Złota klatka ekosystemu. Problem z Google, który powinien niepokoić także użytkowników Apple

Przez ostatnią dekadę daliśmy się uwieść pewnej bardzo wygodnej iluzji. Uwierzyliśmy, że oddanie niemal całego naszego cyfrowego życia w ręce jednej, wielkiej korporacji to po prostu uczciwa cena za bezproblemową wygodę.

I przez lata faktycznie tak było. Ciekawie podsumował to ostatnio Taylor Kerns z serwisu Android Authority, publikując gorzki esej o swoim żalu do ekosystemu Google. Jego tekst to jednak coś więcej niż tylko narzekanie zmęczonego blogera. To ostrzeżenie, któremu z uwagą powinni przyjrzeć się również użytkownicy Apple.

Zaufaliśmy wyszukiwarce, dostaliśmy generatory

Mechanizm był prosty. Google przez lata dawało nam narzędzia, które po prostu działały najlepiej. Gmail był bezkonkurencyjny, Dysk pozwalał zapomnieć o pendrive’ach, a Zdjęcia Google organizowały nasze wspomnienia z precyzją, o jakiej lokalne dyski twarde mogły tylko pomarzyć. W zamian oddaliśmy im wszystko – od historii wyszukiwania, przez treść naszych e-maili, aż po tętno z naszych smartwatchy. Stworzyliśmy dla nich idealną, cyfrową infrastrukturę naszego życia.

Problem polega na tym, że firmy technologiczne mają to do siebie, że zmieniają priorytety znacznie szybciej, niż my potrafimy zmieniać nawyki.

Jak trafnie zauważa Kerns, dzisiejsze Google nie jest już firmą, z którą podpisywaliśmy tę niepisaną umowę. Pod wpływem panicznego wyścigu o dominację w sektorze sztucznej inteligencji, usługi ulegają transformacji, o którą wielu użytkowników wcale nie prosiło. Wyszukiwarka coraz częściej przestaje być katalogiem linków do źródeł, a staje się asystentem, który generuje dla nas gotowe odpowiedzi. Z kolei Zdjęcia Google z prostej galerii coraz bardziej ewoluują w wielofunkcyjną platformę, w której funkcje AI zajmują eksponowane miejsce – wliczając w to nową funkcję katalogowania ubrań w celu generowania wirtualnych stylizacji.

Kosztowna przeprowadzka

Dlaczego więc miliony zirytowanych użytkowników nie uciekną do konkurencji? Bo giganci technologiczni zbudowali perfekcyjną złotą klatkę.

Kerns przyznaje wprost: nie odchodzi z Google Photos, bo nie ma siły przenosić 25 000 zdjęć, konfigurować na nowo współdzielonych albumów z rodziną i odcinać od nich domowych ekranów w kuchni. Koszt wyjścia z ekosystemu, liczony w nerwach, utraconych powiązaniach i zmarnowanym czasie, stał się tak wysoki, że zaciskamy zęby i akceptujemy zmiany, których wcale nie chcieliśmy.

I ten bolesny mechanizm działa w absolutnie każdym środowisku – to dokładnie ta sama siła, która trzyma wielu użytkowników przy iCloud, Apple Music czy iMessage.

Lekcja dla Apple i dla nas

Google zrestrukturyzowało się wokół AI zaledwie w kilka lat. Z firmy, która miała nam „organizować informacje”, stała się korporacją, która stawia na wirtualnych agentów i generowanie treści.

To doskonały moment na refleksję w dniu premiery iOS 27 (na WWDC 2026). Apple również wchodzi w erę głębokiej integracji sztucznej inteligencji. I choć w Cupertino mają zupełnie inny stosunek do prywatności niż w Mountain View, pokusa, by uszczęśliwiać użytkownika nowymi algorytmami wszędzie, gdzie to tylko możliwe, jest ogromna.

Przypadek Google udowadnia, że uzależnienie się od zintegrowanych ekosystemów jest wspaniałe tylko do momentu, w którym korporacyjny wiatr nie zacznie wiać w kierunku, który nam nie odpowiada. Warto o tym pamiętać, zanim po raz kolejny klikniemy „Zgadzam się na synchronizację wszystkiego”. Bo kiedy firma zmieni zasady gry, nasze dane i nasze nawyki będą od dawna leżeć po ich stronie stołu.

#AI #Apple #cyfroweNawyki #ekosystemApple #felieton #Google #iCloud #iOS27 #komentarz #prywatność #pułapkaEkosystemuGoogleApple #sztucznaInteligencja #zdjęciaGoogle

[Felieton] Anthropic wzywa do wciśnięcia hamulca, a sam idzie po rekordowe IPO

Firma Anthropic, twórca jednego z najpotężniejszych modeli językowych na świecie, bije na alarm.

Według najnowszego apelu ekspertów zbliżamy się do momentu, w którym sztuczna inteligencja wymknie się nam z rąk, dlatego ludzkość powinna natychmiast przygotować globalny mechanizm zamrożenia prac nad zaawansowanym AI.

Brzmi przerażająco? Być może. Sytuacja wygląda jednak zupełnie inaczej, gdy uświadomimy sobie, że w tym samym czasie firma po cichu złożyła wniosek o debiut giełdowy, licząc na wycenę zbliżającą się do astronomicznego biliona dolarów.

