Się okazuje, że na Kubie od dawna śpiewają Kaczmarskiego.

Się okazuje, że na Kubie od dawna śpiewają Kaczmarskiego.

Klosz lampy rzuca cień na ścianę,
I tnie ją światło z wnętrza klosza.
Mur jest chropowaty, podrapany –
Cegły o tynk usilnie proszą.
Patrzę na światła obszar jasny –
Do końca prosty, wyjaśniony –
Patrzę na cienia mrok przepastny –
Obiecujący mrok z zasłony.
Czy patrzeć na to, co widoczne?
Na ziarna oświetlonej cegły?
Czy wpuszczać oczy w cienie mroczne,
Co z lampy się pod sufit zbiegły?
Czy wreszcie spojrzeć na żarówkę?
Sprawczynię świetlno-mrocznych zdarzeń –
Na bańkę szklaną jak makówka –
Na drucik, co się w próżni żarzy.
No i stoimy pod tą ścianą
Nie wiedząc, co się z nami zdarzy –
I w próżni naszych baniek szklanych
Wciąż się niepewny drucik żarzy:
Światło i cień po ścianie pływa –
Gdzie my tam szara ich granica –
Bo tu nas dróg widoczność wzywa,
A tam znów – wabi tajemnica.
Ta tajemniczość drażni, złości –
Ten blask ambicję nam odbiera:
Dlatego między – w tej szarości
Najwięcej ludzi wciąż się zbiera.
Kaczmarski
O wina flaszce tekturowej
(O pojemności litrów – dziesięć
Codziennie hojnej, co noc – nowej)
Cały poemat pisać chce się.
Ale – i ona ma narowy:
Pasje, kryzysy, fascynacje –
Gdy – z winy płochej białogłowy
Przyjaciół precz odrzuca racje.
Czułymi wspominają słowy,
Gdy królem był Leopoldstrasse
Przedstawicielki tej – połowy –
Co sny rozkoszą syci nasze.
Ale – niestety – wszystko mija,
I nie jest to niczyja wina,
Że choć od walk nie stroni – szyja –
To, co zostanie, to – łysina.
Cóż Mu zostało, gdy dziewice
Nie doczekają wspólnych zabaw
Tu karczek sarny? Tam winnice?
Kot bez pazurków? Ślimak? Żaba?
Nie powie wam, choć mówić lubi,
Za niego więc powiedzmy raz:
Bożego człeka nic nie zgubi,
Bo Boży człowiek
Lubi
Jazz!
Kaczmarski
Panował niegdyś dobry król
Nad pięknym jasnym krajem.
Nie nękał nikogo ni głód, ni chłód
I zdawał się kraj ten rajem.
Tirlititi tirlitutu
I zdawał się kraj ten rajem.
Lecz skończył się wkrótce piękny sen,
Bo jak to bywa wśród ludzi
Najlepszy nawet w świecie król
Komuś się wreszcie znudzi.
Tirlititi tirlitutu
Komuś się wreszcie znudzi.
Pogrzeb był piękny, szkoda słów!
W dół trumnę spuszczono czule
I nie minęło kilka lat
Nikt nie pamiętał o królu.
Tirlititi tirlitutu
Nikt nie pamiętał o królu.
Króla robaczki zaś zjadły wnet,
Robaczki zaś żebrak wyszukał
I złapał na nie rybki dwie,
Które usmażył i schrupał.
Tirlititi tirlitutu
Po prostu usmażył i schrupał.
A myśl w tej balladzie ukryta jest,
A treść tej myśli jest taka:
Że król czy dobry czy zły też jest –
Przejść może przez kiszki żebraka.
Tirlititi tirlitutu
Przejść może przez kiszki żebraka.
Kaczmarski
Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?
Że przetrawieni krzywdą – powstaną
Skruszą się ci, co na niej wyrośli;
Że można żrącą szyderstwa pianą
Otworzyć oczy sprawiedliwości?
Że pierwsza miłość będzie jedyną,
Że dobre chęci brukują – niebo,
Że woda może zmienić się w wino,
Kamień nie musi mylić się z chlebem?
Rozpryskiem kropli, psiej sierści dreszczem
Jak deszcz mijamy i – bez nas dnieje…
Jaką tu żywić nadzieję jeszcze?
Jaką tu jeszcze żywić nadzieję?
Że młodość w życiu się nie rozmyje,
Życie nie będzie tylko więdnięciem,
Że umrze pięknie – co pięknie żyje
I że po śmierci przetrwa w pamięci?
– Że można jasno dostrzec w ciemności
Co złe – co dobre, co pył – co diament;
Odrzucić pierwsze, drugie ugościć
W sercu, gdzie włada ład – a nie zamęt?
By żyć – nie żywiąc ławic pętaków
I nadaremno nie wzywać nieba –
Trzeba wciąż żywić nadzieję jakąś,
Wbrew sobie – sobą żywić ją trzeba.
Kaczmarski
Nie trwóżcie się. Zostanie po nas
Poetyka przeobrażona:
Obraz epoki i jednostek
Bez wątpliwości i słabostek.
Nasi pisarze i malarze
Dadzą nam wielomówne twarze,
Dadzą nam gesty wyraziste,
Niejasne tła, konteksty mgliste.
Może nie będzie wśród nich wielu
Szekspirów albo Rafaelów
Ale wyrażą nasze czasy,
A wyraz zbłądzi między masy.
