistapl
    Nie mieszajmy kanałów komunikacji. Muszą być bip-y bo gdzieś muszą być zebrane oficjalne informacje i decyzje. Reszta myślę jest tylko uzupełnieniem, ułatwieniem dla czytelników, którzy przypadkiem są na tej czy innej platformie SM i chcą się angażować w społeczność. Jak chcę poszukać uchwał to przecież nie na FB

    Zgodzić się można ze stwierdzeniem, że BIPy powinny istnieć dla celów agregacji decyzji czy informacji urzędowych. I zgodzić się też można z tym, że angażowanie się w mediach społecznościowych jest jedną z form udzielania się w danej sprawie.

    Problem polega jednak na tym, że wielu polityków – czy to lokalnych, czy działających w rządzie centralnym, w pierwszej kolejności wykorzystuje komercyjną platformę, bo zakładam, że “tak jest im łatwiej”. Jeżeli mowa o “ułatwieniu” w tym kontekście, to jest to bardzo subiektywne pojęcie. Dla nas, gdyby urząd jakiejś gminy pojawił się w Fediwersie, byłoby to owszem ułatwieniem. Dla urzędu gminy jest to dodatkowa platforma “do odhaczenia”, co może powodować dodatkowe obowiązki z tym związane, i być może także koszty.

    Twierdzę, że w takich sytuacjach nie tędy droga prowadzi.

    Politycy owszem, mają prawo do wypowiadania się prywatnie tak samo, jak obywatele – nie zważając na to, jaką metodę wykorzystują do rozpowszechniania swoich myśli. Jednak uderzam tutaj o to, że przynajmniej w kontekście kluczowych informacji dla działania społeczeństwa powinno się na wczoraj wyprowadzić ich publikowanie z komercyjnych platform, i zamiast tego skupiać się na BIPach oraz stronach internetowych pod wyłączną kontrolą tychże samorządów.