Claude zaczyna pisać sam siebie

Żeby zrozumieć skalę apelu Anthropic, trzeba spojrzeć na dane z ich własnego laboratorium. Najnowszy raport opublikowany przez Instytut Anthropic ujawnia szokujące statystyki: w maju 2026 roku aż 80% całego kodu produkcyjnego firmy zostało napisane przez sam model Claude. Narzędzie to doprowadziło do ośmiokrotnego wzrostu produktywności inżynierów. Twórcy sztucznej inteligencji polegają więc na sztucznej inteligencji, by budować jej kolejną generację.

Współzałożyciel firmy Jack Clark oraz szefowa instytutu badawczego Marina Favaro ostrzegają przed procesem rekursywnego samodoskonalenia. To moment, w którym AI stanie się na tyle zaawansowana, by samodzielnie projektować własnych, mądrzejszych następców w tempie, za którym ludzie po prostu nie nadążą. Właśnie z tego powodu Anthropic wzywa wiodące laboratoria i rządy do stworzenia globalnego, skoordynowanego mechanizmu „wciśnięcia hamulca”. Apel jasno sugeruje, że dalszy wyścig zbrojeń bez gotowej opcji awaryjnej pauzy doprowadzi do utraty kontroli nad maszynami.

Apokalipsa wyceniona na bilion dolarów

I w tym miejscu pojawia się fundamentalny paradoks. Zaledwie kilka dni przed publikacją tego apokaliptycznego niemal ostrzeżenia, Anthropic poufnie złożyło do amerykańskiej komisji papierów wartościowych (SEC) dokument S-1, będący pierwszym, prawnym krokiem do wejścia na giełdę (IPO).

Anthropic otwiera dostęp do modelu Claude Mythos. Bezpieczeństwo czy groźna gra z ogniem?

Liczby zwalają z nóg. Firma zamknęła właśnie kolejną rundę finansowania (Series H) na kwotę 65 miliardów dolarów, co winduje jej całkowitą wartość do 965 miliardów dolarów. Skonfrontujmy więc te dwa fakty: z jednej strony dyrektor generalny Dario Amodei i jego zespół roztaczają wizję technologicznej utraty kontroli i wzywają świat do zahamowania. Z drugiej – prą w stronę giełdy z maszynką do robienia pieniędzy, której roczne przychody dobiły właśnie do 47 miliardów dolarów, wyprzedzając w wycenie samo OpenAI.

Zabetonować rynek pod płaszczykiem bezpieczeństwa

W branży technologicznej takie ruchy rzadko są dziełem przypadku. Apel Anthropic o „skoordynowane wstrzymanie prac” można odczytywać nie tylko jako szczerą troskę o losy ludzkości, ale jako podręcznikowy przykład rynkowego zabetonowania – strategii polegającej na wciągnięciu drabiny na górę, gdy samemu dotarło się już na szczyt.

Forsowanie globalnych pauz, rygorystycznych kontroli i mechanizmów bezpieczeństwa faworyzuje bowiem gigantów, których stać na przeczekanie i zatrudnienie armii audytorów. Mniejsze laboratoria i startupy open-source po prostu nie udźwigną prawnych wymogów powiązanych z wymuszoną pauzą. Anthropic, wchodząc na giełdę z bilionową wyceną, zabezpiecza swoją pozycję podwójnie: kapitalizuje obecny „boom” na AI i uspokaja inwestorów, a jednocześnie trudno oprzeć się wrażeniu, że próbuje rękami polityków zamrozić układ sił, w którym to Claude pozostaje jednym z liderów rynku.

Strach przed sztuczną inteligencją to dziś niezwykle nośny temat. Ale jak udowadnia Anthropic, najlepiej sprzedaje się go w luksusowym opakowaniu dla funduszy z Wall Street.

#Anthropic #bezpieczeństwoAI #biznesIT #Claude #felieton #giełda #IPO #komentarz #OpenAI #regulacjeTechnologiczne #rozwójAI #sztucznaInteligencja #WallStreet

Ferrari Luce: elektryczna rewolucja czy koniec legendy?

Ferrari Luce miało być dla Włochów tym, czym dla branży technologicznej stał się pierwszy iPhone – urządzeniem, które wyznacza kierunek.

Projekt sygnowany nazwiskiem sir Jony’ego Ive’a, ojca designu Apple, miał rzucić wyzwanie rosnącej potędze chińskich producentów aut elektrycznych. Zamiast zachwytów, Luce wywołało jednak jeden z największych kryzysów wizerunkowych w historii marki. Akcje firmy spadły o 8% dzień po premierze, a internet błyskawicznie zalała fala memów porównujących auto za 640 tysięcy dolarów do znacznie tańszych modeli konkurencji.

Duch Apple Car żyje w Maranello? Ferrari Luce ma 1050 KM – narysował go Jony Ive [galeria]

Stylistyka, która dzieli bardziej niż cokolwiek wcześniej

Luce to pierwszy w historii marki samochód pięcioosobowy, co samo w sobie jest szokiem dla ortodoksyjnych fanów. Ale to nie układ foteli, a sylwetka wywołała największą burzę. Brak niskiego, agresywnego profilu typowego dla Ferrari oraz – co oczywiste – brak charakterystycznego ryku silnika V8 czy V12 sprawiły, że auto stało się obiektem kpin. Moim zdaniem niesłusznie, ale warto zrozumieć, że marka, która za bajońskie sumy sprzedawała przede wszystkim emocje, stała się po części ofiarą własnego, wyrobionego przez dekady modelu.