Więc z wrednych naszych namiętności
Zostanie walka o wartości;
Więc z naszych oszczerstw i kalumni
Herosi się wyłonią dumni.
Z naszej bezradnej paplaniny
(Ciężkiej obrazy dla polszczyzny)
Wywiodą myśli, sny i czyny
Artyści w hołdzie dla ojczyzny.
Artysty rolą – ująć całość:
Czym wobec sztuki – czyjaś małość,
Zawiści, zdzierstwa i kradzieże
I credo trwogi: wiem, bo wierzę!
Nie zna planeta barwy brudu
I słów bez znaczeń nie zna księga:
Chaos jest poprzednikiem cudu,
A kompozycja to potęga.
Dajmy artystom pięknie zwodzić
O kłamstwie, gniewie i rozpaczy,
A prawda o nas się narodzi,
Która zrozumie – i wybaczy.
Nie trwóżcie się, bo pojmą dzieci
I klęski nasze i zwycięstwa
Każde z nich własne życie skleci
Powtórzy zbrodnie i szaleństwa.
Kaczmarski
Niecodzienne zbiegowisko na śródmiejskim rynku
W oknach, bramach i przy studni, w kościele i w szynku.
Straganiarzy, zakonników, błaznów i karzełków
Roi się pstrokate mrowie, roi się wśród zgiełku.
Praca stała się zabawą, a zabawa – pracą:
Toczą się po ziemi kości, z kart się sypią wióry,
Nic nie znaczy ten, kto nie gra, ci co grają – tracą
Ale nie odróżnić w ciżbie który z nich jest który.
W drzwiach świątyni na serwecie krzyże po trzy grosze,
Rozgrzeszeni wysypują się bocznymi drzwiami.
Klęczą jałmużnicy w prochu pomiędzy mnichami,
Nie odróżnić, który święty, a który świętoszek.
Oszalało miasto całe,
Nie wie starzec ni wyrostek
Czy to post jest karnawałem,
Czy karnawał – postem!
Dosiadł stulitrowej beczki kapral kawalarzy
Kałdun – tarczą, hełmem – rechot na rozlanej twarzy.
Zatknął na swej kopii upieczony łeb prosięcia,
Będzie żarcie, będzie picie, będzie łup do wzięcia.
Przeciw niemu – tron drewniany zaprzężony w księży,
A na tronie wychudzony tkwi apostoł postu.
Już przeprasza Pana Boga za to, że zwycięży,
A do ręki zamiast kopii wziął Piotrowe Wiosło.
Prześcigają się stronnicy w hasłach i modlitwach,
Minstrel śpiewa jak to stanął brat przeciwko bratu.
W przepełnionej karczmie gawiedź czeka rezultatu,
Dziecko macha chorągiewką – będzie wielka bitwa.
Oszalało miasto całe,
Nie wie starzec ni wyrostek
Czy to post jest karnawałem,
Czy karnawał – postem!
Siedzę w oknie, patrzę z góry, cały świat mam w oku,
Widzę co kto kradnie, gubi, czego szuka w tłoku.
Zmierzchem pójdę do kościoła, wyspowiadam grzeszki,
Nocą przejdę się po rynku i pozbieram resztki.
Z nich karnawałowo-postną ucztą jak się patrzy
Uraduję bliski sercu ludek wasz żebraczy.
Żeby w waszym towarzystwie pojąć prawdę całą:
Dusza moja – pragnie postu, ciało – karnawału!
Kaczmarski
A kiedy umrze ostatni obrońca,
Co o zasadach pojęcie miał jeszcze –
Będziemy modły wznosili złowieszcze
Do słońca.
Opór w nas przyśnie niewypowiedziany,
To znaczy taki, jakby go nie było.
Wbrew woli będzie powietrze koiło
Nam rany.
Cisza nastanie w naszych dusz kopalni,
Lśnić nieodkryte będą złote żyły.
Staniemy światu twarzą w twarz – bez siły,
Normalni.
I piasek ulgi – cudzej – nas przysypie,
Że oczy piorunami już nie łzawią.
W domu żałoby goście też się bawią –
Na stypie.
Kaczmarski
Błogosławię zło na ekranie niebieskim
Mój intymny kontakt z istotą gatunku.
Widzę i osądzam, jak Stwórcy namiestnik,
Taniec śmierci, zdrady, gwałtu i rabunku.
W naturalnych barwach, w dowolnym języku,
Z dźwiękiem tak klarownym, jak klarnet Mozarta
Sięgam po wieczorną porcję krwi i krzyku
Stamtąd, gdzie akurat ginie trzystu Spartan.
Nie brak mi współczucia. Wzburzam się i wzruszam;
Stwierdzam z satysfakcją, że doznałem szoku;
Niby balon szlochu kształt zyskuje dusza
Łzawią mi paprochy uczuć w chłodnym oku.
A na co dzień, w życiu – przydarza się rzadko
Żeby rzecz, co wstrząsa – ujrzeć jak na dłoni.
A gdy już się uda świadkiem być wypadku –
Dźwięki ktoś zagłuszy, widok ktoś przysłoni.
Ekran zaś niebieski szczegóły powtarza
Krwiście bezlitosne zbliżenia w zwolnieniach,
Chociaż w każdej chwili może je wymazać
Palcem tknięty pilot – podczerwień sumienia.
Kaczmarski
#dzieńzwierszem