Krytycy, w tym były prezes Ferrari, Luca Cordero di Montezemolo, nie przebierają w słowach, sugerując, że firma „ryzykuje zniszczenie legendy”. Z kolei włoski wicepremier Matteo Salvini otwarcie pyta, co na temat tego projektu powiedziałby sam Enzo Ferrari. Czy to tylko kwestia przyzwyczajenia, jak w przypadku modelu Purosangue, który mimo kontrowersji okazał się sprzedażowym hitem? Czas pokaże, ale tym razem skala oporu jest znacznie większa.

Chiny narzucają tempo, Ferrari szuka drogi ucieczki

Dlaczego Ferrari zdecydowało się na tak radykalny krok? Odpowiedź kryje się w Chinach. Tamtejsi producenci, dysponujący ogromnymi łańcuchami dostaw i rządowymi dotacjami, obniżają koszty produkcji o co najmniej 30% (to ostrożne szacunki) względem reszty świata. W segmencie luksusowych elektryków, gdzie BYD Yangwang U9 oferuje osiągi godne hipersamochodów za ułamek ceny Ferrari, Włosi nie mogą dłużej opierać się na samej historii. Ale z drugiej strony chcę zwrócić waszą uwagę, że przecież Ferrari nie sprzedaje osiągów, tylko emocje. Rolex kosztuje 15 tys. euro, Casio 50 euro i oba pokazują godzinę.

Problem leży gdzie indziej, w pytaniu: czy samochód elektryczny dostarcza emocji? Lamborghini otwarcie przyznało, że zrezygnowało z pełnej elektryfikacji na rzecz hybryd, widząc słaby popyt na „czyste” EV w tym segmencie. Ferrari wybrało inną drogę – próbę pozyskania młodszych, mniej przywiązanych do tradycji klientów. Benedetto Vigna, szef Ferrari, zapewnia, że zainteresowanie autem jest ogromne, a cena 640 tysięcy dolarów to koszt innowacji.

Być może całe to kontrowersyjne zamieszanie jest elementem planu. James Wong, analityk z Singapuru, zauważa, że Luce jest tak niepodobne do klasycznych Ferrari, że może przyciągnąć zupełnie nową grupę klientów, dla których historia marki z Maranello jest jedynie miłym dodatkiem. Pytanie brzmi, czy ta grupa wystarczy, by uratować „legendę”, czy może Luce okaże się najbardziej kosztownym błędem w historii słynnego włoskiego konia. Na razie jednak rynek wydaje się znacznie mniej krytyczny niż internetowi komentatorzy. Fakty są takie, że wszystkie zaplanowane egzemplarze tego tak w internecie wyśmiewanego (i bardzo drogiego!) modelu zostały wyprzedane do końca 2027 roku. Trochę jak z Windows: system nielubiany, wyśmiewany, a korzystają z niego miliardy.

#designSamochodów #EV #felieton #Ferrari #FerrariLuce #JonyIve #luksusoweAuta #motoryzacja #samochodyElektryczne

Złote klatki gigantów pustoszeją. Dlaczego Andrej Karpathy wybrał Anthropic?

W minionym tygodniu branżą technologiczną wstrząsnęła informacja o dołączeniu Andreja Karpathy’ego do zespołu Anthropic. Jednak sprowadzanie tego wydarzenia do zwykłego transferu kadrowego to ogromne niedopowiedzenie.

Przejście jednego z architektów sukcesu wczesnego OpenAI do największego konkurenta odsłania znacznie głębszy proces zachodzący obecnie na szczytach Doliny Krzemowej. Trwa tam bezwzględna wojna o największe talenty, w której astronomiczne budżety wielkich korporacji coraz częściej przegrywają z czystą technologiczną wizją.

Pionier, który zrozumiał potencjał krzemu

Aby w pełni zrozumieć wagę tej decyzji, trzeba spojrzeć na naukowy rodowód Karpathy’ego. To nie jest po prostu sprawny menedżer czy kolejny programista, lecz jeden z absolutnych pionierów współczesnej sztucznej inteligencji (podkreślam: współczesnej, a nie tej klasycznej z warsztatów w Dartmouth z czerwca 1956 roku).

Jako doktorant legendarnej profesor Fei-Fei Li na Uniwersytecie Stanforda brał udział w przełomowych badaniach nad sieciami neuronowymi. Jak trafnie opisał to Stephen Witt w swojej głośnej analizie fenomenu firmy kierowanej przez Jensena Huanga („Maszyna Myśląca”), to właśnie badacze tacy jak Karpathy jako pierwsi na świecie dostrzegli ukryty potencjał sprzętowy.

Odkryli, że karty graficzne Nvidii, projektowane pierwotnie z myślą o renderowaniu gier wideo, stanowią wręcz idealną architekturę do masowego trenowania modeli AI. Ta inżynieryjna intuicja położyła podwaliny pod dzisiejszy globalny wyścig zbrojeń na rynku półprzewodników i całkowicie odmieniła bieg historii technologii.

Myślenie w czasach, które dopiero się zaczynają

Drenaż mózgów i kryzys tożsamości gigantów

Obecnie na rynku sztucznej inteligencji trwa bezprecedensowa walka o najwyższej klasy specjalistów. Korporacje pokroju Mety próbują przyciągnąć najlepszych inżynierów obietnicami gigantycznych wynagrodzeń, często wypisywanych na czekach in blanco.

Mimo to imperium Marka Zuckerberga systematycznie zmaga się z problemem ucieczki najbardziej kreatywnych umysłów. Podobny kryzys tożsamości i spójności przeżywa samo OpenAI, z którego w ostatnich miesiącach odeszli kluczowi architekci sukcesu ChatGPT, na czele z głównym naukowcem Ilyą Sutskeverem i dyrektor technologiczną Mirą Murati. Zjawisko to dobitnie pokazuje, że dla inżynierów tego kalibru astronomiczne pakiety akcji i wielomilionowe premie przestały być kluczowym czynnikiem decyzyjnym.

Przyszłość definiowana przez kompetencje

W tym kontekście decyzja byłego szefa działu AI w Tesli o dołączeniu do zespołu odpowiedzialnego za wstępne trenowanie modeli (pretraining) w firmie Anthropic nabiera strategicznego znaczenia. Twórcy modelu Claude zyskują nie tylko genialnego badacza, ale przede wszystkim wiarygodne potwierdzenie słuszności swojej drogi inżynieryjnej.

Karpathy, decydując się na ten krok, podążył za kompetencjami i spójną wizją rozwoju sztucznej inteligencji. Uznał najprawdopodobniej (bo on sam tego oficjalnie nie potwierdził, ale czy musiał?), że to właśnie architektura i kultura badawcza rozwijana przez Anthropic mają obecnie największy potencjał na zdefiniowanie granicy możliwości zaawansowanych modeli językowych w nadchodzących latach. To może być wyraźny sygnał, że w świecie technologii jutra autentyczna wizja badawcza wciąż potrafi wygrać z nieograniczonym kapitałem.

#analiza #AndrejKarpathy #Anthropic #FeiFeiLi #felieton #iMagazine #LLM #Meta #nvidia #OpenAI #sztucznaInteligencja

„Mój mózg tego nie wytrzymuje”. Jason Koebler o tym, jak AI niszczy resztki normalności w sieci

Jason Koebler z 404 Media przysłał mi list, który powinien przeczytać każdy, kto jeszcze wierzy, że „AI to tylko kolejne narzędzie”.

To nie jest opowieść o tym, że boty piszą wypracowania. To diagnoza stanu, w którym nasz mózg, zamiast konsumować treść, zamienia się w całodobowy patrol policji AI, analizujący każdy przecinek pod kątem „czy to napisał człowiek?”.

„AI Psychosis” i zmęczenie materiału

W sieci coraz częściej mówi się o tzw. „AI Psychosis”. Nie jest to termin medyczny, a raczej internetowy okrzyk rozpaczy na określenie specyficznego obciążenia poznawczego. Nie chodzi o to, że boimy się oszustwa. Chodzi o to, że internet stał się „doliną niesamowitości” (uncanny valley) w wersji tekstowej.

Czytasz post na forum, słuchasz podcastu o podatkach, czytasz tweet polityka – i nagle coś „zgrzyta”. Rozpoznajesz specyficzny sposób budowania zdań przez algorytmy. Problem w tym, że ludzie, karmieni tym stylem od lat, zaczynają go podświadomie naśladować.

Widzimy to też u nas, w Polsce. Od podejrzanie entuzjastycznych recenzji nowych knajp na warszawskim Mokotowie, po posty na lokalnych grupach „sąsiedzkich”, które brzmią, jakby pisał je robot z lekką wadą wymowy. Efekt? Nawet jeśli napiszesz coś sam, ale użyjesz „podejrzanej” konstrukcji, zostaniesz oskarżony o bycie botem. To paranoja, która zabija autentyczność.

„Zombie Internet” – gorszy niż martwy

Z pewnością słyszeliście o teorii „Martwego Internetu”. W skrócie chodzi o boty rozmawiające z botami. Koebler idzie dalej i definiuje „Zombie Internet”. To miejsce, gdzie żywi ludzie są uwięzieni w pętli z algorytmami. O jakiej pętli on mówi? Kilka przykładów. A to ludzie kłócą się z botami na social mediach o niuanse remontu  nieistniejącego tarasu (wygenerowanego przez AI na Facebooku), albo na Reddicie użytkownicy udzielają szczerych rad życiowych kontom prowadzonym przez firmy marketingowe.

To nie jest martwa sieć – to sieć, która gnije, bo 35% nowych treści (według szacunków badaczy z Imperial College London i Internet Archive) to tzw. „slop” – AI-owy ściek generowany tylko po to, by łapać kliki i karmić inne algorytmy. Mnie przeraża coś jeszcze. Pojedyncze zapytanie do ChatGPT odpowiada zużyciu średnio ok. 3 Wh energii. To tyle ile zużyje moja ledowa lampka na biurku przez kwadrans. A mówię o pojedynczym zapytaniu, a nie o… 35 procentach wszystkich nowych treści jakie istnieją w Sieci. Rzucam wam pytanie: ile energii kosztuje AI Slop i jakie korzyści nam daje?

Błędy i CEO-mode

Wracając do tekstu Jasona Koeblera, w tekście pojawia się fascynujący przykład narzędzia Sincerely – rozszerzenia do Chrome, które ma „od-AI-ować” Twoje pisanie. Posiada tryb „CEO”, który celowo usuwa myślniki, dodaje literówki i pisze wszystko małymi literami. Tak, dobrze czytacie. Doszliśmy do absurdu. Musimy używać sztucznej inteligencji, aby udawała człowieka popełniającego błędy, by inni ludzie nie myśleli, że jesteśmy AI. To cyfrowe błędne koło, w którym autentyczność próbuje się… wygenerować. Zapętliliśmy się kognitywnie, albo przynajmniej jesteśmy bardzo blisko tego stanu.

Tekst Koeblera to cenne przypomnienie o wartości naszego czasu. W świecie „zombie-internetu” autentyczność staje się najdroższą walutą. Jako czytelnicy i twórcy mamy skończony czas na tej ziemi. Czy naprawdę chcemy go spędzać na analizowaniu, czy opis nowego gadżetu napisał model GPT-5, czy człowiek, który faktycznie miał go w rękach?

W iMagazine wybór jest prosty. Oczywiście korzystamy z AI (np. algorytm wygenerował ilustrację otwierającą ten tekst, na podstawie mojego promptu), jak wszyscy, ale nie cedujemy zadań do wykonania całkowicie algorytmom. Wierzę w pierwiastek ludzki, tę „heisenbergowską nieoznaczoność” naszych biologicznych neuronów. Ale nie posunę się do tego, by pisać błędne teksty, byście przypadkiem nie pomyśleli, że jestem botem. Lubię poprawną, piękną polszczyznę. cenię doświadczenie. I choć Koebler może sugerować, że bycie „nieidealnym” to jedyny sposób, by udowodnić, że wciąż tu jesteśmy, to ja absolutnie nie zgadzam się na celową degradację naszych zdolności poznawczych w imię społecznego konformizmu.

#404Media #AI #felieton #iMagazineOpinie #JasonKoebler #sztucznaInteligencja #technologia #ZombieInternet

Gdy liczy się każdy kadr i sekunda – iPhone 17 Pro Max na zimowych igrzyskach olimpijskich

Szymon Sikora i Robert Hajduk – jedni z najbardziej cenionych polskich fotoreporterów sportowych – podczas tegorocznych Zimowych Igrzysk Olimpijskich we Włoszech (na które dotarli… kamperem!) do swojego profesjonalnego zestawu aparatów i obiektywów dołączyli iPhone’a 17 Pro Max. Jak sprawdził się w pracy na najważniejszej sportowej imprezie świata?

Ten artykuł pochodzi z archiwalnego iMagazine 4/2026

iPhone zamiast aparatu podręcznego

Szymon i Robert od lat fotografują największe wydarzenia sportowe. Na co dzień pracują na pełnoklatkowych aparatach z wymienną optyką, które pozwalają uchwycić sport zarówno z bliska, jak i z dużej odległości. Każde zawody to plecak wypełniony sprzętem – nie tylko fotograficznym, lecz także tym służącym do selekcji, obróbki i szybkiej wysyłki zdjęć do redakcji.

Jak w ten profesjonalny zestaw wpisał się iPhone?

– Każdy fotoreporter ma przy sobie tzw. aparat podręczny – niewielkie urządzenie do szybkich ujęć, gdy nie ma czasu sięgnąć po główny sprzęt. Tym razem tę rolę przejął iPhone – mówi Szymon Sikora. – Korzystałem z niego wtedy, gdy liczyła się natychmiastowa reakcja albo gdy tłum uniemożliwiał wygodne operowanie dużym aparatem.

Smartfon to świetne narzędzie do precyzyjnego planowania ujęć. Można nim łatwo sprawdzić, jakiej ogniskowej najlepiej używać w trudnej sytuacji. Podczas konkursów skoków narciarskich Szymon przygotowywał kadr, w którym olimpijskie koła miały odbijać się w goglach zawodnika. To ujęcie wymagało idealnego momentu i ustawień. iPhone posłużył do swoistej preprodukcji – testów kadru, odbicia kółek w goglach skocznia. Najlepiej sprawdzała się ogniskowa 200 mm i właśnie takim obiektywem stałoogniskowym zdjęcie zostało wykonane podczas skoku Kacpra Tomasiaka – polskiego medalisty olimpijskiego.

Kulisy igrzysk

Fotografowie pracowali nie tylko na arenach sportowych, lecz także na zapleczu wydarzeń.  – W takich sytuacjach korzystaliśmy wyłącznie z iPhone’ów. Jakość zdjęć była bez zarzutu, a dyskretność smartfona okazywała się ogromną zaletą – mówi Robert Hajduk. – Dziś fotografowanie telefonem nikogo nie dziwi, dlatego można pracować naturalnie, bez wzbudzania niepotrzebnej uwagi.  Obaj podkreślają także odporność urządzenia na trudne warunki atmosferyczne. – Mróz, śnieg, wilgoć – iPhone działał bez zarzutu. Widziałem, jak sprzęt innych marek miał z tym problemy w trakcie gęstych opadów śniegu – dodaje Szymon.


Nie tylko zdjęcia

iPhone 17 Pro Max stał się podczas Igrzysk również mobilnym centrum zarządzania. Fotografowie mogli szybko przesyłać zdjęcia z aparatów na smartfon, selekcjonować je, wstępnie obrabiać i natychmiast wysyłać do redakcji – bez konieczności korzystania z dodatkowych urządzeń.  – Liczy się wysłanie materiału jak najszybciej. Skrócenie procesu zgrywania i edycji zdjęć ma ogromne znaczenie – podkreślają zgodnie. Trzeba też docenić możliwość podłączenia czytników kart bezpośrednio do portu USB-C. Możliwości edycyjne wbudowane w iPhone’a są mocno zaawansowane, łatwo i wygodnie można przeprowadzić edycję dotykowo na ekranie.

Centrum olimpijskiej logistyki

IPhone’y pełniły także funkcję organizacyjnego „centrum dowodzenia”. Dzięki oficjalnym aplikacjom olimpijskim – takim jak Transportation (transport między arenami), Seats (zarządzanie dostępem do wydarzeń o podwyższonym zainteresowaniu) czy Media Zone (harmonogramy, listy startowe, wyniki na żywo) – wszystkie kluczowe informacje znajdowały się w jednym miejscu.  – Bez tych narzędzi trudno dziś funkcjonować na igrzyskach. Musimy wiedzieć dokładnie, gdzie i o której być. W sporcie spóźnienie oznacza utratę kadru – mówi Szymon. Robert zwraca uwagę także na wydajność baterii. – Przy tak intensywnym użytkowaniu – zdjęcia, obróbka, wysyłka, nawigacja – telefon bez problemu wytrzymywał cały dzień pracy. W dodatku 2 TB pamięci mogą spokojnie służyć za backup bezpieczeństwa wszystkich zdjęć, które wykonujemy w trakcie imprezy.

Igrzyska to przede wszystkim ludzie

Dla Roberta Hajduka były to już trzecie igrzyska olimpijskie. Zauważa on wyraźną zmianę w sposobie relacjonowania wydarzeń. – Dziś igrzyska to nie tylko wyniki i medale, lecz przede wszystkim historie ludzi. Rolki, relacje, materiały do mediów społecznościowych – do tego wykorzystywane są smartfony. Coraz częściej nawet profesjonalne stacje telewizyjne korzystają z iPhone’ów przy realizacji materiałów reporterskich – zauważa.  Obaj fotografowie podsumowują zgodnie: – iPhone 17 Pro Max daje ogromną swobodę. Nie zastąpi profesjonalnych aparatów i obiektywów, ale jest ich znakomitym uzupełnieniem. Sprawdza się jako aparat podręczny, mobilne studio do obróbki i wysyłki zdjęć oraz narzędzie organizacyjne. A przy tym mieści się w kieszeni.

Szymon Sikora

Fotografuje sport od 1998 roku. Dokumentuje największe imprezy sportowe – mistrzostwa Europy, świata oraz igrzyska olimpijskie. Jego zdjęcia publikowane są w prasie, mediach internetowych oraz prezentowane na wystawach w kraju i za granicą. Laureat Grand Prix Polskiego Konkursu Fotografii Sportowej (2017) oraz nagrody w konkursie Grand Press Photo. Zdobywca Lauru Olimpijskiego w Olimpijskim Konkursie Sztuki (2016) za cykl „Ruch w kolorze. Kolor w ruchu”. Zmagania w Mediolanie–Cortinie były jego jedenastymi igrzyskami.

Robert Hajduk

Fotograf sportowy i operator wideo. W swojej pracy łączy dynamikę ruchu, światło i emocje rywalizacji sportowej. Dokumentował najważniejsze wydarzenia sportowe na świecie, w tym zimowe i letnie igrzyska olimpijskie. Przez cztery lata towarzyszył załodze jachtu I Love Poland podczas prestiżowych regat oceanicznych, m.in. Rolex Fastnet Race, RORC Transatlantic Race czy Rolex Middle Sea Race. Laureat Złotego Wawrzynu Olimpijskiego oraz wielokrotnie nagradzany w Konkursie Polskiej Fotografii Sportowej.

#artykuł #felieton #fotografiaSportowa #iPhone17Pro #iPhone17ProMax

https://gieksainfo.pl/gieksa-nie-peka-przed-nikim/

"Jednak patrząc długofalowo, ten mecz pokazał coś innego. Ten i w Częstochowie. Że GKS to już ekstraklasowa drużyna pełną gębą, ale do tego jeszcze być może taką z górnej połówki tabeli. Bo jechać sobie na takie wyjazdy i po prostu normalnie grać, prowadzić tę grę, być wysoko na boisku, to nie jest oczywistość. Są drużyny, które właśnie za podwójną gardą się chowają i czekają na 1-2 okazje w meczu do kontry. Pewnie czasem i tak trzeba zagrać. Ale GKS patrzy na silne i słabe strony przeciwników. Skoro Cracovia czy Lechia potrafiły Lecha zdominować przy Bułgarskiej, to nasi trenerzy wyszli pewnie z założenia, że czemu i my nie mamy."

#GKSKatowice #football #PilkaNozna #felieton

GieKSa nie pęka przed NIKIM

Za nami jakiś szalony czas, ostatni tydzień to było coś, co przyniosło nam taką dawkę emocji, że po prostu trzeba ochłonąć. Zaczęło się od euforii po golu w doliczonym czasie z Wisłą Płock, ale nawet to nie zapowiadało, na jakiej karuzeli znajdziemy się w następnych dniach. Po Rakowie myśleliśmy, że limit spektakularnego widowiska na jakiś […]

MacBook Neo nie zabije iPada

Premiera MacBook Neo wywołała sporo zamieszania. Internet – jak zwykle – szybko podzielił się na dwa obozy. Jedni twierdzą, że to genialny ruch Apple i najciekawszy tani Mac od lat. Drudzy przekonują, że to początek końca iPada, bo „po co tablet, skoro za podobne pieniądze można mieć komputer”.

Prawda jest jednak dużo bardziej skomplikowana. A właściwie – dużo prostsza.

Najtańszy Mac od lat

Zacznijmy od tego, że Neo faktycznie jest produktem, który może namieszać na rynku. Szczególnie w edukacji. Apple od dawna próbuje odzyskać tam wpływy, które lata temu przejęły Chromebooki.

Wystarczy spojrzeć na ceny w Stanach Zjednoczonych. Tam ChromeOS i tanie laptopy z nim stały się szkolnym standardem. W wielu szkołach uczniowie dostają właśnie Chromebooka – lekkiego, taniego i w zasadzie ograniczonego do pracy w przeglądarce.

I nagle pojawia się MacBook Neo.

Pełnoprawny Mac. Z prawdziwym systemem operacyjnym, czyli macOS. Z dostępem do profesjonalnych aplikacji. Z metalową obudową. Z designem, którego nie trzeba się wstydzić.

W dodatku w cenie, która w ofercie edukacyjnej jest jeszcze niższa – Apple tradycyjnie dorzuca w Polsce około 500 zł zniżki dla studentów i uczniów, podobnie jest w USA.

Oczywiście zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: „w tej cenie kupię poleasingowego ThinkPada i będzie dużo lepszy”.

Może i tak.

Ale nie będzie miał tego samego vibe’u. Nie będzie w całości aluminiowy. Nie będzie dostępny w tych charakterystycznych kolorach Apple. I – co dla wielu osób jest ważniejsze niż parametry – nie będzie po prostu… MacBookiem.

Apple potrafi robić sprzęt

Jedną z rzeczy, które Apple robi najlepiej od lat, jest hardware. I Neo jest tego świetnym przykładem.

Aluminiowa konstrukcja, precyzyjne spasowanie elementów, charakterystyczny zawias, który można otworzyć jedną ręką – to detale, które w praktyce robią ogromną różnicę. Dopiero kiedy człowiek zaczyna korzystać z takiego komputera na co dzień, rozumie, dlaczego użytkownicy Apple tak bardzo przywiązują się do tych urządzeń.

Nie chodzi tylko o wygląd. Chodzi o doświadczenie.

Podnosisz pokrywę jedną ręką. Laptop wybudza się natychmiast. Touchpad działa perfekcyjnie. Klawiatura jest przewidywalna i wygodna.

To wszystko razem tworzy coś, co trudno zmierzyć benchmarkiem.

A18 Pro w laptopie brzmi jak żart

Najbardziej zaskakującą decyzją Apple jest jednak procesor.

Neo korzysta z układu A18 Pro – tego samego, który napędza zeszłorocznego flagowego iPhone’a, czyli iPhone 16 Pro.

Jeszcze kilka lat temu pomysł, żeby laptop był zasilany układem z telefonu, brzmiałby absurdalnie. Dziś nikogo to już specjalnie nie dziwi – szczególnie po sukcesie procesorów Apple Silicon.

W sieci szybko pojawiły się testy. I są one… zaskakująco dobre.

Recenzenci pokazują, że Neo radzi sobie z:

  • montażem wideo w Final Cut Pro
  • renderowaniem scen w Blender
  • uruchamianiem gier AAA przez CrossOver

Oczywiście nie jest to poziom MacBook Pro z procesorem z serii M. Ale jak na komputer w tej cenie – wyniki są imponujące.

Co ciekawe, w niektórych syntetycznych testach Neo potrafi wypaść lepiej niż starsze konfiguracje MacBooków Pro z procesorem M1 Pro. Sam korzystam z takiego MacBooka i widząc te wyniki, musiałem dwa razy sprawdzić, czy to nie pomyłka.

8 GB RAM i sztuczna inteligencja

Pojawia się oczywiście klasyczny zarzut: 8 GB RAM.

W świecie komputerów od lat powtarza się, że to za mało. Szczególnie w erze sztucznej inteligencji.

I jest w tym sporo prawdy. Ale tylko częściowo.

Po pierwsze – ogromna część użytkowników nigdy nie wykorzystuje więcej pamięci. Po drugie – Apple od lat bardzo agresywnie zarządza pamięcią w macOS.

Po trzecie – A18 Pro ma bardzo mocny Neural Engine zaprojektowany właśnie pod zadania związane z Ai. W Stanach Zjednoczonych, gdzie funkcje Apple Intelligence działają, ten układ radzi sobie z nimi naprawdę dobrze.

W Europie oczywiście mamy ograniczenia regulacyjne, więc część funkcji nadal jest niedostępna. Ale to raczej kwestia czasu.

Czy Neo zabije iPada?

I tu dochodzimy do sedna.

Od momentu premiery pojawiają się opinie, że MacBook Neo zabije iPada. Albo przynajmniej poważnie go skanibalizuje.

Moim zdaniem to kompletnie błędna teza.

Po pierwsze – iPad to zupełnie inne urządzenie. Po drugie – trafia do zupełnie innych użytkowników.

iPad jest przede wszystkim bardziej mobilny. Lżejszy. Mniejszy. Bardziej naturalny w użyciu w wielu codziennych sytuacjach.

Czytanie książek? iPad. Przeglądanie internetu na kanapie? iPad. Oglądanie filmów w samolocie lub pociągu? iPad. Robienie odręcznych notatek? iPad.

Dzięki Apple Pencil można rysować, szkicować, notować w sposób, którego żaden laptop nie zastąpi.

A jeśli dodamy do tego klawiaturę Magic Keyboard, iPad zaczyna być również całkiem sensownym narzędziem do pracy.

Tablet to inny sposób myślenia

Największy problem w tej dyskusji polega na tym, że wiele osób nigdy nie korzystało z iPada w sposób, w jaki został zaprojektowany.

Dla nich to po prostu „duży telefon”.

Tymczasem dla wielu użytkowników – w tym dla mnie – iPad jest urządzeniem pierwszego kontaktu z technologią w ciągu dnia. To sprzęt, po który sięgam rano do czytania. W ciągu dnia do pracy. Wieczorem do oglądania seriali. W podróży do pracy i rozrywki.

Laptop w takich sytuacjach jest po prostu dla mnie mniej wygodny.

I dlatego osoby, które nie złapały „vibe’u” iPada, często nie rozumieją jego sensu. Patrzą na specyfikację i dochodzą do wniosku, że laptop jest „lepszy”.

Tyle że to zupełnie inne doświadczenie.

Neo jest dla nowych użytkowników

MacBook Neo ma bardzo konkretną rolę w portfolio Apple.

To komputer dla nowych użytkowników.

Dla uczniów. Dla studentów. Dla osób, które kupują swojego pierwszego Maca.

Szczególnie w Stanach Zjednoczonych czy Europie Zachodniej równowartość około 600 USD nie jest dla wielu osób wielkim wydatkiem. To poziom ceny, który pozwala Apple wprowadzać ludzi do swojego ekosystemu dużo wcześniej.

I to jest genialna strategia.

Bo ktoś, kto zacznie od taniego MacBooka, prędzej czy później kupi iPhone’a. Apple Watcha. AirPods. A może właśnie… iPada.

iPad jest dla tych, którzy już tu są

Tablet Apple pełni w tym ekosystemie zupełnie inną rolę.

To urządzenie dla ludzi, którzy już są w świecie Apple i czują się w nim jak ryba w wodzie.

Często mają już Maca. Często mają już iPhone’a.

I właśnie dlatego iPad staje się dla nich idealnym uzupełnieniem – lekkim, mobilnym, wygodnym.

Dlatego nie wierzę w scenariusz, w którym MacBook Neo „zabija” iPada.

Te dwa urządzenia będą funkcjonować obok siebie. Równolegle. Każde w swojej kategorii.

Neo otworzy drzwi do ekosystemu Apple dla nowych użytkowników.

A iPad nadal będzie jednym z najbardziej unikalnych urządzeń, jakie Apple kiedykolwiek stworzyło. I jednym z tych, które – jeśli już złapiesz jego rytm – trudno później zastąpić czymkolwiek innym.

… tymczasem czekamy na nasze testy Macbooka Neo, które pojawią się już niedługo na www i w zbliżającym się, kwietniowym wydaniu iMagazine.

MacBook Neo – najtańszy MacBook w historii Apple?

iPad Air 11″ M4 – pierwszy raz od dekady naprawdę rozważam odejście z linii Pro

#felieton #iPad #iPadAir #iPadPro #MacbookNeo
AI bez lukru #41: Podbój kosmosu tylko z AI

Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o “rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...

Sekurak

AI bez lukru #41: Podbój kosmosu tylko z AI

Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o “rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...

#Aktualności #Teksty #Ai #BezLukru #Felieton #Kosmos #Księżyc #Podbój

https://sekurak.pl/ai-bez-lukru-41-podboj-kosmosu-tylko-z-ai/

AI bez lukru #41: Podbój kosmosu tylko z AI

Cześć! Z tej strony Tomek Turba. AI bez lukru to cykl moich felietonów o sztucznej inteligencji bez marketingowego lukru, bez korporacyjnych slajdów i bez bajek o “rewolucji, która wszystko zmieni”. Pokazuję AI taką, jaka jest naprawdę: z absurdami, wpadkami, halucynacjami i konsekwencjami, o których rzadko mówi się głośno. Bez zadęcia,...

Sekurak